niedziela, 30 września 2012

Obudźcie się!



Obudźcie się i naprzód marsz!
Trwam na stanowisku, że marsz to zdrowie!
Dość siedzenia przed komputerami!
Wszak dziś Światowy Dzień Serca.



piątek, 28 września 2012

Ekologiczne jabłko




Jeszcze coś rośnie samowolnie, siłą rozpędu, na opuszczonych już działkach, ale przekonywani działkowcy z redłowskich ROD Stokrotka przy al. Zjednoczenia, że jedzą właściwie tylko ołów, zgodzili przenieść się na ul. Zieloną. Zrobiłem więc nie tak dawno temu kilka zdjęć na pamiątkę, bo z pewnością wkrótce powstanie tu nowe blokowisko, aby nam ludności w Gdyni nie zabrakło. Zastanawia mnie jednak, czy nowi mieszkańcy będą co innego wdychać, niż działkowcy? A co będą wdychać działkowcy - i z jakimi dodatkami wykopywać dary ziemi - po przenosinach, bo w sumie znajdą się w pobliżu przyszłego lotniska? No i przede wszystkim, po cholerę było wymyślać benzynę bezołowiową, skoro nadal straszeni jesteśmy ołowiem?


 


 W zeszłym tygodniu w Parku Kolibki odbywały się targi "Dary Ziemi". Nie wiem jakie tam dary były, bo nie byłem na nich. Bardziej zainteresował mnie tytuł informacji z "Trójmiasto.pl": Chcemy jeść ekologicznie. Tłumy na Darach Ziemi. Hmmm. Oglądałem taką reklamę, w której sprzedawca na targu zachwala swoje jabłka słowami: "z mojego sadu, niepryskane". A te jabłka jedno w jedno, jak z formy. No tak się nie da... Postanowiłem więc pokazać wam prawdziwe jabłko ekologiczne. Z mojego sadu. No dobra: z małej działki. Nie pryskane. Jednie może mieć domieszkę kwaśnych deszczów, ale na to nie ma już rady. Widok jednak dla ludzi o mocnych nerwach i przed posiłkiem.

Ta dam!!!
Rośnie sobie już kilkanaście lat jabłonka. Właściwie to funkcjonuje w stanie pół-dzikim. Czy zbiorę z niej dwa egzemplarze, czy też dwadzieścia - to nie ma najmniejszego znaczenia. I tak długo ich przechowywać nie można. Trzeba spożywać ekologicznie - prosto z drzewa. Jakąś nazwę mają, ale kto by po tylu latach to pamiętał. Co w tym jabłku ekologicznego? Zapamiętajcie sobie raz na pojutrze: tylko w prawdziwie ekologiczny owoc jest w stanie wedrzeć się - i co najważniejsze: w tym środowisku przeżyć - jakiś robal. Ale czy rzeczywiście chcielibyśmy widzieć na naszych stołach takie dary ziemi? Wątpię. Ekologia tak, ale z dyskretną pomocą współczesnej chemii. Ekologicznej chemii, rzecz jasna.
 

środa, 26 września 2012

Ilu nas?


Gdańsk górą


Ostatnio (zauważyłem, że coś ostatnio zbyt często używam 'ostatnio') na "Trójmiasto.pl" dywagacje na temat liczby ludności w Trójmieście i dlaczego nas tak mało(?). Nie wiem, czy nas mało, czy też dużo, bo zdecydowanie nie lubię zbyt wielkich aglomeracji. Uważam, że jest nas w sam raz. "Zaglądając do danych Głównego Urzędu Statystycznego z roku 2010 dowiemy się, że w Gdańsku zamieszkiwało w tym czasie ponad 456 tys. mieszkańców, w Gdyni 247 tys, a w Sopocie 38 tys." - taką informację podano na portalu. Okazuje się, że pomimo tego, że wkoło nas coraz ciaśniej stoją zabudowania, to przez ostatnie dziesięć lat: "Gdańskowi ubyło ponad tysiąc mieszkańców. Gdynia jest na jeszcze większym minusie - w granicach tego miasta mieszka o 4,3 tys mieszkańców mniej, niż w 2002 roku. Sopot stracił w okresie dziesięciu lat ponad 3 tys mieszkańców."
Zajmijmy się jednak ciasno pojętym lokalnym patriotyzmem. Minimalną tendencję spadkową mieszkańców Gdyni widać najlepiej (choć jak zwykle, występują rozbieżności, w zależności od źródła) na słupkowym wykresie u cioci Wiki. To mi przypomniało, że bardzo dawno nie zaglądałem do książki "Gdynia w gazetach" i zdążyła się ona leciutko pokryć kurzem (a przecież nie tak dawno temu nie mogłem się z nią rozstać). Czas najwyższy więc trochę poszperać w niej, bo znalazło się w tej książce kilka wycinków na temat ludności Gdyni.

Widoki - ten i poniższe - z góry Donas (2009)
Zacznijmy od spojrzenia na Gdynię z 1926 roku, już jako miasto roku pełną gębą - choć raczej tylko z formalnego punktu widzenia. "Gdynia dotąd absolutnie nie sprawia na nikim wrażenia jako miasto. Na ulicach, a raczej drogach wiejskich, pełno kurzu, którego kłęby unoszą się bezustannie w powietrzu, będąc prawdziwym utrapieniem gości kąpielowych, którzy przybyli do Gdyni z odległych dzielnic Polski dla poratowania zdrowia, a wchłaniają sobie kurz. [...] Nie można się oczywiście dziwić temu, gdyż Gdynia z dawnej wioszczyny rozbudowuje się w miasto, które w przyszłości ma wzrosnąć, jak powiadają, do stu tysięcy".
 No, troszkę bardziej nam się miasto rozrosło ponad oczekiwane 100 tysięcy... Nic dziwnego, skoro już trzy lata później - jesienią 1929 - meldowano: "Stan ludności m. Gdynia wyniósł dnia 30 września 31.955 osób". I robiło się całkiem międzynarodowo, biorąc pod uwagę skąd ludzie przybywali: "w ciągu miesiąca września zameldowało się w Gdyni 1.563 osób i to 991 osób samotnych i 166 rodzin. Z Pomorza przybyło 867 osób, z Poznańskiego 222, z byłego zaboru rosyjskiego 292, z Małopolski 52, z Kresów 70, ze Śląska 10, z Niemiec 17, z W.m.Gdańska 26, z Francji 5, z Czech 1 i ze Stanów Zjednoczonych 1. Odmeldowało się 553 osób, w tym 414 samotnych i 42 rodzin".


Na wykonanie planu w 50% trzeba było poczekać kolejne dwa lata. Latem 1931 roku "Dziennik Gdyński" donosił: Gdynia 50-cio tysięcznym miastem. Codziennie maisto powiększa się o 30 mieszkańców. Gdynia - miasto przyszłości - już teraz wyrosło do poważnych rozmiarów i dziś jest osiedlem, stanowiącym poważny ośrodek życia handlowego, pracowniczego i miejskiego. Port i miasto jest miejscem podziwu nie tylko zwiedzających turystów z kraju, lecz poważnych przedstawicieli świata zagranicznego. Gdynia, która w kwietniu 1928 roku liczyła 8.000 dziś stała się już miastem 50-tysięcznym".
W 1937 roku Gdynia przekroczyła już początkowe najśmielsze oczekiwania, gdyż latem tego roku pisano: "Gdynia liczy już 108.584 mieszkańców. [...] Z powyższych liczb widać, że za kilka miesięcy Gdynia będzie największym miastem Pomorza, gdyż posiadać będzie więcej mieszkańców od Bydgoszczy, liczącej obecnie 117 tys. mieszkańców".

Ciekawie jest to napisane: Gdynia jest miastem a zarazem określa się je jako osiedle. No i to "osiedle" dziś nie jest jednak większym miastem od Bydgoszczy. Oczywiście dynamicznemu wzrostowi ludności pomagało powiększanie się obszaru miasta i gdyby dziś ta tendencja wchłaniania okolicznych obszarów miała taką skalę jak we wczesnym okresie rozwoju miasta, to pewnie dziś nie mówilibyśmy o zmniejszającej się populacji Gdyni i innych miast. Zawierucha wojenna pomieszała wszystko w planach i statystykach, ale z każdym rokiem po wyzwoleniu, ludność miasta systematycznie rosła. Po wojnie optymizm powrócił z większą siłą i planami. W maju 1946 "Dziennik Bałtycki" zapowiadał: "City wielkiego miasta portowego pomieści 300.000 mieszkańców. Śródmieście musi stanowczo znaleźć wyjście z ciasnoty. Dla odciążenia projektuje się włączenie ul.Wysockiego do szosy Gdańskiej. [...] Otwarta jest kwestia jest kwestia Kamiennej Góry. Nie wykluczona - w przyszłości - jest całkowita jej niwelacja. Kamienna Góra ścieśnia bowiem miasto, odcinając je od morza [...]".


Ech! Po wojnie, to w ludziach więcej optymizmu było. Góry chcieli przenosić, rzeki zawracać... A dziś? Skończyło się zaledwie na wycięciu topoli, które - tak jak kiedyś Kamienna Góra - odcinały miasto od morza.
P.S. Już w 1946 roku zaśmiecano nasz język - imperialistycznym wtedy - słowem "city"???

niedziela, 23 września 2012

Słówko na niedzielę (fotograficzne)



Ostatnio poświęciłem trochę czasu na fotografowanie trolejbusów sprzed lat. Tak z sentymentu. Kilka zdjęć się ukazało, ale jeszcze do tematu wrócę. Chciałbym dziś jednak odnieść się do wyników konkursu, którego przewodnim tematem były trolejbusy i ich związki z miastem. Wyników takich wydarzeń - tak jak i sądów - nie powinno się komentować, ale... wszyscy to robią, więc ja dodam słówko od siebie, bo nie zdzierżyłem. Nagrodzone zdjęcia (główna nagroda była dość tajemnicza: cyfrowy aparat fotograficzny "lustrzanka") są tutaj widoczne.
W odsłonie gdyńskiej konkursu - udział brały jeszcze Tychy i Lublin - zwyciężyła opcja: promujemy plac Kaszubski i okolice. Oczywiście to nie powód do jakiegokolwiek narzekania. Tak się pewnie po prostu złożyło, że wszystkie trzy wyróżnione zdjęcia zostały zrobione w tych okolicach. Jeśli miałbym wybierać spośród tylko tych trzech zdjęć, to te z miejsca 1. zamieniłbym miejscami z 3., głównie z powodu przesytu efekciarskimi widokami rodem z HDR, ale i lepszym ujęciem z pracy Anny Rybak. Natomiast zdjęcie z drugiego miejsca... wypieprzyłbym na śmietnik. I dlatego nie zdzierżyłem. Podobno w komisji konkursowej znaleźli się fotograf i grafik, którzy powinni mieć chociaż blade pojęcie o dobrze wykonanej fotografii. Powinni, ale w przypadku tak wysokiej oceny zdjęcia Karoliny Weiner (zdjęcie wyróżnione również w edycji ogólnopolskiej!?) dali popis dyletanctwa i byłoby lepiej dla wszystkich, aby przycupnęli cichutko gdzieś w kąciku i zakryli się jakąś płachtą, szepcząc: to nie my, to oni wybrali! Tak beznadziejne zdjęcia to można sobie publikować na fejsbuku lub na własnym blogu, ale nie wyróżniać w konkursie, który również powinien dawać mimowolne przesłanie: patrzcie i podziwiajcie, tak powinno się robić dobre zdjęcia. A zdjęcie z miejsca drugiego jest beznadziejne w każdym calu. Beznadziejnie skadrowane i przez to beznadziejnie naświetlone. Patrząc na nie, wzrok nasz automatycznie kieruje się ku górze, najjaśniej naświetlonej części zdjęcia, a przecież konkurs nie polegał na promowaniu banku Nordea, prawda? Proponuję, aby każdy chętny przeprowadził sobie mały eksperyment i zasłonił górę zdjęcia (przesuwając zdjęcie do góry, lub po prostu przysłaniając ręką). Jakieś trzy centymetry wystarczą. Po tym "uszlachetnieniu" powinniśmy zobaczyć to, co najważniejsze w tym zdjęciu. Tak nam jednak wychodzą zdjęcia, gdy chce się pokazać na nich za dużo. W rezultacie nie pokażemy niczego ciekawego.

Nie zdzierżyłem i musiałem wtrącić swoje trzy grosze, choć nie mogę pochwalić się żadnym 'mgr' przed nazwiskiem, ani dyplomem ASP wydz. fotografii i nie publikowałem w National Geographic. Wiem jednak (precz z fałszywą skromnością) na czym polega zrobienie poprawnej fotki. I to powinni wiedzieć ludzie, którzy nam serwują takie kwiatki, jak nagrodzone zdjęcie z omawianego konkursu. A ta poniższa do jakich się kwalifikuje? A bo ja wiem? Ważne, że jesienna i nie jest to kaczka dziennikarska (bo to łabędź). No i traktuje o ekologicznym transporcie...


sobota, 22 września 2012

40 lat minęło... (prawie) bez samochodu




Może tak w dniu bez samochodu właśnie o samochodach? Tak przekornie. Właśnie w dniu, w którym to tak usilnie namawiani jesteśmy do korzystania z komunikacji masowej, słówko o jednym modelu, którego produkcja zakończyła się 12 lat temu.
Dawno, dawno temu... Gdy większość z nas miała dzień bez samochodu każdego dnia...
6. czerwca 1973 zjechał z taśmy pierwszy nasz produkt motoryzacyjny, który był podobno tak bezpieczny jak Volvo - strefa jego zgniotu też kończyła się na silniku. 12 lat temu, 22. września 2000 roku, po 27 latach produkcji, zjechał ostatni egzemplarz pojazdu - przez niektórych zwanym produktem samochodopodobnym - który był obiektem mniej lub bardziej złośliwych żartów, a jednocześnie obiektem pożądania. Miał zrewolucjonizować polską motoryzację i zapewnić Polakom powszechne spełnienie marzeń o posiadaniu własnych czterech kółek.

- Dlaczego w Maluchu nie wyciszają silnika?
- Bo kolanami zatyka się uszy.

Dziś trudno w to uwierzyć, ale upychały się do niego czteroosobowe rodziny, w dodatku z bagażami, i pędziły w odległe krańce Europy. I wracały szczęśliwie (i szczęśliwe) z takich wypraw.

FSM otrzymała błogosławieństwo od Watykanu. Maluch to jedyne auto, w którym nie można zgrzeszyć.

Dzięki temu, że "maluch" był zarazem obiektem bardzo pożądanym i wyśmiewanym, powstała książka z dowcipami na jego temat. FSM ogłosiła konkurs, na który nadesłano blisko 4 tys. listów, zawierających od 1 do 126(!) propozycji. Ich wybór pod tytułem "126x126p" wydała w 1978 roku agencja Interpress. Rozlosowano 7 głównych nagród. Pierwszą z nich był przydział na wyśmiewane cztery kółka. Kolejne składały się z kompletów części, opon. Pośród zwycięzców znalazła się też Eleonora T. z Gdyni (taki lokalny patriotyzm ze mnie wyłazi).

Z tego art. można dowiedzieć się o paradoksach ekonomii tamtych czasów: "Przeciętny śmiertelnik nie miał raczej szans na kupienie wtedy malucha. Cena auta została ustalona na 69 tys. zł, a średnia pensja wynosiła 3-4 tys. zł. Mimo to na malucha chętnych nie brakowało. Codziennie na przedpłaty zapisywało się około 1600 osób. Cena malucha była wysoka, ale jeszcze drożej kosztowały one na giełdach. Pierwsze Fiaty 126p sprzedawano tam po 110 tys. zł". Tym samym jest to przykład, jak to wszystko nie jest teraz takie proste do ogarnięcia. Przeciętni śmiertelnicy byli bez szans na zakup samochodu, ale pomimo tego kupili oni ich kilka milionów sztuk, nierzadko przepłacając okrutnie. Nie mieli szans, a jednak codziennie grubo ponad tysiąc z nich zapisywało się na przedpłaty. Jakiś paradoks nam wychodzi? Nie większy, niż gdy za moich czasów szkolnych, gdy miałem zadanie domowe polegające na zapisywanie domowych wydatków przez cały miesiąc. Grubo przed końcem miesiąca rodzice, patrząc na moje zestawienia, powiedzieli: -już ty lepiej nic więcej nie pisz, bo my tyle nie zarabiamy...




piątek, 21 września 2012

Dziś prawdziwych cyganów już nie ma...




...Ani cyganów, ani murzynów, ani... dzikich(???). Coraz bardziej kurczą nam się możliwości swobodnego używania słów, których używanie do niedawna było czymś najzupełniej normalnym. Wraz ze zniesieniem systemu z jego wszechmocną cenzurą pojawiała się jej bardziej upierdliwa odmiana pod postacią poprawności politycznej. To może w imię tej poprawności powinno się ocenzurować znaną piosenkę Maryli Rodowicz o cyganach i film "Vabank", w którym pada obraźliwe słowo "murzyn"? Przecież z pewnego artykułu z "Dużego Formatu" dowiedziałem się, że bohatera artykułu, po 27 latach życia w Polsce: "Murzyn, czarny czy czarnoskóry, każde z tych słów mnie obraża." Mniejsza jednak o kolor skóry, którego zmienić się nie da (choć Michael Jackson coś z tym problemem(?) chciał zrobić). Są jeszcze inne pułapki, na których można sobie zęby połamać we współczesnym świecie.

