sobota, 26 stycznia 2013

Dylematy kierowcy



 
Dawno dawno temu, gdy na naszych ulicach królowały pojazdy ze zdjęć, kierowca nie miał takich dylematów, z jakimi przychodzi mu się zmierzyć w dzisiejszych czasach. Próbuję złapać jeszcze pojazdy, które według wszelkich prawideł powinny dawno zniknąć z naszych dróg, tak jak te fotoradary łapią niesfornych kierowców. No i w tym "zdjęciowym" temacie rodzi się w mojej głowie dylemat. Ostatnio coś mówi się, że kasa z mandatów będzie przeznaczana na budowę dróg (co prawda, tak mówiono też w przypadku podatku w cenie paliw, ale mniejsza o to). No i jest problem natury moralnej. Jak powinien zachować się przykładny obywatel? Będę piratował, to przyczynię się to polepszenia stanu naszych dróg, więc będę dobroczyńcą. Będę jeździł przepisowo, okażę się chytrusem, przez co zabraknie rządowi na drogi. Jak się człowiek nie obróci, to dupa z tyłu... Kiedyś wszystko było jednak prostsze: komuna twój wróg. Dziś nie wiadomo, kiedy człowiek wrogiem, kiedy przyjacielem własnego kraju.










środa, 23 stycznia 2013

Miej oczy szeroko otwarte




Pewnego dnia zachciało mi się sfotografować mieszkańców gdyńskich ulic. Takich specyficznych.






Gość powyżej taki trochę wczorajszy, jak zdjęcia, które trochę sobie poleżały na dysku, bo jak zwykle potrzebowałem jakiegoś kopa do ich opublikowania... Wczoraj w radio usłyszałem wiadomość, która być może sprawi, że ulice zaroją się od okularników (nie tylko latem). Wydawać by się mogło, że okulary nie mają nic wspólnego z takimi manekinami. A jednak... Wymyślono specjalne okulary, które mają chronić nas... nie nie, nie przed słonecznymi promieniami w letnie dni, ale... przed wścibskimi kamerami i systemami elektronicznymi, które rozpoznają twarz. Jeden z wynalazców, profesor Isao Echizen wyjaśnia, że rozpoznawanie twarzy staje się coraz powszechniejsze i to nie tylko dzięki technologiom Google’a czy Facebooka. Od niedawna, na przykład niektórzy właściciele sklepów w Europie i USA ustawiają manekiny, które mają kamery zamiast oczu i fotografują klientów


Nowe okulary mają pomóc w ochronie prywatności, choć - zdaniem niektórych ekspertów -skuteczne są też prostsze i tańsze metody, takie jak maska czy ostry makijaż. Już to widzę: facet z ostrym makijażem. I znowu mamy równouprawnienie, ale jak zwykle na babskich zasadach. A maska? Widzę jakieś w witrynie sklepu po prawej stronie. No strach się bać! I faceta w masce z ostrym makijażem i manekinów. W dzisiejszych czasach, jak zwykle trzeba mieć oczy szeroko otwarte. Bo nie wiadomo, czy my obserwujemy, czy jesteśmy obserwowani. Dal pewności spójrz manekinowi prosto w oczy, bo jak śpiewa King Crimson w utworze Eyes Wide Open
 
I've got my eyes wide open
All the time
Eyes wide open
Cause you never know what you might see

Zaledwie 10 lat temu tak sobie śpiewali i wykrakali.

 

