niedziela, 18 sierpnia 2013

MURALE - cz.4 (Meksykańska fala, czyli welcome in Gdynia)




Wybierając się do obcych krajów, czytając przewodniki o nich, zawsze można natknąć się na informacje, których miejsc unikać w ogóle, a w których lepiej nie pojawiać się po zapadnięciu zmroku. I to jest normalne, że są lepsze i gorsze dzielnice. Wszyscy przyjmujemy to jako oczywistą oczywistość. Czytając jednak dzisiejsze wiadomości z gdyńskiej plaży, gdzie pokazano inne oblicze "meksykańskiej fali", gdzie się na oślep flaszkami wali, pomyślałem, że nie da się takich miejsc wskazać w miastach naszego kochanego kraju. Tu trzeba mieć się na baczności na całym jego obszarze. W samych miastach: obojętnie - w centrum, czy to na jego obrzeżach, musisz być drogi turysto czujny w dzień i w nocy. Na nic zdadzą się modły: aniele boży, ty stróżu mój, ty zawsze przy mnie stój... Jedynie może pomóc ci zaliczyć na piątkę z plusem polską szkołę przetrwania - i cało wrócić do domu - znajomość terminarza rozgrywek ligowych. W świetle dzisiejszych wydarzeń, wydaje się to być jedynym rozsądnym rozwiązaniem.





Czy murale ze stacji SKM Gdynia-Grabówek przedstawiają przerażającą wizję niesprecyzowanej bliżej, ale jednak nieodległej przyszłości? Czy będziemy musieli - jak te szczury - przemykać przez miasto jedynie kanałami, które zapewnią nam jako takie bezpieczeństwo i jedynie zawiązany na szyi szalik w odpowiednich barwach będzie gwarancją bezpieczeństwa?
Przerażająca i mocno przesadzona wizja przyszłości? Pewnie tak, ale jak nie będziemy nazywać pewnych spraw po imieniu, to wkrótce rzeczywistość niewiele będzie się różnić od artystycznych wizji.

Przy okazji nasuwa mi się po raz kolejny pytanie: panie premierze jak żyć?! Gdzie czuć się bezpiecznie? Zaraz przecież trzeba będzie stworzyć specjalny Referat Pisania Piłkarskich Przeprosin. Dopiero co kajaliśmy się przed Litwinami, a już następny kraj stoi w kolejce. Kto kolejny? I kiedy?




Bardziej optymistyczna wizja przerażającej przyszłości. Pewnego dnia wyjdziemy jednak nieśmiało na paluszkach z ukrycia i pod okiem wielkiego brata popluskamy się w wodzie.





2 komentarze:

  1. Sławek, trafne przemyślenia!

    BTW polecam iść na stacje Grabówek jesienno-zimową nocną porą, gdy wokół nikogo nie ma, a ze słabego światła żarówki wyłaniają się demony z koszmaru asystenta patomorfologa - klimat przypomina wędrówkę po katakumbach. Polecam na lekkim rauszu w szczególności ;) pozdrawiam!

    Kaszan

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ze sportów ekstremalnych już wyrosłem. ;)

      Chyba ostatnim takim moim wydarzeniem, był przemarsz - na lekkim rauszu - podczas stanu wojennego z Obłuża do Chyloni w środku nocy. Co prawda miałem przepustkę do poruszania się podczas godziny policyjnej, ale tak jakość trochę dziwnie się czułem...
      I co? I nici z ekstremalnych przeżyć. Nikogo po drodze nie spotkałem. Nikt mnie nie zatrzymał, chociaż nie poruszałem się opłotkami tylko głównymi ulicami. :)

      Usuń