Dobrze, że oprócz mnie są bardziej światli ludzie i czujnie sprawdzają co się wokół mnie dzieje. Bo do mnie nawet nie dotarło, że w reklamie soków Tymbark padło - jak się okazuje: obraźliwe (ale dla kogo?) - słowo "dzicy". Reklama przeszła obok mnie, jako jedna z wielu. Nieistotny dodatek do programu właściwego (nie poleciałem od razu po zakup takowego soku). Ale Marek Górlikowski wykazał się... No właśnie: czym? Czujnością? Niewiedzą? A może po prostu nie dorósł do roli rodzica, skoro zadaje tendencyjne pytanie producentowi soków: "Chciałbym tą drogą w imieniu mojego syna Marcela zapytać firmę produkującą soki Tymbark, kim są "dzicy". To nie żart, nie upierdliwa polityczna poprawność, to szalenie poważne pytanie pięciolatka, na które muszę odpowiedzieć, a nie wiem jak". A wystarczyło spojrzeć do słownika, jeśli wyobraźni i wykształcenia nie starcza. Z jego stron (nawet tego "mojego" z 1985 roku) można poszerzyć swoją wiedzę: "dziki/dzikus - człowiek nie cywilizowany, żyjący z daleka od świata cywilizowanego". I co? I ja mam chować głowę w piasek, udając, że na naszej planecie nie ma ludzi biegających półnago po dżungli, stroniących od świata cywilizowanego??? Spoglądający z ogromnego zdjęcia (
tak na marginesie: zauważyłem taką prawidłowość w 'GW', że im mniej treści, tym większe zdjęcie) z resztek artykułu pan Górlikowski udaje, że jest inaczej, że tacy ludzie po prostu nie istnieją, więc rzeczywiście może mieć problem z wyjaśnieniem tego zjawiska synowi.

I to wszystko w imię z takim trudem wywalczonej wolności słowa i poglądów?


Całe szczęście, że słowo 'trolejbus' nie budzi takich emocji. A może powinno? Bo tak patrząc, jakie znaczenie w sieci ma trolowanie, to się zaczynam obawiać o jego przyszłość. Zabawne, że dla mnie trolowanie znaczyło - i nadal znaczy - zdrzemnięcie się, czy też sen w ciągu dnia. Zatem taki trolejbus z trolującym kierowcą to byłby koszmar na ulicach. A jutro na Skwerze Kościuszki "koszmar" ma swój dzień (od 12 do 17 - jakby ktoś nie wiedział i był zainteresowany). 3. Dzień Trolejbusu odbędzie się jednocześnie w Gdyni, Lublinie i Tychach, i kilku miastach europejskich (tu info.)


środa, 19 września 2012

Pukając do Francji bram



"Petit Paris" przy ul. Śląskiej

Ścieżki, jakimi trafiają na łamy bloga internauci, bywają dla mnie zagadkowe. Jak zwykle: wapno w sieci dziwi się jak dzieci. Dzięki mapkom, wykresom, dostępnym na zapleczu bloga (czasami je przeglądam) mogę sobie podglądać tę internetową wędrówkę ludów. Właściwie to od początku skrystalizowała się czołówka krajów, skąd ludziska dobijają się do bloga bram. Oczywiście poza konkurencją jest Polska. Dalej była "wielka trójka": Stany Zjednoczone, Rosja i Wielka Brytania, po których to krajach, było długo, długo nic. "Była", bo od jakiegoś czasu uaktywniła się Francja, która zostawiła już w tyle "wielką trójkę". Nie wiem, skąd taka nagła aktywność? Mam nadzieję, że nie ma w tych statystykach przekłamań i odpowiadają one rzeczywistości(?). Poza wspomnianymi krajami, w pierwszej dziesiątce znalazły się: Niemcy, Norwegia, Australia, Holandia i Irlandia. Przypuszczam, że to zaglądają tu rodacy, których los pokierował w inne strony świata. Bo niby kto inny mógłby to być? Heloooooł, jest tam kto???

Z jednej strony, to fajnie, że można sobie tak podglądać kulisy blogowania, ale z drugiej, to ten "big brother" może przerażać...
 

wtorek, 18 września 2012

Stereotypy nie są takie złe




Człowiek strzela sobie fotkę i nie wie, kiedy się ona przyda. Początkowo chciałem wykorzystać ją, gdyby nadarzyła się okazja napisania czegoś na temat sztucznej żywności, że niby teraz sztuczność jest prawdziwa, ale... To był maj. Na ul. Starowiejskiej można było zobaczyć plakat: Profi - prawdziwe zupy! Reklama nie jest adresowana do mnie, bo w mojej rodzinie rządzą stereotypy - żona rządzi w kuchni i to właśnie ona robi prawdziwe zupy!
Nie wiem, czy poprzednia kampania nie spełniła oczekiwań, bo pojawiła się nowa i... zapewne już na starcie spełniła oczekiwania. Mówi się o niej.  Ponoć hasło reklamowe "bo zupa była prawdziwa" spowodowała święte oburzenie "wielu internautów". To ilu ich było, że wszczyna się alarm? Milion? Dwa miliony? Ilu jest w naszym kraju takich jak "alicjilawendowa", która pisze w komentarzach do informacji: "Widziałam dzisiaj we Wrocławiu tą reklamę i przecierałam oczy ze zdumienia. Dla mnie to skandal i chwyt reklamowy poniżej pasa [...]". Ten chwyt poniżej pasa to niby nawiązanie do wypromowanego w 1997 roku słynnego hasła: "bo zupa była za słona". Nie dajmy się zwariować! Chociaż... przecież można było wykorzystać sprawdzone wzorce z PRL-u: "oszczędzając pracę żony - jedz gotowe makarony!". Lub je jakoś zmodyfikować.

Inny internauta ubolewa: "Nie dość, że hasło ewidentnie nawiązuje do kampanii antyprzemocowej i sugeruje, że kobieta powinna podać zupę Profi, by uniknąć bicia, to jeszcze podtrzymuje stereotyp, że tylko kobiety gotują, by w nagrodę usłyszeć męskie dziękuję". Cholera, jak to nasza dwójka niebezpiecznie podtrzymuje stereotypy: ona gotuje zupy, ja zaś wbijam gwoździe do ściany. Ale na nasze usprawiedliwienie pragniemy dodać, że tak się zachowujemy ze względu na naszą kulejącą (jak zwykle) służbę zdrowia. Chcemy po prostu jej zaoszczędzić pracy. Bo gdybym ja zaczął gotować, mogłoby się skończyć zatruciem, a próby domowego majsterkowania mojej połowicy zapewne skończyłyby się wizytą u chirurga...
I tak już przez 25 lat powielamy ten stereotypowy model rodziny. I jest nam z tym dobrze. A jak zupa jest za słona to się dolewa więcej wody. Tak się sprawy załatwia w stereotypowej rodzinie.

poniedziałek, 17 września 2012

Unikalny unikat



W prywatnej korespondencji zostałem poproszony o zabranie głosu w sprawie zalewu obco dla nas brzmiących nazw (między innymi sklepów). Nie czuję się ekspertem w sprawach związanych z językiem polskim. Staram się pisać poprawnie, choć nie zawsze mi to wychodzi - co czujni czytelnicy mi kilka razy zgłaszali poprawki. Ale też widzę u siebie wapniackie naleciałości: nadal jem obiad, unikając "lanczów"; kosząc trawę nie myślę o sobie "grinkiper"; nadal uważam, że w bramce na boisku stoi po prostu bramkarz, a nie "golkiper", którego trenuje trener a nie "kołcz"; przedmieścia nie zamieniły się w mojej głowie na "suburbia" (choć tak urabia mnie nasze radio i telewizja).
Nasz język jest pełen zapożyczeń i naleciałości z innych języków i to normalna rzecz. Jednak lansowanie na siłę pewnych słów, które mają w zamyśle nadać wypowiedzi posmaku wielkiego świata, wywołuje u mnie skutek odwrotny i jest dla mnie zawsze śmieszne. Dlatego śmieszy mnie silenie się na światowość w przypadku poniższego punktu sprzedaży z szumną nazwą "Outlet", a jednocześnie "Firaneczka" wzbudza moją sympatię.


Jak już wspomniałem, staram się dbać o poprawne używanie naszego języka (chyba, że się wygłupiam), ale pomimo dobrych chęci, to nie zawsze jest łatwe. Podam takie dwa przykłady. Kilka lat temu nagle zaczęto promować "te postaci" zamiast "te postacie", wmawiając mi, że ta pierwsza forma jest właściwą, a druga: be. Do dziś jest tak w środkach masowego przekazu, a tu kilka tygodni temu z fal eteru dobiegła do mnie wiadomość, że... obydwie formy są poprawne?!? To po jaką cholerę była ta cała nachalna promocja nowej odmiany, skoro teraz słyszę, że nie ma sprawy co wybiorę. Często zdarza mi się czytać potyczki słowne internautów na temat słów: "unikalny" i "unikatowy". Zawsze znajdzie się ktoś broniący poglądu, że pierwsze ze słów oznacza coś czego się unika, a drugie: dotyczy czegoś wyjątkowego (i mnie tak się wydawało). Podobno tak było kiedyś a dzisiaj to już są synonimy. Nie wiem dokładnie co zawsze w przypadku tego typu wypowiedzi znaczy "kiedyś", ale... Zaglądam ci ja wczoraj do Słownika Języka Polskiego PWN z 1985 roku, który zbiera u mnie kurze. Myślę, że data jego wydania odpowiada terminowi: "kiedyś"(?). No i co tam stoi napisane? "Unikatowy - jedyny w swoim rodzaju, w danym gatunku; niepowtarzalny". Jak do tej pory wszystko się zgadza, ale kilka linijek niżej trafiam na zapis, który wprawia mnie w zakłopotanie: "unikalny - p. unikatowy".
I co wy na to, chłopcy i dziewczynki? Bo ja już wiem, że nic nie wiem.

niedziela, 16 września 2012

Opera Leśna (z technicznego punktu widzenia)



 

Wszyscy wielcy chwalą się zdjęciami z Opery Leśnej: prezentując niby to operę "od kuchni", "nieznane zakamarki", a w sumie to widać tylko dach i ławki. Ja pozwolę sobie pokazać kilka tendencyjnych zdjęć, bo tych z dachem i ławkami w sieci zatrzęsienie (choć i u mnie dach wystąpi). Trudno ominąć ten element Opery Leśnej, który zastąpił pierwszy, zamontowany w 1964 roku.





"Po renowacji praktycznie wszystko się zmieniło. Zmieniły się garderoby - stare zostały zburzone do zera i w tym miejscu powstały nowe, piękne pomieszczenia. Oprócz tego zmieniła się zupełnie konstrukcja dachu. Ta nowa jest jedyną taką na świecie" - tak tu zachwala operę po modernizacji dyrektor BART-u. Wszystko ładnie pięknie, ale zauważyłem, że w jednym miejscu trochę budowniczowie przyoszczędzili, zostawiając starą konstrukcję z jeszcze starszym oświetleniem, więc nie wszystko stracone dla tych, którzy chcieliby zobaczyć skrawek przeszłości...