czwartek, 17 stycznia 2013

Zbójcy na drodze, czyli nauka wyszła z lasu



Gdy będziecie jechać nad morze, uważajcie na zbójców. Na mnie napadli w zeszłym roku. Jechałem sobie spokojnie do Koszalina. Bardzo się zdziwiłem, gdy po jakimś czasie listonosz przyniósł mi kopertę od straży miejskiej Białego Boru z fotografią mojego auta i żądaniem zapłacenia 100 złotych mandatu za jazdę z niedozwoloną prędkością 59 km na godzinę. Nie żartuję. Naprawdę 59 km. Pokazywałem to znajomym i wszyscy się śmiali, uznając to za głupi dowcip. Ale wcale nie - Biały Bór tak na poważnie. Z listu wynikało, że w tym miejscu ograniczenie prędkości wynosi 40 km na godzinę. Nie wiadomo dlaczego. Biały Bór twierdzi, że jest tu poczta, szkoła i bank. Na mojej ulicy w Warszawie też jest poczta, szkoła i bank, a nawet dwie przychodnie - i nikt nie stawia znaku z czterdziestką ani nie napada na spokojnie jadących podróżnych.
Tak latem zeszłego roku płakał nad swoim losem - złupionego przez drogowych zbójców - Wojciech Maziarski w tym art. Ja myślałem, że był to z jego strony głupi dowcip, ale on tak na poważnie. Właściwie rozumiem jego rozgoryczenie. Niby władza - co prawda dopiero czwarta, ale zawsze - a immunitetu brak i bulić trzeba.
Mandat zapłaciłem, o sprawie zapomniałem. I pewnie tak by już zostało, gdybym w ostatnich dniach nie przeczytał, że maleńki Biały Bór jest w krajowej czołówce gmin, które z fotoradarów zdołały wycisnąć największe sumy - niemal 5 mln złotych w 2011 r.
Dziś apetyty się rozrosły: w budżecie zaplanowano, że uda się z kierowców wycisnąć 1,5 mld złotych.


Wojciech Maziarski latem podejrzewał, że takich Białych Borów jest w Polsce znacznie więcej. To biedne gminy i miasteczka ogarnięte bezrobociem, które z radarowego biznesu uczyniły ważny punkt w swoich budżetach.  Gotów był wtedy założyć, że celem działania większości z nich - w odróżnieniu od radarów pozostających w rękach Głównego Inspektoratu Transportu Drogowego - nie jest poprawa bezpieczeństwa, lecz maksymalne zasilenie gminnej kasy. Dziś zakłada się, że także fotoradary ITD będą miały takie same zadania jak te gminne, czyli głównie zasilenie budżetu, a nie poprawę bezpieczeństwa (vide: dołożysz stówkę, to nie dostaniesz punktów karnych). W tym całym zamieszaniu wokół fotoradarów niesmak budzi sam fakt zapisania odpowiedniej sumy w budżecie, na którą przecież liczy nasz rząd, bo gdyby nie liczył, to zakładał by tego źródła dochodów w rozliczeniach. Państwo liczy na nas, że dołożymy się do budżetu. No i mam dylemat, jak w takiej sytuacji się zachować (tak w ogóle i na drodze): jeśli będę jeździł przepisowo, to zwiększę dziurę budżetową, jeśli będę piratował, to stanę się dobroczyńcą, prawda? No i bądź tu człowieku mądry, jak powinien zachować się porządny obywatel?


Całość wpisu - który odleżał sobie wiele miesięcy u mnie "na półce" - miałem zakończyć takim tendencyjnym chichotem historii. Kiedyś cały naród budował swoją stolicę, to więc teraz cała Warszawka buduje Biały Bór. Ot, taka sprawiedliwość dziejowa (dla niezorientowanych: napis na tablicy informacyjnej z ostatniego zdjęcia z tego wpisu wyjaśni). Na dzień dzisiejszy sytuacja wokół fotoradarów się znacznie zmieniła. Dziś już cały kraj chce zarabiać... No właśnie, w jakiej mierze chodzi o poprawę bezpieczeństwa, a w jakiej o zarobek? Trwa dyskusja, a każda ze stron znajduje argumenty na poparcie swojego, jedynie słusznego zdania. Był ciąg dalszy dywagacji - drugi artykuł - agorowego redaktora, z którymi nie mogę się do końca identyfikować. Nie można swojego własnego rozgoryczenia wpadki z wakacyjnego wyjazdu tłumaczyć tym, że u nas w Warszawie tak się robi, w imię jakości życia, jak czytam poniżej.
Myślicie, że to zbyt duperelna sprawa, by się nią zajmować na łamach ogólnopolskiej gazety? Przeciwnie. Właśnie od takich spraw zależy jakość życia w państwie.[...] Osobom argumentującym, że przepisów należy przestrzegać (jak np. we wczorajszej "Gazecie" robi to Mikołaj Kirschke), odpowiadam: oprócz litery prawa jest jeszcze uzus - powszechnie akceptowany obyczaj. To on sprawia, że policja w Polsce w zasadzie nie interweniuje przy przekroczeniu prędkości o kilkanaście kilometrów, ewentualnie poprzestaje na pouczeniu. To on sprawia, że nikt nie egzekwuje absurdalnej czterdziestki poza obszarem zabudowanym, na wylocie z miasta. [...] Jeżeli władze jakiejś miejscowości chcą zmienić ten uzus, powinny podjąć szczególne wysiłki, by poinformować o tym obywateli, tak jak to miało miejsce w Warszawie 2000 roku. Stolica ogłosiła wówczas, że chce spowolnić ruch i że funkcjonariusze będą egzekwować obniżone limity prędkości bardziej rygorystycznie niż dotąd. Chyba nie było kierowcy, który zostałby zaskoczony nowym obyczajem (który zresztą nie przyjął się na trwałe).
Dlaczego władze Białego Boru nie ustawiły na wjeździe tablic: "Kierowco, jedź bardzo powoli! W naszym mieście przestrzegamy limitów prędkości bardziej rygorystycznie niż w całej reszcie Polski"? Bo wcale im nie zależy, by kierowcy stosowali się do ograniczeń. Przeciwnie. Planowane na rok z góry zyski z mandatów to ok. 20 proc. wpływów budżetowych miasteczka.
Nie mam złudzeń, że krytykowani zbójcy sami z siebie zaniechają zbójowania. Tu potrzebna jest interwencja z zewnątrz, i to szybka, bo choroba obejmuje kolejne miejscowości. A w dalszej perspektywie warto się zastanowić nad likwidacją pokusy, jaką jest możliwość zarabiania na gminnych radarach. Problemu by nie było, gdyby pieniądze z mandatów trafiały do kasy państwowej

No i stało się, choroba rozprzestrzeniła się (ktoś z rządzących przeczytał artykuł Maziarskiego?). Nastąpiła "interwencja z zewnątrz", ale raczej nie taka, o jaką postulował rozżalony redaktor. Swoją drogą, ciekaw jestem, czy dzisiaj pan Maziarski poszedłby drogą Tuska i stwierdził: "dziś już bym tych słów nie powtórzył"? Wszystkie te redaktorskie wywody doprowadziły, że nauka wyszła z lasu, raczej z boru. Białego Boru. I po co to było stękać na ogólnopolskich łamach panie Maziarski?


No dobrze, trochę poczytaliśmy sobie, co myśli przedstawiciel czwartej władzy, trochę pożartowaliśmy. A co ja mam do powiedzenia w tej tak gorącej ostatnio sprawie, tak już zupełnie na poważnie? Czytałem głos w dyskusji, pytający, dlaczego tylko Polacy tak narzekają na fotoradary, a w innych krajach takiego społecznego oporu nie ma? Odpowiedź dla mnie jest prosta. Gdyby taki Niemiec musiał przedzierać się przez miasta Zagłębia Ruhry, bez wybudowanych autostrad i dróg ekspresowych, to też by go korciło, aby przyspieszyć sobie wędrówkę. Taka jest natura ludzka. Kamieniem nie rzucę, bo często przekraczam dozwoloną "50" (mam na myśli główne, przelotowe drogi), gdy przedzieram się przez Trójmiasto, ale nie zdarzyło mi się pędzić setką, bo to już uważam za wariactwo. Oczywiście zaraz mi się ktoś odgryzie, że przekraczanie dozwolonej pięćdziesiątki, to też wariactwo. Możliwe, ale... Dobrym przykładem jest Wejherowo. Przez całe wieki obowiązywała "50" na głównej przelotówce. Są tam przejścia dla pieszych (wszystkie z sygnalizacją świetlną), wokół osiedla, centra handlowe. Słowem - normalka. Dwa - trzy lata temu... podniesiono dozwoloną prędkość do 70! I jakoś nie słychać, żeby od tamtego czasu trup ścielił się gęsto na ulicach. Pewnie gdyby tak było, szybko powrócono by do wersji poprzedniej. A że pieszy ma mniejsze szanse podczas bliskiego spotkania trzeciego stopnia z samochodem rozpędzonym do "70"... Tak samo jak człowiek ma świadomość, że nie powinien pchać palców w gniazdko z prądem w ścianie, tak też musi mieć świadomość, że gdy pcha się na jezdnię przy czerwonym świetle, to musi liczyć się z bolesnymi konsekwencjami. Co innego drogi osiedlowe. Tu pieszy powinien mieć większe prawa, a prędkość pojazdów ograniczona. Czy wobec tego jestem za fotoradarami? Oczywiście, że tak, ale przy jednoczesnym zastrzeżeniu, żeby były one ustawiane z sensem. No i sensem ustawiane ograniczenia prędkości. Chyba że chcemy powrotu człowieka idącego z czerwoną chorągiewką przed każdym samochodem (dobre rozwiązanie bezrobocia).


No i znowu jednak zakończę żartobliwie, bo usłyszałem, że myśli się też o podniesieniu wysokości mandatów. Czyżby jednak kryzys zaglądał nam coraz głębiej w oczy i szykuje się nam powtórka z historii? Czytając tutaj artykuł o wyścigu Gierka z długiem, z niejakim przerażeniem dotarły do mnie słowa, że w połowie lat 70. "zmniejszanie dochodów obywateli rozpoczęto od podwyżki mandatów dla kierowców średnio o 500 procent". Uppsss!

 

 

poniedziałek, 14 stycznia 2013

Tak dzisiaj wygląda moje miasto nocą




Trochę dość już chyba wszyscy mają zdjęć ruder mojego miasta. To może chociaż jedno z nowością.



Trochę mi wyszła akcja plakatowa, ale co tam... Jak karnawał to karnawał.




Pokaż dekolt !  To chyba chodzi o te karnawałowe "porady stylisty" z poprzedniego plakatu?




Poradę "pokaż jaja!" wziąłem sobie do serca i w końcu zdecydowałem się na tytuł wpisu "tak wygląda moje miasto nocą". Dodałem "dzisiaj" bo być może uchroni mnie to przed jakimiś pozwami sądowymi, jak to groziło pewnemu autorowi bloga, gdy ten śmiał bezprawnie wykorzystać fragment tekstu piosenki jako tytuł bloga. Tylko dlaczego znowu na usta cisną mi się słowa: świat zwariował !!! A może powinienem wpisowi nadać tytuł, który nie byłby plagiatem, bo w końcu ktoś tyle trudził się, aby w logiczną i atrakcyjną całość sklecić kilka pospolitych słów w wyszukaną całość? Może na wszelki wypadek powinienem mieć w zanadrzu tytuł alternatywny? Na przykład: "w ten oto sposób prezentuje się obszar zabudowany, z którym jestem związany emocjonalnie, w godzinach wieczornych"(?). Może uda się przetrwać do rana bez rozlewu krwi???




piątek, 11 stycznia 2013

Wbrew prawom komercji



Listopad 2011


Życie nie przestaje mnie zaskakiwać. Chociaż sama stacja w Kochanowie przy krajowej "szóstce", o której tu było szerzej, zachowuje się prawidłowo: opuszczona, jest systematycznie rozkradana i niszczona, to pewien element jej towarzyszący zachowuje się wbrew wszelkim prawom komercji...



Obecnie (mniej więcej)


Na początku małe wyjaśnienie: wpis trochę mi się obsunął w oczekiwaniu na jakiegoś "kopa", więc określenie "obecnie", należy traktować z małą tolerancją. Na terenie stacji znajduje się budka telefoniczna. A konkretniej: w pewnym momencie całkowicie zniknęła z krajobrazu, poddana działaniu praw natury, rządzącymi mieniem opuszczonym. Naturalna kolej rzeczy: mienie opuszczone zostaje poddane procesowi utylizacji poprzez zbieraczy złomu przy współudziale osobników dysponujących nadmiarem energii, która musi znaleźć gdzieś ujście na najsłabszym ogniwie konstrukcji (np. szybie).

Rok temu

Zniknęła to zniknęła. Kto w dzisiejszych czasach używa takich obiektów? Zwłaszcza w tak odludnym miejscu, w jakim znajduje się opisywana stacja. Niewielka strata w dzisiejszych czasach. Tym bardziej, że tylko do 9. maja 2011 Telekomunikacja miała obowiązek utrzymywania tego typu urządzeń (niepotrzebnych już, ze względu na wszechobecne komórki). A jednak... Wbrew prawom komercji... stanęła nowa budka!


Obecnie

Przy okazji komentarzy pod głosem w sprawie najwyższej wagi w dzisiejszych czasach, czyli fejsbuka, gdzie ktoś odważnie wyznaje, że wyczepia z tego towarzystwa (Goodbye Facebook, czyli umieram - link dla ciekawskich). Nie oceniam stanowiska autora, jest mi ono obojętne, tylko zwrócił moją uwagę część jednego z komentarzy: ...mi facebook bardzo pomaga w załatwianiu spraw. Nawet tak trywialne rzeczy jak wyjścia z przyjaciółmi organizuje się bez wysiłku (telefon do każdego ustalanie itp.), szybko i łatwo, nie wspominając o bardziej skomplikowanych przedsięwzięciach (szkoły/pracy).

Zakładając, że ktoś pisze szczerą prawdę, pomyślałem: czy was ludzie porąbało?!? To już telefonowanie stało się wysiłkiem??????? Świat zwariował.


Uaktualnienie. Poniższe zdjęcie przedstawia prawdziwy, dzisiejszy stan - z 14 stycznia 2013. Co ciekawe, pomimo postępującej destrukcji samej budki telefonicznej, słuchawki nikt nie urwał i... jest sygnał! Widać, że i wandale mają trochę rozumu w głowach. Bo co będzie, gdy podczas demolki jeden z drugim się pokaleczy, a bateria w komórce siądzie? Jak wtedy szybko wezwać pogotowie? A tak, działający telefon zawsze jest pod ręką. Zawsze twierdziłem, że myśleć trzeba w każdej sytuacji.




 

niedziela, 6 stycznia 2013

Budujemy nowy dom...



 
Udało mi się w ostatnim momencie - przed planowaną przebudową - uchwycić dawny budynek POSTI przy ulicy Polskiej w jego dawnej odsłonie (tu więcej zdjęć). To tu, w 1968 roku, wyprodukowano pierwszą w Polsce herbatę ekspresową z charakterystycznym znakiem "Ex", która jest w POSTI produkowana do dzisiaj, ale już nie w Gdyni. Sąsiadujące z tekstem zdjęcia pochodzą z listopada 2011 i należy już je traktować jako historyczne. Choć w dalekiej przeszłości byłem tu częstym gościem, to jednak nie rozłożyłbym się przed niższym z budynków i jak Rejtan bronił jego rozbiórki. W tym stylu mogłem przeczytać kiedyś wypowiedzi na forum "SkyscraperCity", gdy rozpoczęto wyburzanie budynku z dolnego zdjęcia. Forumowicze niemalże chcieli budzić w środku nocy konserwatora zabytków, aby uchronić niby zabytkowy budynek przed destrukcją. Skansen to my mamy we Wdzydzach, a miasto i wraz z nim port musi się zmieniać, rozwijać. Faktem jest, że był on solidnie wykonany, ale niczym szczególnym się nie wyróżniał spośród tysięcy takich budynków na świecie, aby zaraz rozdzierać szaty. Skoro nikomu już nie był potrzebny... A poza tym - aby nie było za poważnie - blog musi z czegoś żyć! A na zdjęciach nieistniejących fragmentów miasta mój blog w dużej części żeruje.





Poniżej: kilka ujęć z metamorfozy głównego budynku.

Marzec 2012




Maj 2012




Grudzień 2012






Za spokojnie było. Ktoś znowu musiał włożyć "kij w mrowisko", chcąc obecny rok uczynić rokiem Edwarda Gierka. No i zaczęło się... Walka tych, którym "za Gierka" było lepiej, z tymi, którzy tych pierwszych uważają za ludzi niespełna rozumu. Walka dosyć nierówna: sentymentalne wspomnienia kontra bezduszne liczby. Na forach i w komentarzach do artykułów, których teraz trochę się wysypało: żonglowanie statystykami, walka na mniej lub bardziej rzeczowe argumenty, aż po absurdalne: np. "ludzie, którzy pamiętają czasy Gierka w większości już nie żyją(?!?!?!?). Autentycznie! Ja rozumiem, że młodość ma swoje prawa, ale bez jaj - nie uśmiercajcie nas, wapniaków, aż tak przedwcześnie!

Mnożą się przeliczniki: złote na dolary; stare na nowe; zadłużenie w dolarach na mieszkańca "wczoraj" i dziś; przeliczanie siły nabywczej złotego i dolara... Wszystko można przedstawić jak co komu pasuje. Wiem jedno - po takich zmianach gospodarczych i walutowych nie ma już prostego przelicznika, szablonu, który można przyłożyć i wszystko jasne. Zbyt wiele zakrętów po drodze było. Fakt niezaprzeczalny, że byliśmy za PRL-u biedniejsi, ale już odpowiedź na pytanie: "o ile?", wbrew pozorom już nie jest taka prosta. Spokojnie, nie mam zamiaru robić tu żadnych wyliczanek. Jaki jest rachunek "gierkowskich" zysków i strat? O to zapewne jeszcze przez wiele lat będą spierać się historycy, ekonomiści i - co gorsza - politycy. To, że poprzedni ustrój cofnął nas w rozwoju wobec reszty cywilizowanego świata to pewne, ale pretensje najpierw zgłaszałbym do Wielkiej Trójki. Od decyzji tych panów wszystko się zaczęło, a później potoczyło się po równi pochyłej. Już samo. Siłą rozpędu.

Licytowanie się, ile kosztowało nas spłacanie "gierkowskich" długów, a na ile pieniądze uzyskane z prywatyzacji niechcianego dziedzictwa poprzedniego systemu pozwoliły nam na względnie łagodne przejście przez ostatnie lata transformacji gospodarczej, też nie ma sensu. Tego tak naprawdę też nigdy się nie dowiemy. Tak samo, jak tego, jak potoczyłyby się losy naszego kraju, gdyby za Gierka kraj nie zadłużył po uszy, a przyszłaby rewolta... Sorry. Historia alternatywna nie jest w kręgu moich zainteresowań.

Stawiać "pomniki" Gierkowi? Z pewnością nie. Według mnie pewne sprawy trzeba zostawić w spokoju. Mleko się rozlało dawno temu. Dawne sprawy powinny już pozostać na kartach podręczników historii a my powinniśmy żyć przyszłością, a nie z lubością grzebać się w przeszłości (na blogu sobie można pogmerać). Pośród tych wielu praw względnych, jedno jest pewne. Dobrze będą musieli się zdrowo nagimnastykować nasi obecni rządzący, aby i oni po latach, tak jak Gierek dziś, byli w tak dobrym świetle zapamiętani przez dzisiejsze młode pokolenia, gdy to one będą wstecz spoglądać. Jest to nie lada wyzwanie, przyznać trzeba.




P.S. Mimo wszystko, a propos propagandy sukcesu i żonglowania danymi. W ostatnich dniach było pełno zachwytów nad naszą złotówką, która w zeszłym roku bardzo się umocniła wobec dolara. Łałłł !!! Jezu jak się cieszę! Tylko że... zaledwie w jednym programie usłyszałem, że złotówka nie odrobiła jeszcze całych strat wobec dolara... z 2011 roku i jeśli weźmiemy pod uwagę już okres dwuletni to nadal jesteśmy na minusie. To mnie skłoniło do głębszego spojrzenia wstecz. Patrzę trzy lata wstecz, cztery... Dopiero porównując styczeń 2006 roku wychodzimy na zero... Nijak inaczej nie chce wyjść. Czyli co? Siedem lat chudych za nami, teraz siedem tłustych? Oczywiście, gdyby zacząć bawić się w porównania: marzec do marca, maj do maja, lipiec do lipca, itd., to wyszłyby nam zapewne zupełnie inne zestawienia. Niech więc będzie normalnie, to znaczy: niech nikt mi ciemnoty nie wciska i nie udowadnia, że propagandę wymyślono w PRL-u. Tego chciałbym wszystkim rozsądnie myślącym ludziom życzyć, nie tylko na najbliższy rok.