czwartek, 17 stycznia 2013

Zbójcy na drodze, czyli nauka wyszła z lasu



Gdy będziecie jechać nad morze, uważajcie na zbójców. Na mnie napadli w zeszłym roku. Jechałem sobie spokojnie do Koszalina. Bardzo się zdziwiłem, gdy po jakimś czasie listonosz przyniósł mi kopertę od straży miejskiej Białego Boru z fotografią mojego auta i żądaniem zapłacenia 100 złotych mandatu za jazdę z niedozwoloną prędkością 59 km na godzinę. Nie żartuję. Naprawdę 59 km. Pokazywałem to znajomym i wszyscy się śmiali, uznając to za głupi dowcip. Ale wcale nie - Biały Bór tak na poważnie. Z listu wynikało, że w tym miejscu ograniczenie prędkości wynosi 40 km na godzinę. Nie wiadomo dlaczego. Biały Bór twierdzi, że jest tu poczta, szkoła i bank. Na mojej ulicy w Warszawie też jest poczta, szkoła i bank, a nawet dwie przychodnie - i nikt nie stawia znaku z czterdziestką ani nie napada na spokojnie jadących podróżnych.
Tak latem zeszłego roku płakał nad swoim losem - złupionego przez drogowych zbójców - Wojciech Maziarski w tym art. Ja myślałem, że był to z jego strony głupi dowcip, ale on tak na poważnie. Właściwie rozumiem jego rozgoryczenie. Niby władza - co prawda dopiero czwarta, ale zawsze - a immunitetu brak i bulić trzeba.
Mandat zapłaciłem, o sprawie zapomniałem. I pewnie tak by już zostało, gdybym w ostatnich dniach nie przeczytał, że maleńki Biały Bór jest w krajowej czołówce gmin, które z fotoradarów zdołały wycisnąć największe sumy - niemal 5 mln złotych w 2011 r.
Dziś apetyty się rozrosły: w budżecie zaplanowano, że uda się z kierowców wycisnąć 1,5 mld złotych.


Wojciech Maziarski latem podejrzewał, że takich Białych Borów jest w Polsce znacznie więcej. To biedne gminy i miasteczka ogarnięte bezrobociem, które z radarowego biznesu uczyniły ważny punkt w swoich budżetach.  Gotów był wtedy założyć, że celem działania większości z nich - w odróżnieniu od radarów pozostających w rękach Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego - nie jest poprawa bezpieczeństwa, lecz maksymalne zasilenie gminnej kasy. Dziś zakłada się, że także fotoradary ITD będą miały takie same zadania jak te gminne, czyli głównie zasilenie budżetu, a nie poprawę bezpieczeństwa (vide: dołożysz stówkę, to nie dostaniesz punktów karnych). W tym całym zamieszaniu wokół fotoradarów niesmak budzi sam fakt zapisania odpowiedniej sumy w budżecie, na którą przecież liczy nasz rząd, bo gdyby nie liczył, to zakładał by tego źródła dochodów w rozliczeniach. Państwo liczy na nas, że dołożymy się do budżetu. No i mam dylemat, jak w takiej sytuacji się zachować (tak w ogóle i na drodze): jeśli będę jeździł przepisowo, to zwiększę dziurę budżetową, jeśli będę piratował, to stanę się dobroczyńcą, prawda? No i bądź tu człowieku mądry, jak powinien zachować się porządny obywatel?


Całość wpisu - który odleżał sobie wiele miesięcy u mnie "na półce" - miałem zakończyć takim tendencyjnym chichotem historii. Kiedyś cały naród budował swoją stolicę, to więc teraz cała Warszawka buduje Biały Bór. Ot, taka sprawiedliwość dziejowa (dla niezorientowanych: napis na tablicy informacyjnej z ostatniego zdjęcia z tego wpisu wyjaśni). Na dzień dzisiejszy sytuacja wokół fotoradarów się znacznie zmieniła. Dziś już cały kraj chce zarabiać... No właśnie, w jakiej mierze chodzi o poprawę bezpieczeństwa, a w jakiej o zarobek? Trwa dyskusja, a każda ze stron znajduje argumenty na poparcie swojego, jedynie słusznego zdania. Był ciąg dalszy dywagacji - drugi artykuł - agorowego redaktora, z którymi nie mogę się do końca identyfikować. Nie można swojego własnego rozgoryczenia wpadki z wakacyjnego wyjazdu tłumaczyć tym, że u nas w Warszawie tak się robi, w imię jakości życia, jak czytam poniżej.
Myślicie, że to zbyt duperelna sprawa, by się nią zajmować na łamach ogólnopolskiej gazety? Przeciwnie. Właśnie od takich spraw zależy jakość życia w państwie.[...] Osobom argumentującym, że przepisów należy przestrzegać (jak np. we wczorajszej "Gazecie" robi to Mikołaj Kirschke), odpowiadam: oprócz litery prawa jest jeszcze uzus - powszechnie akceptowany obyczaj. To on sprawia, że policja w Polsce w zasadzie nie interweniuje przy przekroczeniu prędkości o kilkanaście kilometrów, ewentualnie poprzestaje na pouczeniu. To on sprawia, że nikt nie egzekwuje absurdalnej czterdziestki poza obszarem zabudowanym, na wylocie z miasta. [...] Jeżeli władze jakiejś miejscowości chcą zmienić ten uzus, powinny podjąć szczególne wysiłki, by poinformować o tym obywateli, tak jak to miało miejsce w Warszawie 2000 roku. Stolica ogłosiła wówczas, że chce spowolnić ruch i że funkcjonariusze będą egzekwować obniżone limity prędkości bardziej rygorystycznie niż dotąd. Chyba nie było kierowcy, który zostałby zaskoczony nowym obyczajem (który zresztą nie przyjął się na trwałe).
Dlaczego władze Białego Boru nie ustawiły na wjeździe tablic: "Kierowco, jedź bardzo powoli! W naszym mieście przestrzegamy limitów prędkości bardziej rygorystycznie niż w całej reszcie Polski"? Bo wcale im nie zależy, by kierowcy stosowali się do ograniczeń. Przeciwnie. Planowane na rok z góry zyski z mandatów to ok. 20 proc. wpływów budżetowych miasteczka.
Nie mam złudzeń, że krytykowani zbójcy sami z siebie zaniechają zbójowania. Tu potrzebna jest interwencja z zewnątrz, i to szybka, bo choroba obejmuje kolejne miejscowości. A w dalszej perspektywie warto się zastanowić nad likwidacją pokusy, jaką jest możliwość zarabiania na gminnych radarach. Problemu by nie było, gdyby pieniądze z mandatów trafiały do kasy państwowej