Ale żeby nie kończyć "na szaro", trochę nowych kolorów spod sceny.



Słówko na niedzielę (kryzysowe)



Na bogato? Tak przechadzając się wieczorem ul. Świętojańską odniosłem wręcz odwrotne wrażenie, patrząc na co drugą witrynę tonącą w ciemnościach (oszczędzanie prądu?). Zęby mogą rozboleć od powtarzanego w kółko słowa 'kryzys' (dobrze, że z banku do stomatologa niedaleko).


Od kilku już lat (jak ten czas leci) ciągle jesteśmy atakowani, powtarzanym jak mantrę, słowem kryzys. Kryzys, kryzys, kryzys, kryzys... Do znudzenia. Wcześniej przekonywano mnie - dość skutecznie - że za poprzedniego systemu to był wieczny kryzys i nie mogło być inaczej. No dobra, pełna zgoda: system w PRL był gospodarczo niewydolny i nie mógł na dłuższą metę się utrzymać.
No ale co dostaliśmy w zamian? Od kiedy rozpłynęły się we mgle wirtualne pieniądze, kapitalizm błądzi jak dziecko w tej właśnie mgle, szukając wyjścia z sytuacji. Kombinując, jak tu wyjść z podniesionym czołem? No i pełnym trzosem. Coś mi się mocno zdaje, że w zamian propagandy sukcesu dostajemy obecnie propagandę kryzysu, która ma być zasłoną dymną dla naszych pragnień życia w coraz większym dostatku. Zawsze można rozłożyć ręce i powiedzieć: no niestety, nic się nie da zrobić, mamy kryzys... W domyśle: musicie zacisnąć pasa. Wy. Nie my, bo rząd... sorrry: bank się wyżywi.
Widzę, że zamienił stryjek siekierkę na kijek. Żyje się nam co prawda bardziej kolorowo, ale teraz widać jakie to wszystko jest wydajne. I nie chodzi tu tylko o wirtualną kasę, której brak tak teraz jest odczuwalny. Rodzi się pytanie: a co będzie, gdy zabraknie już na świecie miejsc na przenoszenie produkcji do krajów z coraz tańszą siłą roboczą? Jaka będzie wtedy wydajność tego najlepszego systemu pod słońcem? A może tu właściwą miarą nie jest wydajność, tylko wydojność? Bo jak już nie będzie kogo wydoić z kasy, to co międzynarodowym koncernom pozostanie?
I dopiero teraz, po latach ględzenia w kółko o kryzysie, dociera do mnie sens podboju kosmosu. Może na marsie Marsjanoludki rozwiną produkcję za free???
 

sobota, 15 września 2012

Było, nie minęło




Za PRL-u było przerąbane. Pełno absurdów na każdym kroku. Braki zaopatrzeniowe. Rowerów nie było - na półkach tylko sam ocet i musztarda. Na peron kolejowy wstęp tylko z "peronówką". Każdy to wie. Teraz to inna bajka...


Mamy rok 2012...
Obok kas biletowych zamontowano dwie tablice z napisem: "Miejsca siedzące wyłącznie dla pasażerów posiadających ważny bilet kolejowy". Obok komunikatu w języku polskim jest także wersja angielska. Część podróżnych uważa, że to dobry pomysł, bo krzeseł w hali dworca jest mało i często są zajęte. A pan Tadeusz dodaje: - Czuję się jak w PRL. Pełno absurdalnych zakazów i nakazów, do których i tak nikt się nie dostosowuje. Ze względu na ich absurdalność właśnie. Że już nie wspomnę o tym, jaki to wstyd przed zagranicznymi turystami. (art.)

Pokręćmy się jeszcze po kolejowym dworcu. Tym razem z aparatem w ręku... Bo ja coś nieopatrznie w jednym z ostatnich komentarzy wspomniałem o fotografowaniu na dworcach.

Mamy rok 2012...
"Gdy wyjąłem aparat, by zrobić zdjęcie niedawno wyremontowanego przejścia podziemnego w Krakowie, podbiegł ochroniarz i poinformował, że tu nie można robić zdjęć. Doskonale pamiętam tabliczki "Zakaz fotografowania" z PRL-u. Czyżbyśmy wracali w te czasy? - pyta czytelnik.Bo okazuje się, że fotografowanie to podejrzane zajęcie: "Nasi pracownicy zwracają uwagę na wszystkie zachowania, które mogą wydawać się niebezpieczne. [...] Ze względów bezpieczeństwa pracownicy są szkoleni, że w razie podejrzeń mogą zadać pytanie, po co ktoś rejestruje dane miejsce". (art.)

Budynek w tle odszedł w niebyt. Chyba w zamian powstaje ten z pierwszego zdjęcia(?).

Mamy rok 2012...
Szczęśliwie, rowerów mamy w sklepach pod dostatkiem. Rowerzyści mają coraz więcej eksterytorialnych korytarzy... I od tego dostatku, to w dupach wszystkim się przewraca. Tak myślę, czytając o specjalnie wybudowanej (ale nadal zamkniętej) rowerowej estakadzie, że "zbyt ostre łuki zjazdów mogłyby być niebezpieczne dla rowerzystów z mniejszymi umiejętnościami". Do kompletu, proponuję obłożyć barierki poduszkami. Będzie bezpieczniej dla rowerzystów z mniejszymi umiejętnościami.

No tak... Za PRL-u to się po prostu rowerem jeździło. Jak widziałeś, że nie wyrobisz się na zakręcie to hamowałeś, tzn. naciskałeś takie wihajstry przy kierownicy, lub próbowałeś pedałować do tyłu. No ale wtedy to było przerąbane...




piątek, 14 września 2012

Kosmetyczne zmiany


Dziś kilka porównań z mało znaczących miejsc naszego miasta. Blog został przecież do tego powołany, aby obserwować zachodzące zmiany. W prezentowanych parach: górne zdjęcie z niedalekiej przeszłości; dolne - aktualne.



Przy skrzyżowaniu obok dawnych garaży WPK kosmetyczne zmiany.
Pizzeria zmieniła nazwę, ale nie wiem, czy jest czynna? Gabinet kosmetyczny wyładniał (wiadomo: siła kosmetyków). No i mamy więcej mocy w skrzynkach.



Na "kantorowej" skończyły się "pionierskie" czasy, ale dalej czuć wielki świat.
Używany, ale zawsze.



Nie tylko dworzec główny PKP wyładniał, ale i jego okolice...


No i jeszcze na koniec moje małe zdziwienie z naszej ulicy "Kantorowej". Zdjęcia porównawczego nie mam, bo nie spodziewałem się, że zniknie z krajobrazu tej ulicy niewielka kamienica (był tam jakiś bar, czy też pizzeria). To nie całkowity koniec zmian, które przez czas prowadzenia bloga zarejestrowałem. Mam jeszcze kilka niewielkich zmian do opublikowania w zanadrzu, ale nie ma co odkrywać wszystkich kart od razu, bo co będzie, jak już wszystko się pozmienia i już będzie trwać w marazmie? Nic tylko zwijać żagle...


czwartek, 13 września 2012

Błędne wytyczne


Skoro w poprzednim wpisie znaleźliśmy się na zielonej trawce, to pociągnę temat, aby nam nie zrobiło się za słodko na blogu.

Dostajemy błędne wytyczne. Skręcając w lewo jednego ze znaków zakazu nie zobaczymy...

Przeczytałem ogłoszenie o jakiś runach, które są drogowskazami w naszym życiu, ale nie są wyrocznią. To tak samo jak ze znakami drogowymi, pomyślałem, patrząc na znak informacyjny stojący przed wejherowskim tunelem. Informacja wskazuje, że za zakrętem będzie nam coś zabronione, ale dalej samego znaku zakazu nie napotykamy...

No i w takich okolicznościach przyrody, gdy z każdej strony jesteśmy atakowani fałszywymi wskazówkami, można w całej rozciągłości zrozumieć tłumaczenia Jacka Kurskiego (nasz człowiek w europarlamencie), który już jakiś czas temu zaparkował auto na trawniku na terenie gdańskiego lotniska, tłumacząc się: "-Spieszyłem się na samolot na posiedzenie europarlamentu, a ponieważ nie mogłem znaleźć innego miejsca, to zaparkowałem na trawie. Ale zapewniam, że wjechałem na ślady wytarte już przez inny samochód. Jestem oburzony na samego siebie za to, co zrobiłem".

No i zupełnie niepotrzebnie oburza się pan na samego siebie! Spokojnie. Po co to samobiczowanie? Nie rozumiem zupełnie tej medialnej nagonki. Przecież został pan wyraźnie wprowadzony w błąd przez  "drogowskazy". Słusznie mógł pan sądzić, że to ekologiczna odmiana parkingu. Wszak ktoś już wcześniej przetarł szlak. To nie pan - to inni! Ja ze swojej strony jestem oburzony, że nie ma dla tak ważnych osób w państwie specjalnych miejsc do bezproblemowego zaparkowania. To doprawdy oburzające... Solidaryzuję się z panem. W końcu nazwa "Solidarna Polska" do czegoś i mnie zobowiązuje...


P.S. To pisałem ja. Jarząbek.





wtorek, 11 września 2012

poniedziałek, 10 września 2012

Czar starych szelek




W końcu znalazłem w ostatnią niedzielę chwilę czasu na powrót do przeszłości. Z trzech historycznych autobusów zaprzęgniętych do pracy na sezonowej linii 326 najbardziej interesowała mnie Skoda 9TR, w której to spędziłem wiele czasu w drodze z domu do szkoły (i z powrotem). Jak można przeczytać na stronie ZKM Gdynia: "Trolejbusy Skoda 9TR funkcjonowały w gdyńskiej komunikacji miejskiej w latach 1962-1979. Łącznie do eksploatacji wprowadzono 79 tych pojazdów, w tym 72 fabrycznie nowe i 7 używanych, wycofanych z Wałbrzycha po likwidacji sieci trolejbusowej".

Dziś już trudno uwierzyć, że: "największe wrażenie na mieszkańcach zrobiły trolejbusy z pierwszej dostawy, ze względu na ich nowoczesny wygląd, odróżniające ich od trolejbusów 8TR dostarczonych w latach 1958-61. Pierwsze Skody 9TR wprowadzono do komunikacji miejskiej 19.10.1962 roku. Te trzydrzwiowe pojazdy o długości 11 m charakteryzowały się bardziej opływowym przeszklonym nadwoziem. Z przodu i tyłu zastosowano w nich większe panoramiczne szyby".
Dzisiaj przywykliśmy do większych wygód, które oferują nam współczesne środki komunikacji. Po pierwsze do środka Skody trzeba wspiąć się do po dwóch stopniach, a środek pojazdu - pomimo smukłej sylwetki trolejbusu z zewnątrz - jest dość niski. Miejsc siedzących mało. Klimatyzacja działa tylko w czasie jazdy pojazdu - poprzez otwarte okna i pokrywy dachu. No i hałas podczas jazdy jest jak na dzisiejsze czasy nie do zniesienia. Ale lata temu ludziska nie były takie miętkie...





Odrestaurowany trolejbus z 1975 roku jest odpicowany jak żaden inny pojazd komunikacji, poruszający się dzisiaj po gdyńskich ulicach. Tu są zdjęcia z remontu pojazdu.

niedziela, 9 września 2012

Jak się żyło za komuny (i dlaczego było lepiej)?




