piątek, 7 września 2012

Na zakończenie, czyli co by było gdyby...


Spokojnie, jeszcze na blogową emeryturę nie wybieram. Na prawdziwą zresztą też (a rządzący czuwają, żeby nie nastąpiło to zbyt szybko). I pewnie mają rację, bo na emeryturze człowiek dziadzieje. Nie wie co ze sobą zrobić... Ale do rzeczy. Dziś definitywne zakończenie pewnego rozdziału blogomanii. Dwa "starocie" i już nie ma nic. Nigdy, newer, żame, nikagda, nunka... niech wam się nie marzą tutaj zdjęcia starsze niż kilka lat, czyli współczesne. Było - minęło. I se ne wrati. A mogło być tego znacznie więcej, ale płacz nad rozlanym mlekiem będzie na końcu.


Powyżej widok z 1978 roku w kierunku ul. Dickmana, który zapewne wprawi w zadowolenie zwolenników słów że PRL był szary. Trudno przy takim widoku się jakoś wybronić. Ja i tak pozostanę przy swoim: szarość jest w nas. Właściwie to niewiele na zdjęciu konkretnego widać, ale takie były początki mojego samokształcenia. To może dodam z pamięci, że tam gdzie stoi autobus, w parterowym baraku była społemowska wytwórnia majonezu. Tak przynajmniej było napisane na tablicy informacyjnej. Nie wiedzieć czemu, jakoś ten fakt wrył mi się w pamięć



Tu z kolei widok na Grabówek zrobiony z ostatniego zakrętu "serpentyn" ul. Puckiej. Lata 80. Praktycznie wszystkie łyse przestrzenie w tle zdjęcia zostały zabudowane. Zdjęcie porównawcze cały czas czeka na zrobienie, ale jakoś leniwy się zrobiłem. Nie można się teraz nigdzie tam zatrzymać. Wszystko pogrodzili drogowcy dla naszego bezpieczeństwa.


A teraz wracam do wspomnień motoryzacyjno-fotograficznych, ale chciałbym się niejako przed samym sobą usprawiedliwić ze skromności materiałów archiwalnych. Tajemnicą pozostanie więc gdybanie: co by było gdyby... Wydaje mi się, że brzemiennym w skutkach był jeden tydzień z życia na kierowniczym stanowisku, kiedy to postanowiłem zabierać w trasy aparat fotograficzny. Pomyślałem, że zawsze może trafić się ciekawego do uwiecznienia. Jednak w ferworze walki okazji było niewiele (czytaj: czasu wolnego), tak że w pewnym momencie zapomniałem o aparacie leżącym za siedzeniem pasażera.
Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj...
  Dzień 1. Wyjeżdżam po załadunku z zakładów SHL w Kielcach (m.in. coś tam produkowali do ciężarówek star). Na bramie dość szczegółowa kontrola kabiny przez straż przemysłową. No i afera! Wjechałem z aparatem fotograficznym na teren zakładu podległego pod wojsko. Wyjaśnienia, że nie jestem wysłannikiem CIA, zajęły mi chyba z dobrą godzinę. Do uwolnienia mnie od zarzutów kluczową była odpowiedź na pytanie: kiedy dowiedziałem się, że będę tu coś ładował. - Kilka godzin temu. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Po pogrożeniu paluszkiem puszczono mnie wolno.
  Dzień 2. Przyjeżdżam na załadunek w szczecińskich zakładach produkujących kable "Załom". Pomny niedawnych doświadczeń, widząc tablice ostrzegawcze jasno wskazujące, że to też jeden z terenów specjalnej troski, zgłaszam na bramie, że mam aparat i zostawiam go w depozycie. Załadunek zabrał trochę czasu, bo wyjeżdżałem już ciemną nocą, jako jeden z ostatnich. Zgłaszam się po odbiór niebezpiecznego narzędzia... a tu aparatu nie ma!!! Blady strach padł na mnie, bo na moje nieszczęście zawieruszyło mi się gdzieś pokwitowanie depozytu (a nie było to już wtedy byle co, zwykła Smiena, tylko Praktica PLC3). Po intensywnych poszukiwaniach we wszystkich możliwych szafach i szufladach wreszcie znalazła się zguba...
Te dwa zdarzenia skutecznie wyleczyły mnie z pomysłu brania ze sobą w drogę tak cennej dla mnie wtedy rzeczy. I tym samym, pewnie jakieś szanse na większe archiwa zostały pogrzebane na zawsze.


P.S. Absurdy PRL-u zaraz ktoś dorzuci. Możliwe, ale dziś też nie ma wolnej amerykanki. Spróbujcie sobie pochodzić po jakimś zakładzie pstrykając na prawo i lewo zdjęcia. Na pewno nikt wami się nie zainteresuje...

5 komentarzy:

  1. W hipermarkecie też raczej się to nie uda :)

    OdpowiedzUsuń
  2. @do Slawnw ; ...wołam NIE,nie wolno nam mówić,czy pisać,że koniec ze wspomnieniami i wszystko było,minęło.To są nasze lata młodości,dojrzewania,miłości.A ta majonezownia, o której Pan pisze to wcześniejsza wytwórnia oranżady.Jak chodziliśmy na plażę tą drogą,to za dziecinny uśmiech dostawaliśmy jedną butelkę na trzech/z takim zamknięciem nazywanym "pałąkowym" - kapsli nie bylo/Pamiętam.
    A pamięta Pan,że pare metrów od miejsca,gdzie robił Pan tą fotkę z 1978r.w okolicach ul.Dickmana stawiano karuzelę.strzelnicę itp.???Tam rodziły się nasze miłości,radości i podrywy z lat odpowiednich.Doświadczyłem.Dlatego apeluję do Pana,żeby nie zrywać z rozdziałem blogomani "starocie".To co jest teraz to wiem.Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  3. @Marzatela - jeszcze pozostaje chyba nie do końca uregulowana sytuacja na dworcach kolejowych, ale teraz już jest się czym chwalić, więc chyba można? ;)

    @Szperacz - Apel zostanie uwzględniony. :)
    Tylko mała uwaga. Uważam, że "pan/pani" jest w naszym języku jest jak najbardziej potrzebnymi zwrotami grzecznościowymi, ale na blogu dajmy sobie z tym spokój.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. @Slawnw - dziękuję za przyjęcie mojego apelu.Zauważ jednak naleciałości naszego wychowania z tamtych lat /Pan,Pani/. Jednak razi mnie to jak 25 lat młodszy zaczyna mnie "tykać"W naszym wypadku jest inaczej.Oj jestem jednak starej daty...ha,ha.

      Usuń
  4. To nie jest tylko sprawa daty urodzenia. W pewnej amerykańskiej firmie próbowano wprowadzić takie zamorskie zwyczaje, że każdy mówi sobie po imieniu. Jakoś na wyższym szczeblu to się nie przyjęło, gdy "na ty" chcieli zwracać się szeregowi pracownicy do tych na górze...

    OdpowiedzUsuń