No i stało się, choroba rozprzestrzeniła się (ktoś z rządzących przeczytał artykuł Maziarskiego?). Nastąpiła "interwencja z zewnątrz", ale raczej nie taka, o jaką postulował rozżalony redaktor. Swoją drogą, ciekaw jestem, czy dzisiaj pan Maziarski poszedłby drogą Tuska i stwierdził: "dziś już bym tych słów nie powtórzył"? Wszystkie te redaktorskie wywody doprowadziły, że nauka wyszła z lasu, raczej z boru. Białego Boru. I po co to było stękać na ogólnopolskich łamach panie Maziarski?


No dobrze, trochę poczytaliśmy sobie, co myśli przedstawiciel czwartej władzy, trochę pożartowaliśmy. A co ja mam do powiedzenia w tej tak gorącej ostatnio sprawie, tak już zupełnie na poważnie? Czytałem głos w dyskusji, pytający, dlaczego tylko Polacy tak narzekają na fotoradary, a w innych krajach takiego społecznego oporu nie ma? Odpowiedź dla mnie jest prosta. Gdyby taki Niemiec musiał przedzierać się przez miasta Zagłębia Ruhry, bez wybudowanych autostrad i dróg ekspresowych, to też by go korciło, aby przyspieszyć sobie wędrówkę. Taka jest natura ludzka. Kamieniem nie rzucę, bo często przekraczam dozwoloną "50" (mam na myśli główne, przelotowe drogi), gdy przedzieram się przez Trójmiasto, ale nie zdarzyło mi się pędzić setką, bo to już uważam za wariactwo. Oczywiście zaraz mi się ktoś odgryzie, że przekraczanie dozwolonej pięćdziesiątki, to też wariactwo. Możliwe, ale... Dobrym przykładem jest Wejherowo. Przez całe wieki obowiązywała "50" na głównej przelotówce. Są tam przejścia dla pieszych (wszystkie z sygnalizacją świetlną), wokół osiedla, centra handlowe. Słowem - normalka. Dwa - trzy lata temu... podniesiono dozwoloną prędkość do 70! I jakoś nie słychać, żeby od tamtego czasu trup ścielił się gęsto na ulicach. Pewnie gdyby tak było, szybko powrócono by do wersji poprzedniej. A że pieszy ma mniejsze szanse podczas bliskiego spotkania trzeciego stopnia z samochodem rozpędzonym do "70"... Tak samo jak człowiek ma świadomość, że nie powinien pchać palców w gniazdko z prądem w ścianie, tak też musi mieć świadomość, że gdy pcha się na jezdnię przy czerwonym świetle, to musi liczyć się z bolesnymi konsekwencjami. Co innego drogi osiedlowe. Tu pieszy powinien mieć większe prawa, a prędkość pojazdów ograniczona. Czy wobec tego jestem za fotoradarami? Oczywiście, że tak, ale przy jednoczesnym zastrzeżeniu, żeby były one ustawiane z sensem. No i sensem ustawiane ograniczenia prędkości. Chyba że chcemy powrotu człowieka idącego z czerwoną chorągiewką przed każdym samochodem (dobre rozwiązanie bezrobocia).


No i znowu jednak zakończę żartobliwie, bo usłyszałem, że myśli się też o podniesieniu wysokości mandatów. Czyżby jednak kryzys zaglądał nam coraz głębiej w oczy i szykuje się nam powtórka z historii? Czytając tutaj artykuł o wyścigu Gierka z długiem, z niejakim przerażeniem dotarły do mnie słowa, że w połowie lat 70. "zmniejszanie dochodów obywateli rozpoczęto od podwyżki mandatów dla kierowców średnio o 500 procent". Uppsss!

 

 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz