wtorek, 30 października 2012

Gdyńska IKEA



Z powodu jesiennego braku weny, ciągnę dalej zaledwie migawki z miasta, które ostatnio nawinęły mi się przed obiektyw. Mignęła mi w Gdyni taka półka na flaszeczki, wypisz - wymaluj prosto z IKEA. A gdzież ta półeczka się znajduje? Odpowiedź poniżej.







niedziela, 28 października 2012

Stawka większa niż telewizja



Kilka dni temu, na kanale TVP Kultura, oglądałem reportaż z 1969 roku z dotkniętej "kataklizmem" Bydgoszczy. Sprawa była poważna, gdyż w wyniku awarii nadajnika mieszkańcy miasta we wspomnianym roku zostali pozbawieni możliwości oglądania telewizji. Reporter wypytywał spotkanych na ulicy ludzi, jak też radzą sobie oni w obliczu tak trudnej sytuacji życiowej. Jakoś tam ludzie wiązali jeden koniec z drugim końcem wolnego czasu, wynajdując sobie zajęcia zastępcze. Musieli. Aby przeżyć. Ale telewizji było żal... Szczególnie kolejnego odcinka Klossa. Dziś brak sygnału telewizyjnego można by porównać do awarii internetu, prawda? Swoją drogą, ciekawy byłby taki eksperyment - wyłączyć sieć na... już nie bądźmy sadystami, wystarczy tydzień...

Z tuby wycisnąłem dwie ostatnie minuty reportażu.



Jest okazja do przypomnienia, że i w Trójmieście kręcone były sceny z agentem J-23. Tutaj jest relacja pozytywnie zakręconych na punkcie serialu ze "stawkowego Trójmiasta". Ze swojej strony wspomnę tylko, że Gdynia zaistniała w "Stawce większej niż życie" w postaci scen kręconych na Bulwarze Nadmorskim, przy orłowskim klifie, oraz na dworcu głównym PKP. Poniżej: szybka podróż koleją z Gdyni do Istambułu (kadry z odcinka pt. "Cafe Rose").









sobota, 27 października 2012

Nadejszła zima



Spadł zdrajca nocą i cicho legł... Wystarczy tylko lekko oddalić się od miejskich bloków, aby naocznie przekonać się, że zima - na razie nieśmiało - zapukała do nas. W związku ze związkiem, kilka jeszcze jesiennych ujęć. Tak po prostu.


Przed podróżą za miasto - małe co nieco, czyli jesienny kebab





Wczorajsze widoki z pomarańczowej wieży








Jesienią i zimą nie zapominajmy o ochronie obuwia




piątek, 26 października 2012

Krasule naszych miast



Fot. ze zbiorów Wojciecha Sobolaka

Powyższy widoczek - najprawdopodobniej z roku 1950 - zastałem na ścianie budynku przy ul. Morskiej 89 (w którym w 1939 otwarto Fundusz Pracy). Zdjęcie przedstawia prawie ukończony budynek Szkoły - Pomnika Polski Ludowej, który oddano do użytku - jakże by inaczej - 22 lipca 1950. Rok po otwarciu szkoły, euforia ustąpiła zarzutom, że "szkoła jakby specjalnie została wybudowana w takim miejscu, by nikt jej nie widział...". Rzeczywiście, wtedy jakby były to peryferia, w dodatku, blisko nieciekawej zabudowy Grabówka. Dziś wkoło szkoły trudno byłoby spotkać wypasane krowy, a nowe osiedla powstają w sąsiedztwie w szybkim tempie. Cóż, minęło ponad 60 lat, a to już nie przelewki...




Jak długo będzie trzeba czekać, aby powyższe - aktualne - zdjęcie oglądać z sentymentem? Też pół wieku? Patrząc jak szybko powstają nowe osiedla przy ul. Chwarznieńskiej, to zamiana wsi w miasto w tym miejscu może potrwać znacznie krócej (stojąc w tym miejscu, za moimi plecami rozpościerają się już zgoła miejskie widoki).



Natura - i gospodarka - nie znosi próżni, więc żywe krasule, które muszą ginąć z miejskiego krajobrazu, zostały zastąpione na początku tego roku wersją metalową. Człowiek PRL-u zazwyczaj był niedouczony w zakresie ekologii i nie mógł wiedzieć, że to co dzisiaj jest mrocznym przedmiotem ekologicznego pożądania, miał na co dzień. Teraz dowiadujemy się, że:  "na pewno lepiej kupować mleko ekologiczne niż odtłuszczone UHT, które jest pozbawione wszystkich istotnych witamin". Nie wiem, czy rzeczywiście "Polacy przekonują się do idei mlekomatów dosyć powoli", ale kartka z ofertą sprzedaży na chylońskim automacie może sugerować, że ekologicznego szału nie ma(?). Szukając później materiałów związanych z mlekomatami natknąłem się na ogłoszenie o sprzedaży - jak to określono - HIT-u!!! (na dzień dzisiejszy oferta jest tu). Jak ktoś dysponuje wolną gotówką (cena netto: 35.000 pln), może stać się posiadaczem maszynki do robienia pieniędzy, czyli swojej własnej dojnej krasuli.




czwartek, 25 października 2012

Stary dobry... poprzedni ustrój, czyli przepraszam za kryzys



Brzydka bryła przypomina... nie o poprzednim ustroju!!! O tym, że jest ona sprzed lat!!!

