niedziela, 9 września 2012

Jak się żyło za komuny (i dlaczego było lepiej)?




Kadr z filmu "Pokolenie '89"
Blog mój "żeruje na PRL-u" tak bardzo, że nawet kiedyś zastanawiałem się nad zmianą jego nazwy na właśnie taką. Tytułowe zdania-hasła za pomocą których najprawdopodobniej ktoś trafił tutaj (nie wiadomo, czy choć częściowo znalazł odpowiedź na nurtujące go pytania?) skłoniły mnie do ponownej próby liźnięcia tematu. Nie jestem ekspertem i nie czuję się autorytetem w ocenie czasów słusznie minionych, ale staram się zbierać skrawki informacji, aby je spróbować połączyć w jakąś całość. Na początek przypomnę słowa filozofa, profesora Uniwersytetu Jagielońskiego Jana Hartmana, które wynotowałem sobie z art. "Nasza, ludowa, zapomniana" sprzed ponad dwóch lat (jak ten czas leci) i które zamieściłem w poprzedniej odsłonie bloga. Być może jest to taka pierwsza jaskółka, która jest głosem rozsądku i sygnałem, że dojrzewamy do tego, że nie możemy tak po prostu wymazać z pamięci tego okresu w dziejach naszego kraju i pokazywać go w dwóch odsłonach - satyrycznej, albo martyrologicznej. Jan Hartman twierdzi, że nie mamy pomysłu jak przekazywać nowym pokoleniom tę słusznie minioną epokę, bo - jak czytamy w artykule - "Jakże łatwo popaść w ton zbyt patetyczny albo zbyt ironiczny - w obu przypadkach wywołując wrażenie, że PRL był epoką klęski, a jednocześnie epoką niepoważną, niegodną, by ją pamiętać. A przecież pamiętać trzeba, bo to był nasz świat, w którym większość z nas przeżyła część swego życia i którego kontynuacją pod zaskakująco wieloma względami jest Polska współczesna". Sam bym lepiej tego nie ujął. Profesor trochę podchlebia się mediom, których nie wini w sposób bezpośredni za takie postrzeganie przeszłości przez młode pokolenia, pytając: "Kto jest winien temu, że nic nie wiedzą? Chyba nie media, jakkolwiek ich dwoisty, satyryczno-patetyczny przekaz bardziej mąci, niż rozjaśnia w głowach. Ale media przynajmniej nie przemilczają epoki PRL". Marna to pociecha, że "nie przemilczają", skoro nie "rozjaśniają w głowach". 

Jak się żyło za komuny? Udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na to wydaje się niemożliwe. Szczególnie ze strony takiego amatora jakim ja jestem. Ale oczywiste dla mnie było i jest, że każdy miał swoje życie i swoją "komunę"...

Pierwszy koniec kija - w liście do redakcji "Wysokich Obcasów" pewien mężczyzna napisał: "W roku 1973 moja żona wyjechała na pół roku na placówkę PLO do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Nawet dzisiaj możliwość takiego wyjazdu jest bardzo atrakcyjna. W tamtych czasach to była wyjątkowa okazja, tym bardziej że żona nigdy nie należała do partii ani nawet do ZMP. Za komuny istniały takie firmy, które doceniały wyróżniającego się pracownika z dobrą znajomością angielskiego".
Drugi koniec kija - w filmie dokumentalnym Marii Zmarz-Koczanowicz z 2002 roku pt. "Pokolenie '89", w którym między innymi wypowiadają się ludzie z roczników 1966-70 o czasach minionych, poddając je ocenie. Paweł Piskorski (tak, "ten" Piskorski) tak zapamiętał ten czas: "Trzeba było ustawiać się w kolejce o siódmej rano aby kupić mleko ze złotym kapslem a nie ze srebrnym [...]".

Hmmm. Odpowiedzi na pytanie "jak się żyło za komuny?" trzeba szukać pomiędzy tymi dwoma "końcami kija". Bo i przypadek atrakcyjnego wyjazdu osoby bez partyjnego poparcia nie był powszechny, jak i stanie w kolejce po mleko pana Piskorskiego też wydaje mi się przypadkiem odosobnionym. Swoją drogą, to jakieś dziwne rzeczy on opowiada, bo ja, jak i całe osiedle, w którym mieszkałem, nie musiałem wystawać w kolejce po mleko. Miałem je co rano pod drzwiami. Osiedlowe sklepy spożywcze otwierano o szóstej, więc o siódmej już byłoby po ptokach. Cóż, ten drobiazg też potwierdza, że każdy miał swoją komunę. A czytelnikowi piszącemu do redakcji wierzę, bo list był nie o komunie, tylko o zupełnie czym innym, a i ja osobiście znałem osobę, która bez przynależności partyjnej zajmowała w firmie nieszeregowe stanowisko. Najwięcej było tego "gdzieś pomiędzy". Gdzieś pomiędzy sklepami z octem i musztardą a Pewexami, gdzieś pomiędzy zwykłą pracą a wyjazdami na zagraniczne kontrakty, gdzieś pomiędzy ciasnym mieszkaniem w blokowisku ze ślepą kuchnią a willą na Kamiennej Górze... itp., itd...



A dlaczego często wielu wspomina czas PRL-u z nutką nostalgii, twierdząc wręcz często, że wtedy było lepiej, skoro tak naprawdę lepiej nie było, na co zdaje się wskazują wszystkie 'za' i 'przeciw'. Oczywiście zgadzam się z głosami, że przebija w tym sentyment za młodością (coś w tym jest), ale widzę wyraźnie racjonalne - jakby to nie zabrzmiało komicznie - przesłanki za takim spojrzeniem wstecz. I to właśnie sam system nam miłościwie teraz panujący strzela sobie gole do własnej bramki. Tu znowu mamy dwa końce kija. Z jednej strony mamy nostalgiczne "za komuny było lepiej" a z drugiej kolejną wypowiedź z filmu "Pokolenie '89": "PRL to najgorsze gówno, jakie mogło zdarzyć się komukolwiek na świecie". Oj, mogło mogło... (chociażby taka Korea Północna). A mechanizm wzdychania za epoką słusznie minioną jest prosty, choć poniższy przykład nie z naszego kraju pochodzi i być może dlatego bardziej wyrazisty.

Oglądałem pewien reportaż o terenach na których znajdowały się rosyjskie gułagi (dawno to było, więc nie pamiętam tytułu). Z tego filmu utkwiła mi scenka, gdy staruszek, siedząc samotnie w domu zapala lampę naftową i z wyraźną nostalgią połączoną z żalem w głosie mówi: "Za Stalina było lepiej. W każdym domu była elektryczność". No i weźcie spróbujcie temu człowiekowi wytłumaczyć, że właśnie teraz ma lepiej! Powodzenia... Główny nurt historii przeniósł się na inne tereny, zostawiając staruszka samemu sobie. A on oczekuje od życia tak niewiele - elektryczności w domu. I Stalin mu to dawał, a obecna władza dała mu - iluzoryczną dość - wolność wyboru, ale z lampą naftową w ręku.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz