niedziela, 2 września 2012

Słówko na niedzielę (tak po znajomości)





Ostatnio wielką karierę w naszym kraju robi słowo 'nepotyzm', czyli: faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk. Wszystko przy okazji afery z ukrytą kamerą w roli głównej (której to już z kolei?), tym razem z PSL jako głównym winowajcą. Temat trochę się odstał, ale... Początkowo to sypały się gromy i pierony na głowy naszych wybrańców narodu, ale po chwili szoku nastąpiło otrzeźwienie i... zaczęto odwracać kota ogonem. Pojawił się taki trynd, udowadniający i jednocześnie przekonujący szarą masę, że "najgorszy nepotyzm wcale nie jest w rządzie". Pod takim to tytułem ukazały się przemyślenia Jacka Żakowskiego na stronach "Gazety" (nie ma linku, bo art. objęty jest odpłatnością, więc po co zawracać sobie głowę "ekskluzywnym tekstem" nie mojego idola). W widocznej dla ogółu pozostałym skrawku czytamy: "[...] w odróżnieniu od karalnych zachowań korupcyjnych (jak łapówki) nepotyzm jest raczej problemem społecznym i kulturowym niż prawnym czy formalnym. I nie jest on najbardziej dolegliwy w instytucjach czy firmach rządowych". Dalej - na ile pamiętam - było o nas, czyli szarej masie, która gromi tych ze świecznika będąc samą uwikłaną w sieć połączeń "po znajomości" po same uszy. Było też o tym, że to tylko u nas..., że spadek po PRL... i takie tam (w artykule lub w komentarzach).

Hmmmm. No dobra, faktem jest, że zdarzyło mi się dostać ze dwa razy pracę po znajomości. Kogoś też wkręciłem, ale jest takie małe 'ale'... Litościwie na chwilę zapomnę, że wybrańcy narodu powinni świecić przykładem, być wzorem cnót wszelakich i nie przystoi im tłumaczyć się powszechnością zjawiska. A co do tego 'ale', to różnica jest taka, że w moim przypadku nikt nie tworzył dla mnie specjalnego stanowiska pracy, jak to się czasem dzieje w przypadku ludzi "z górnej półki". Mimo rekomendacji musiałem swoje odczekać, aż miejsce się zwolni. No i byłem odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rekomendowałby piekarza na stanowisko tokarza, bo rekomendujący, przy najbliższej okazji byłby zrugany przez pracodawcę: kogoś mi tu podesłał?!? Tam na górze jest już inaczej, bo jak tu opieprzyć posła który wiele może (nam zaszkodzić), gdyby okazało się, że wcisnął nam do firmy nieudacznika, który na niczym się nie zna, oprócz tego, że zna kogo trzeba... Takie są podstawowe różnice, które sprawiają, że postępowanie szarej masy jest mimo wszystko bardziej uczciwe i mniej dolegliwe.


A co z tym, że "to tylko u nas"? Zachód już dawno poradził sobie z problemem kolesiostwa itp. plagami ludzkiej natury. Po prostu... wymyślił kolejną uczoną nazwę: "networking". Jak to brzmi! To już nie jest takie tam prostackie "po znajomości". To prawdziwie biznesowa sieć kontaktów, służąca m.in. "rekomendowaniu swoich usług" (nie po znajomości zapewne) a kontakty "opierają się na wzajemnym zaufaniu i poparciu" (źr. Wikipedia).

I co ja na to? Ja to wszystko zakrywam grubym naleśnikiem (z ul. Zygmuntowskiej) z dodatkiem opium...



 

2 komentarze:

  1. Nepotyzm nepotyzmem... ale wszystko zaczyna się od partyjnej nomenklatury. Moim skromnym zdaniem popełniono ogromny błąd - choć z drugiej strony może to było celowe działanie? - zastępując nomenklaturę PZPR-owską nomenklaturą solidarnościową. Znam konkretne przykłady z mojego miasta, więc myślę, że tak było w całej Polsce. Ludzie, którzy nie znali się absolutnie na jakiejś dziedzinie za zasługi dla Solidarności otrzymywali eksponowane stanowiska. Czyż tak nie jest do tej pory? Koledzy ze wszystkich partii zasiadających w sejmie tak czynią.

    OdpowiedzUsuń
  2. Gorzkie to wszystko o czym piszesz, ale - niestety - prawdziwe.
    Samo dążenie do posiadania władzy już jest dla mnie z gruntu rzeczy czymś chorym i nie może doprowadzać do niczego dobrego...

    OdpowiedzUsuń