"...Faktycznie, brzydka bryła przypomina o poprzednim ustroju." - przemknęło mi dzisiaj w papierowym wydaniu "Gazety" (przy okazji "wstydzenia się" za sopocki dworzec PKP). Później - już w internecie - natknąłem się na informację, że ponoć domowe maszyny do szycia wracają do łask. No i postanowiłem zrobić sesję zdjęciową naszemu poczciwemu "zabytkowi" marki Łucznik 466 (te dzisiejsze Łuczniki to ponoć zaledwie "podróbki" made in China). Maszyna - wyprodukowana ok. połowy lat '70 - jest ciągle sprawna. Używana niezbyt intensywnie. Zaledwie od czasu do czasu, gdy trzeba coś awaryjnie naprawić lub przerobić. I czytając komentarze pod wspomnianą informacją, trudno nie oprzeć się wrażeniu, że dobrze już było. Dbałość o to, aby produkt służył nam jak najdłużej to już zamierzchła przeszłość. Teraz klient jest nie podmiotem, ale zaledwie przedmiotem, służącym do ciągłego kupowania. Fakt - do kupowania coraz bardziej "kolorowych" wynalazków, ale coraz bardziej zawodnych. Mających nam służyć chwilkę, która ma wystarczyć producentom do wprowadzenia na rynek nowego modelu.



Ale trzeba spojrzeć na drugą stronę medalu i... zacząłem bić się w piersi, powtarzając: przepraszam za kryzys, przepraszam za kryzys (obojętnie, czy on jest, czy to tylko wymysł bogatych, aby otumanić szare masy). Przepraszam, że przez swoje uparte trzymanie staroci w ciągłej gotowości do użycia inni ludzie nie mają pracy. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że inne sprzęty gospodarstwa domowego sumiennie wymieniam. Znacznie częściej - średnio co 13 lat (i jak tu nie wierzyć w pechową "13"?). Jedynie odkurzacz - Zelmer - zbiesił się i uparcie połyka kurze od ponad 19 lat. Taka złośliwość rzeczy martwych...



Ale za to nieustannie jem. Jem i piję.
Zazwyczaj herbatę i właśnie proponuję łyk jesiennej herbaty.


 

wtorek, 23 października 2012

W smutnym kolorze blue




Wrócę na krótko do "sklepu na rogu", który już w tym wpisie zaistniał. Wrócę, bo tak stanąłem przy nim od strony ul. Starowiejskiej i tak się zamyśliłem: jakim bęcwałem trzeba być, aby w takiej zmianie reklamy widzieć poprawę wizerunku? Przecież to teraz tak beznadziejnie wygląda. Taki kwiatek do kożucha. I tu znowu podeprę się fragmentem zdjęcia z czerwca tego roku, gdy wisiała nad sklepem jeszcze stara reklama (patrząc na nią, były to chyba ostatnie jej chwile). O ile białe fragmenty tynku na niebieskim tle, można by wybronić, jako celowo pozostawione chmurki na błękicie nieba, to już pejzażu nad oknami nijak nie da się wybronić. Przynajmniej nic mi nie przychodzi do głowy. No cóż, każdy ma swój gust...




Przy centrum handlowym Batory zobaczyłem taki obrazek i... coś mi się przypomniało o kontenerach "psujących obraz miasta" (tu całość o przeszkodach w realizacji gdyńskich marzeń). Wtedy chodziło, że: "Ryszard Toczek - naczelnik Biura Rozwoju Miasta Gdyni, w wypowiedzi do artykułu o planach wytyczenia Doliny Logistycznej na pograniczu Gdyni, Rumi i Kosakowa stwierdził: -Kontenery przy ul. Hutniczej psują nieco obraz miasta. No i tu bym postawił kilka znaków zapytania, na znak swojego zdziwienia, bo jak to może być, że w portowym mieście widok kontenerów może przeszkadzać? Okazuje się - jak tłumaczy naczelnik - że... "to dobra lokalizacja, blisko portu oraz Trasy Kwiatkowskiego, łączącej się z obwodnicą". No więc w czym tkwi problem? "Ale także blisko centrum miasta" - dodaje on jednym tchem".
Panie Toczek, skoro kontenery przy ul. Hutniczej nie są mile widziane, no to co robi ten kontener - sprawiający wrażenie kompletnej prowizorki - w samym centrum miasta? Po co budować gładkie "szklane domy", jeśli później oblepiamy je prowizorycznymi budkami? Nie widzę tu kompletnie konsekwencji w rozumowaniu włodarzy miasta.



niedziela, 21 października 2012

Kawa po raz drugi, czyli duża czarna przy małej czarnej



 
Druga odsłona w kolorach czerni. Tym razem na ul. Starowiejskiej znalazłem dziwną mieszankę kawową - niby Lavenda Cafe, ale jakby warzywniak... (o innych kawowych dziwadełkach było na blogu "Świętojańska Street").


Poniższa reklama - jak to reklama - znowu wmawia nam, że kawa to nie tylko kawa.


piątek, 19 października 2012

To tylko kawa



Powyższe zdjęcie jest małym wycinkiem całego kadru - stąd ta "wyśmienita jakość" - przedstawiający fragment kamienicy przy ul. Świętojańskiej róg Kilińskiego, bo sklep z odzieżą nie był głównym jego motywem. Nie wiedziałem, że za rok będzie tu zupełnie coś innego, choć niedaleko pada jabłko od jabłoni - "mała czarna" nie jedno ma przecież znaczenie.



Zdjęcia zrobione kilka tygodni temu, ale czekały - jak to często u mnie bywa - na jakiś impuls, który pozwoliłby im zaistnieć na blogu. Bo tak tylko same zdjęcia puszczać, to tak jakoś... Tu trafił mi się impuls: "Mój świat skończył się dziś rano", "To straszna, straszna tragedia!" - donosił kilka dni temu "New York Times". Atak terrorystyczny? Wybuch kolejnej wojny? Nie, w amerykańskich kawiarniach Starbucks zabrakło dyniowej latte. Kawa sprzedawana jest sezonowo w okolicy Halloween i kosztuje 4 dolary za najmniejszy kubek. W tym roku w pierwszych dniach oferty Amerykanie wykupili wszystko, a ci, którzy odeszli z kwitkiem, w tym 26-letni pośrednik nieruchomości z Manhattanu i 38-letni mieszkaniec Lexinghton w stanie Kentucky, opowiadali dziennikarzom "o najgorszym dniu w ich życiu". Jedynym głosem rozsądku była wypowiedź Cynthii Smalls, baristki w Starbucksie na Manhattanie: - Ludzie, wiecie, że to tylko kawa, prawda?

Tylko kawa? Doprawdy? Spróbujcie powiedzieć to szefom wspomnianego Starbucks. Po spojrzeniu na polską stronę firmy, pomyślałem z przekąsem, że to kolejna firma "inne niż wszystkie" (tak jak ten bar nazywający się restauracją). Inna - bo z misją. "Nasza misja: inspirować i wspierać ludzkiego ducha - jedna osoba, jeden kubek, jedna okolica". Noooo! Powiało wielkim światem i wzniosłymi ideami! To już nie to samo, co misja z PRL-owskiego saturatora: jeden kubek, jedna okolica, ale wiele osób...


Jeszcze przy okazji zmian na ul. Świętojańskiej. Kolejny sklep z "ciuszkami" do likwidacji. To już chyba niedługo na głównej gdyńskiej ulicy same banki i kawiarnie zostaną (czy też powstaną)? Niegdyś główna ulica handlowa, dziś finansowo-kawiarniana. Też może być. Aby interes się kręcił i ludzie się tu też kręcili.


P.S. Okazuje się, że nie wszyscy za oceanem zwariowali na punkcie kawy:
Przypadkowo przeczytałem początek wywiadu z jedną ze współczesnych pisarek amerykańskich Ann Patchett, ale nie kontynuowałem lektury, bo nie interesują mnie jej pretensje do świata w sprawie jej decyzji o nie posiadaniu dziecka. Każdy żyje jak mu wygodniej...
Zainteresował mnie poniższy fragment:
Zamiast zgiełku Nowego Jorku czy Los Angeles wybrała prowincjonalne Nashville, które na całym świecie kojarzy się wyłącznie z festiwalem muzyki country. Dlaczego? "Bo w Nashville nie ma korków, ludzie są mili i nie chodzą do Starbucksa".


To co? Jeszcze jedna filiżaneczka?

 

wtorek, 16 października 2012

Siedząc na przystanku - II





Siedząc na przystanku, trochę kształtem przypominającym wrota do przydrożnej kapliczki, pomyślałem o pobożnych życzeniach naszych rządzących, które można by zawrzeć w mało poprawnych politycznie słowach: Polacy rozmnażajcie się! Bo nam nie starczy do pierwszego (na wypłaty emerytur)! Na szczęście nadchodzi kryzys i cała w nim nadzieja, bo wiadomo: w czasie kryzysu dorośli się nudzą...

Kiedy ostatnio był u nas wyż demograficzny? Gdy czołgi na ulicach stały, wszystko było na kartki i - co być może najbardziej istotne dla demografii - okresowo wyłączano prąd w domach. Dziś nie ma dnia bez użycia w mediach magicznego słowa "kryzys", a tu demografia leży! Biorąc pod uwagę powyższe, śmiem twierdzić: kryzysu niema - to wszystko ściema!

A tak swoją drogą, to strasznie nieodpowiedzialni byliśmy w tych kryzysowych czasach. Wszystko zawierało się w starej prawdzie: gdzie dwoje, tam zaraz troje (i wcale nie chodzi tu o jakieś sponsorowane "trójkąty"). Perspektyw na własne mieszkanie zero, pieluchy na książeczkę zdrowia, po wózek, z Gdyni jechałem do Sopotu... Wszystko było zaprzeczeniem jakiejkolwiek polityki prorodzinnej. No słowem: nieodpowiedzialni idioci, którym widocznie tylko jedno było w głowie i ciągle w(y)padki przy pracy się zdarzały!

I to beztroskie: jakoś to będzie. Optymizm, czy naiwność? Czy też może człowiek nie oczekiwał zbyt wiele od życia, wiedząc, że i tak na zbyt wiele liczyć nie może? Jakąś gwarancję pracy się miało, zawsze na jakąś pomocną dłoń od rodziny mogło się liczyć. I jakoś się ten wózek przez życie toczyło... Dziś, przyszli rodzice są bardziej odpowiedzialni. Nie stać ich na bylejakość. Muszą mieć pewność, że wszystko będzie przygotowane na przyjście na świat potomka. Tylko w niepewnych czasach, coraz częściej tej pewności im brak...

 

niedziela, 14 października 2012

Misja wypełniona



Ucz się ucz, bo nauka to potęgi klucz

W dzisiejszym dniu, Dniu Nauczyciela, składam wszystkim nauczycielom... wyrazy współczucia. Współczuję im, że muszą brać na klatę wynik równouprawnienia uczniów wobec nauczyciela i dopiero podpierając się mianem urzędnika państwowego muszą szukać w sądzie odrobiny szacunku dla swojej pracy (dodatkowo, przy niezadowoleniu rodziców wypieszczonych pociech). Za moich czasów...



Nauczyciel za moich czasów był kimś przez duże N, i nikomu się nie śniło, aby wsadzać mu kubeł na głowę, czy też dyskutować głośno po stanowczym sprzeciwie "władzy": "spokój!". Przypominam: komórek wtedy nie było, więc problem z dzwoniącymi telefonami mieli nauczyciele za moich szkolnych czasów z głowy, a jedynym powodem prośby o wyjście z klasy podczas lekcji było wyjście, gdy natura wzywała, a nie z powodu dzwoniącego telefonu "do przyjaciela" (bo może właśnie teraz ktoś próbuje wygrać milion i pilnie szuka pomocy). Oczywiście różnym autorytetem cieszyli się nauczyciele - w zasadzie w 99% były to przedstawicielki płci pięknej (w różnym stopniu) - ale w mojej podstawówce były dwie znane postacie i na ich lekcjach to najgłośniejszym elementem ruchomym była mucha. Poważnie! Nikt nie śmiał się odezwać niepytany, lub dyskutować między sobą, jakby nauczyciela w klasie nie było. A gdy próbowałem w domu poskarżyć się w domu na swój niesprawiedliwy los, zaczynając: "bo ona...", to zaraz byłem prostowany: "jaka ona? To nie jest twoja koleżanka!". I usłyszałem: "czego oni was w tej szkole uczą?!", gdy pewnego dnia pochwaliłem się w domu przepisem na kruche ciasteczka, na które przepis podyktowała nam nauczycielka historii. Starsza to pani była, więc może któregoś dnia uznała, że może zamiast przekłamanej historii uczyć, to w ten nietypowy sposób uatrakcyjnić zajęcia? Tego nigdy się nie dowiemy. Nauczyciel sam musi mieć dla siebie szacunek, ale gdy nie ma poparcia z zewnątrz - począwszy od rodziców ucznia - to wiele sam on nie zwojuje. I wydaje mi się, że tych podstaw teraz brakuje, więc dlatego dziś nauczycielom współczuję.

Nie było zazwyczaj kolorowo. Człowiek nienawidził "budy", nie raz idąc do niej jak na ścięcie, przypinając na agrafkę obciachową tarczę szkolną, kombinując, jakby tu nie przebierać obuwia (a należy dodać, że były kontrole przy wejściu i nie było to czasami takie łatwe), ale po latach, to nie ma żadnego znaczenia i wspomina się to z rozrzewnieniem. I wybaczam wam, moim nauczycielom, niepedagogiczne z dzisiejszego punktu widzenia: "dzwonek jest dla mnie, nie dla was!", gdy wszyscy zrywali się z ławek po upragnionym dźwięku dzwonka na przerwę. Jakoś trzeba było nad tym wszystkim zapanować...
 
Oczywiście w młodym duchu rodziły się jakieś psoty, ale zawsze to były psoty nie zagrażające życiu i zdrowiu nauczyciela. Co najwyżej, mógł się człowiek podkochiwać - bez wzajemności - w nauczycielce i poprosić o wpis do pamiętnika. Dziś chętnie bym obejrzał sobie go, ale dawno gdzieś leży na jakimś śmietnisku, przykryty grubą warstwą innych, zbędnych nam już rzeczy. No tak się rozmarzyłem, że puszczę odpowiednią piosenkę.



piątek, 12 października 2012

W objęciach kolorów


Informacja z "Trójmiasto.pl", że iluminacje gdańskich wiaduktów i mostów jakby trochę przyblakły. Zdjęcia części z nich były już tu. To mi przypomniało, ze miałem puścić porównawcze zdjęcia, które zahaczają o temat iluminacji.


 
Za stacją zburzone zostały warsztaty (zdj. arch. z 2009), w miejsce których wyrósł - żadna nowość w dzisiejszych czasach -  biurowiec.




Biurowców ci u nas dostatek, ale ten wyróżnia się ciekawym - zmieniającym się - oświetleniem. Podobnie oświetlony jest zespół biurowców nieopodal, ale nie zmienia to faktu, że mało jest w Gdyni ciekawie oświetlonych budynków. A do tego nie potrzeba czasami wyszukanych środków. Przykładem niech będzie sfotografowany kiedyś budynek przy ul. Starowiejskiej. Jakiś most też by można podświetlić, ale zaraz znajdą się obrońcy miejskiej kasy... Oj tam, dziś już prawdziwych żarówek nie ma, teraz już takie robią, że świecą jak diabli i prądu nie pobierają (prawie), więc problem też jest coraz mniejszy.



środa, 10 października 2012

Amber - bez gold




Dzisiaj małe porównanie. Róg ul. Starowiejskiej i Dworcowej. Niby kolorowo, ale nadal szaro (i kto mówi, że tylko PRL był szary?). To tylko taka zasłona dymna, coś w rodzaju "prawie". Prawie kolorowo...
Spójrzmy jednak na to samo miejsce, gdy ul. Dworcowa nazywała się ul. Pierackiego. Poniższe zdjęcie ze zbiorów NAC przedstawia widok z okresu przedwojennego, gdy w narożnym lokalu znajdowała się Fabryka Wyrobów Bursztynowych Piotra Trześniaka. W sieci przewija się to nazwisko jako właściciela pierwszej wytwórni i pierwszego tego typu sklepu w Gdyni. Na stronie antykwariatu znalazłem jeszcze informację o 20-stronicowej broszurze wydanej właśnie przez Piotra Trześniaka w 1934 roku pt. "Bursztyn". Trzeba przyznać, że kiedyś z klasą to wszystko wyglądało. Nawet znajdujący się obok sklep Mleczarni Kosakowo prezentuje się o niebo lepiej, niż dzisiejszy spożywczak.



Zdj. ze zbiorów NAC (kliknij aby powiększyć).

poniedziałek, 8 października 2012

Inwazja na Biedronkę...



Dopiero co pisałem o inwazji biedronek (różnych maści), zastanawiając się, czy już w końcu otwarto ten 2000. sklep Biedronki? Dzisiaj dowiedziałem się, że ten radosny dzień właśnie dziś nam nastał. Nie mogłem sobie odmówić wklejenia filmiku z otwarcia. Mam nadzieję, że będzie on długo dostępny - ku... No właśnie, ku czemu? Dla mnie osobiście: ku gorzkiemu rozbawieniu. Niestety.
Na stronach Polskiego Radia dostrzegłem już kiedyś tytuł: "W PGR-ach chciano stworzyć "nowych ludzi". A nuż się przyda to kiedyś do dywagacji o PRL? - pomyślałem. Jeszcze się nie przydało w całości, ale przy okazji inwazji na łódzką Biedronkę dodam tendencyjnie dobrany fragment z artykułu: "PGR-y poddane były intensywnej propagandzie partii komunistycznej, która była nastawiona na oderwanie tych ludzi od ich korzeni i przekonań. Chciano w ten sposób stworzyć "nowego człowieka”. I znowu tendencyjnie zamieniając "PGR" na "PRL", wychodzi mi, że ani wtedy, ani teraz nie udało się stworzyć "nowego człowieka". Jak gdzieś otwierają coś nowego - lub pseudo-nowego - to zaraz "starzy ludzie" tratują się w kolejkach i zarywają noce, aby być pierwszymi w kolejce. No nie dajemy się "oderwać od swoich korzeni". Ale mamy jednak jakiś postęp. Kiedyś to z musu ludzie spotykali się na nocnych czuwaniach w ogonkach, a teraz to dla sportu i przyjemności chyba(?) tylko.

Okazuje się, że z historycznego punktu widzenia, to nie ma tego złego, co by nam na dobre nie wyszło i jednak skłaniam się ku myśli, że może trzeba by było podziękować dawnej władzy ludowej (jakiś pomnik przed Biedronką nr 2000?), że nas przez tyle dziesięcioleci zmuszała do kolejkowych bojów. Teraz, gdy już mamy wolny rynek, wolną wolę i wolną rękę, wypracowane przez dziesięciolecia umiejętności procentują z nawiązką. Chociaż i tak nadal daleko nam do Zachodu. Pomimo tego, że pierwsi klienci ustawili się już po godzinie 22 dnia poprzedzającego otwarcie, to i tak nie mają się czym chwalić, bo przy wprowadzeniu do sprzedaży nowego iPhona w USA, znaleźli się i tacy twardziele, którzy koczowali trzy doby. No, ale to Ameryka... I jak to Pawlak mówił: "u nich to i pszczoły pewno większe".


P.S. Wszystkie osoby stojące w kolejce były tak zaślepione otwarciem sklepu, że nie zauważyły prawdziwej okazji, która pojawiła się przy okazji. Zamiast stać po "47-calowe telewizory Philips za 1499 zł, netbooki Acer za 800 zł i rowery górskie za 149 zł", mogli skorzystać z okazji zdobycia - i to gratis! - własnych czerech kółek, bo jak informuje "Gazeta": "kierowcy próbowali zaparkować na jakimkolwiek skrawku wolnego placu, porzucali samochody i biegli do sklepu". Pośród tych porzuconych samochodów jakaś niebywała okazja też by się trafiła... No ale jak zwykle: mądry Polak po szkodzie.


Przeżyjmy to jeszcze raz. Jak za dobrych czasów.
Ach, tak postać sobie jeszcze raz...



niedziela, 7 października 2012

Siedząc na przystanku. I wspominając piłkoszał...




Kolekcja przystanków - każdy ma swojego bzika - powiększyła mi się o kolejne dwa. Przystanki PKS - tak się mówi, choć być może oryginalnych pojazdów tego dawnego monopolisty coraz mniej dziś na nich przystaje, ale tak jak "cpn" pozostaje dla wielu synonimem stacji paliw, niezależnie od widniejących dziś na nich logo, tak też "przystanek pks" oznacza dla wielu przystanek komunikacji międzymiastowej.

No, ale mniejsza o większość. Autobus coś - jak zwykle - się spóźnia, więc mam chwilkę na przejrzenie co w prasie piszczy, z jednoczesnym spojrzeniem na drugą stronę medalu. Dziś: mroczna strona Euro. Z każdym upływającym miesiącem oddalmy się od "piłkoszału", który miał wszystko rozruszać i być lekiem na całe zło. I pewnie tak było. Co tam kilka drobiazgów: część ludzi nie dostała zapłaty za pracę, część firm padła przy budowie autostrad. Dobór naturalny musi być i w biznesie. Sorry, takie życie. Z ostatnich informacji wyłazi mi tu jednak "ciemna strona księżyca" i co niektórym Euro 2012 kojarzy się bardziej z winowajcą niż dobrodziejem. Zdaniem zarządcy sopockiego molo, niższa niż przed rokiem frekwencja spacerowiczów "nie jest wynikiem podwyżki cen biletów, ale złej pogody i... Euro w Gdańsku". Ale co tam lokalna ciekawostka. Piłkoszał, co zrozumiałe, miał wpływ na cały kraj. Okazuje się, że "duży spadek frekwencji w kinach w Polsce w drugim kwartale był związany z odbywającymi się w Polsce mistrzostwami Europy Euro 2012". W tym przypadku jednak sieci kin są same sobie winne, bo - jak przyznają - nie wprowadzały nowych tytułów w tym gorącym czasie. No właśnie, a propos "gorący". Kapitalizm nie byłby sobą, gdyby nie znalazł winnego. I brnie dalej: "słaba frekwencja przełoży się też zapewne na kolejny kwartał, podczas którego odbyły się igrzyska w Londynie, a także panowały upały, które też niekoniecznie sprzyjają chodzeniu do kina". I w tym momencie jestem w kropce. To w Sopocie w sezonie letnim - bo o całym lecie tu mowa - była zła pogoda, gdy reszta kraju piekła się w skwarze słońca? Kapitalistom to zawsze wiatr w oczy.... Jak nie deszcz, to upały. Zawsze pod górkę.



piątek, 5 października 2012

Wesoły autobus




Miałem zamiar wrócić jeszcze raz do trolejbusu skoda, ale musiałem dokopać się do zdjęcia innego modelu tego trolejbusu (wcześniejszego?), który zobaczyłem na terenie muzeum w norweskim Bergen. Niestety tylko przez ogrodzenie, więc poniższe zdjęcie takie sobie. Dlaczego jednak w tytule wpisu tkwi uparcie 'autobus'? Bo tak naprawdę bodźcem do zamieszczenia tych zdjęć był radiowy reportaż właśnie pod tytułem: "Wesoły autobus" Grażyny Wielowieyskiej. I nie jest ten reportaż - jakby niektórym mogło się wydawać - o autobusie, w którym podróż umila się napojami wyskokowymi (jeszcze ktoś by wyskoczył przez okno w czasie jazdy?).


W Warszawie, od trzech miesięcy, można spotkać kierowcę autobusu, który "postanowił uśmiechać się i tym uśmiechem zarażać innych i komunikuje się z pasażerami przez mikrofon, wita wsiadających, żegna wysiadających, życząc im miłego dnia. Częstuje domowym ciastem. Podróż umila także opowiadając o Warszawie, o mijanych miejscach, swoją wiedzę zdobywał na kursie dla pilotów wycieczek". Tu można, klikając na znaczek głośnika, wysłuchać 12-minutowego reportażu. Ja się uśmiechnąłem - trochę robiąc oczy jak 5-złotych - w momencie, gdy bohater reportażu opowiada o swojej ścieżce kariery: "...z zawody jestem kelnerem, hotelarzem, zrobiłem kurs pilotów wycieczek, ale bez doświadczenia nikt nie chciał mnie przyjąć, brałem pod uwagę jeszcze szkołę fotograficzną, ale mam słaby wzrok, to nie mogłem do tej szkoły pójść". A ja zawsze myślałem, że to kierowca zawodowy musi mieć dobry wzrok?!? Piszę to bez złośliwości. Tylko dziwnie mi to zabrzmiało i jednocześnie trochę rozbawiło, ale w końcu to o wesołym autobusie rzecz jest...

Myślę, że z takim kierowcą, ludzie łatwiej mogliby podróżni znieść - nawet i dzisiaj - trudy podróży takim trolejbusem, jaki prezentuję poniżej. Jest to dość dziwnie wyglądający - ochrzczony przed Norwegów "sputnikiem" - pojazd powstały w kooperacji angielsko-norweskiej Sunbeam (podwozie)/Munck (nadwozie). Widoczny na zdjęciu pojazd wyprodukowano w 1957 roku a wycofano z eksploatacji w 1974, gdy u nas królowały już skody.











Historia kierowcy jest taka z typu słodko-gorzkich i wydaje mi się, że bohater reportażu nie jest w sprawach zawodowych do końca spełniony. Gdzieś w tle pobrzmiewa mi nutka smutku. A gdy wspomina o własnej działalności: "Prowadziłem z żoną w szkole, w stołówce, firmę gastronomiczną. Wygryziono nas tam w dziwny sposób. Był przetarg, o którym nie poinformowano nas, a firma prosperowała dobrze przez 6 lat. No ale układy, układziki w małych miasteczkach... Samo życie"; to po raz n-ty pomyślałem sobie: taki jest mój kraj...

środa, 3 października 2012

Były stonki, nastały biedronki






"Agresywne biedronki atakują Polskę"; "Plaga biedronek na trójmiejskich plażach" - takie alarmistyczne tytuły ostatnio przewinęły się w sieci. Stonki to ponoć nam amerykanie zrzucili w latach 50., biedronki to same sobie przyleciały z Azji... Ale ja tu nie o faunie naszych pól, łąk, czy też plaż. Chciałbym jednak parę słówek o biedronce portugalskiej, która, podobnie jak ta azjatycka, "wymknęła się spod kontroli i rozpoczęła inwazję na nasz kraj".

Rok temu jeszcze biedronka tu nie zaatakowała

Ostatnio sieć sklepów Biedronka szumnie świętuje powstanie 2000. sklepu (czy też ma wkrótce takowy powstać? - sam już nie wiem) i zapowiada szybką dalszą rozbudowę sieci. Wszystko odbywa się, jak zwykle przy tego typu okazjach, w klimacie powszechnej szczęśliwości. Blog mój znany jest - a przynajmniej powinien być - z tendencyjnego spoglądania na druga stronę medalu. W związku z tym, tak dla powszechnej zdrowotności...


Praca w Biedronce to nie spacer po Beverly Hills

Czy dziś ktokolwiek, buszując pośród półek z tanim towarem, pamięta o tym, jak to właściciel sieci Jeronimo Martins Dystrybucja nie mógł opędzić się od pozwów sądowych? Może inaczej: kogo to obchodzi, że swoją pozycję Biedronka zbudowała na tym, że "w sklepach "Biedronka" pracownicy poddawani byli mobbingowi, przeciążano ich pracą, nie płacono za nadgodziny, co spółce przynosiło milionowe oszczędności". Słowa potwierdzone sądowym wyrokiem, bo oczywiście spółka za te słowa poczuła się oburzona i wytoczyła proces Stowarzyszeniu Poszkodowanych Przez Wielkie Sieci Handlowe "Biedronka", ale w styczniu 2009 roku właściciel "Biedronki" przegrał proces, gdyż sąd "uznał, że zarzuty stawiane sieci "Biedronka" zostały potwierdzone m.in. przez kontrole Państwowej Inspekcji Pracy, zeznania świadków, procesy sądowe". Było oczywiście wiele procesów przeciwko naszemu dobroczyńcy, ale nie moim zamiarem jest spisywanie historii wyzysku nowoczesnej Europy (tu jeden przykład). W tym przypadku sprawdza się stara prawda: pierwszy milion trzeba ukraść. Później już jest z górki. Gdzie tu "kradzież"? W niezapłaconych nadgodzinach chociażby.
Dziś jakby ciszej jest o takich praktykach w sieci, ale jestem zbyt dużym chłopcem, aby uwierzyć w idealny świat spoglądający na mnie z telewizyjnych reklamówek, choć i samo stowarzyszenie poszkodowanych jakby przycichło (ostatnia pozycja w dziale "nowości" pochodzi z początku 2010 roku). Jednak na początku tego roku pojawiły się wiadomości o przegranym-wygranym procesie z "Biedronką" przez jej byłego pracownika, który musiał oddać przyznane wcześniej odszkodowanie. Chodziło o niesłuszne - zdaniem poszkodowanego - zwolnienie z pracy. W pierwszej instancji były pracownik wygrał sprawę, ale pracodawca złożył kasację do Sądu Najwyższego, który orzekł, że Piotr Morawski nagrywając potajemnie rozmowy naruszył zasady współżycia społecznego za co mógł zostać zwolniony.

No tak, taśma taśmie nierówna. Niektóre potajemnie nagrywane taśmy potrafią wywołać prawdziwe trzęsienie ziemi w świecie polityki, gospodarce, czy też sądownictwie, a ty szary człowieku takim zachowaniem "naruszasz zasady współżycia społecznego". Wiadomo: duży może więcej. W życiu i we współżyciu. Tak mówią...



Zupełnie przypadkowo złożyło się (czyżby jednak potajemny wpływ reklamy?), że gdy przygotowywałem wpis, dostałem zdjęcie od czytelnika, który nawał je "szczęki przegrały z Biedronką". Cóż, walka była od początku skazana na przegraną, bo takie "szczęki" były dobre i sprawdzały się w latach przemian gospodarczych, gdy dosłownie każdy mógł spróbować swoich sił we własnym biznesie. Te czasy minęły bezpowrotnie, chociaż myślę, że rynki z niewielkimi stoiskami z mydłem i powidłem będą zawsze istniały i przyciągały ludzi spragnionych zakupów na wolnym powietrzu, choć już to będzie zajęcie bardziej dla hobbystów niż dla chcących zbić fortunę na handlu marchewką.
A w sprawie samej walki, to przytoczę po raz kolejny fragment książki "Gdynia w gazetach". "Dziennik Bałtycki" z 03.07.1996 donosił: Razem przeciw supermarketom. Kupcy gdyńscy, coraz bardziej zaniepokojeni inwazją wielkich zachodnich supermarketów, powoli postanowili przełamać dzielące ich bariery i zintegrować się dla skutecznej obrony swych interesów. [...] W Gdyni funkcjonuje już duński "Woody", kończą się prace przy budowie norweskiego "Klifu", w październiku ma powstać kompleks Macro Cash and Carry a w grudniu - "Hit".
Dziś te słowa o inwazji można potraktować z lekkim uśmieszkiem. To była zaledwie forpoczta przyszłej inwazji... Ale patrząc na to, jak zagłosowaliśmy nogami, to chyba nie mamy na co narzekać?



Zdj. czytelnika bloga