Kadr z filmu "Pokolenie '89"
Blog mój "żeruje na PRL-u" tak bardzo, że nawet kiedyś zastanawiałem się nad zmianą jego nazwy na właśnie taką. Tytułowe zdania-hasła za pomocą których najprawdopodobniej ktoś trafił tutaj (nie wiadomo, czy choć częściowo znalazł odpowiedź na nurtujące go pytania?) skłoniły mnie do ponownej próby liźnięcia tematu. Nie jestem ekspertem i nie czuję się autorytetem w ocenie czasów słusznie minionych, ale staram się zbierać skrawki informacji, aby je spróbować połączyć w jakąś całość. Na początek przypomnę słowa filozofa, profesora Uniwersytetu Jagielońskiego Jana Hartmana, które wynotowałem sobie z art. "Nasza, ludowa, zapomniana" sprzed ponad dwóch lat (jak ten czas leci) i które zamieściłem w poprzedniej odsłonie bloga. Być może jest to taka pierwsza jaskółka, która jest głosem rozsądku i sygnałem, że dojrzewamy do tego, że nie możemy tak po prostu wymazać z pamięci tego okresu w dziejach naszego kraju i pokazywać go w dwóch odsłonach - satyrycznej, albo martyrologicznej. Jan Hartman twierdzi, że nie mamy pomysłu jak przekazywać nowym pokoleniom tę słusznie minioną epokę, bo - jak czytamy w artykule - "Jakże łatwo popaść w ton zbyt patetyczny albo zbyt ironiczny - w obu przypadkach wywołując wrażenie, że PRL był epoką klęski, a jednocześnie epoką niepoważną, niegodną, by ją pamiętać. A przecież pamiętać trzeba, bo to był nasz świat, w którym większość z nas przeżyła część swego życia i którego kontynuacją pod zaskakująco wieloma względami jest Polska współczesna". Sam bym lepiej tego nie ujął. Profesor trochę podchlebia się mediom, których nie wini w sposób bezpośredni za takie postrzeganie przeszłości przez młode pokolenia, pytając: "Kto jest winien temu, że nic nie wiedzą? Chyba nie media, jakkolwiek ich dwoisty, satyryczno-patetyczny przekaz bardziej mąci, niż rozjaśnia w głowach. Ale media przynajmniej nie przemilczają epoki PRL". Marna to pociecha, że "nie przemilczają", skoro nie "rozjaśniają w głowach". 

Jak się żyło za komuny? Udzielenie jednoznacznej odpowiedzi na to wydaje się niemożliwe. Szczególnie ze strony takiego amatora jakim ja jestem. Ale oczywiste dla mnie było i jest, że każdy miał swoje życie i swoją "komunę"...

Pierwszy koniec kija - w liście do redakcji "Wysokich Obcasów" pewien mężczyzna napisał: "W roku 1973 moja żona wyjechała na pół roku na placówkę PLO do Las Palmas na Wyspach Kanaryjskich. Nawet dzisiaj możliwość takiego wyjazdu jest bardzo atrakcyjna. W tamtych czasach to była wyjątkowa okazja, tym bardziej że żona nigdy nie należała do partii ani nawet do ZMP. Za komuny istniały takie firmy, które doceniały wyróżniającego się pracownika z dobrą znajomością angielskiego".
Drugi koniec kija - w filmie dokumentalnym Marii Zmarz-Koczanowicz z 2002 roku pt. "Pokolenie '89", w którym między innymi wypowiadają się ludzie z roczników 1966-70 o czasach minionych, poddając je ocenie. Paweł Piskorski (tak, "ten" Piskorski) tak zapamiętał ten czas: "Trzeba było ustawiać się w kolejce o siódmej rano aby kupić mleko ze złotym kapslem a nie ze srebrnym [...]".

Hmmm. Odpowiedzi na pytanie "jak się żyło za komuny?" trzeba szukać pomiędzy tymi dwoma "końcami kija". Bo i przypadek atrakcyjnego wyjazdu osoby bez partyjnego poparcia nie był powszechny, jak i stanie w kolejce po mleko pana Piskorskiego też wydaje mi się przypadkiem odosobnionym. Swoją drogą, to jakieś dziwne rzeczy on opowiada, bo ja, jak i całe osiedle, w którym mieszkałem, nie musiałem wystawać w kolejce po mleko. Miałem je co rano pod drzwiami. Osiedlowe sklepy spożywcze otwierano o szóstej, więc o siódmej już byłoby po ptokach. Cóż, ten drobiazg też potwierdza, że każdy miał swoją komunę. A czytelnikowi piszącemu do redakcji wierzę, bo list był nie o komunie, tylko o zupełnie czym innym, a i ja osobiście znałem osobę, która bez przynależności partyjnej zajmowała w firmie nieszeregowe stanowisko. Najwięcej było tego "gdzieś pomiędzy". Gdzieś pomiędzy sklepami z octem i musztardą a Pewexami, gdzieś pomiędzy zwykłą pracą a wyjazdami na zagraniczne kontrakty, gdzieś pomiędzy ciasnym mieszkaniem w blokowisku ze ślepą kuchnią a willą na Kamiennej Górze... itp., itd...



A dlaczego często wielu wspomina czas PRL-u z nutką nostalgii, twierdząc wręcz często, że wtedy było lepiej, skoro tak naprawdę lepiej nie było, na co zdaje się wskazują wszystkie 'za' i 'przeciw'. Oczywiście zgadzam się z głosami, że przebija w tym sentyment za młodością (coś w tym jest), ale widzę wyraźnie racjonalne - jakby to nie zabrzmiało komicznie - przesłanki za takim spojrzeniem wstecz. I to właśnie sam system nam miłościwie teraz panujący strzela sobie gole do własnej bramki. Tu znowu mamy dwa końce kija. Z jednej strony mamy nostalgiczne "za komuny było lepiej" a z drugiej kolejną wypowiedź z filmu "Pokolenie '89": "PRL to najgorsze gówno, jakie mogło zdarzyć się komukolwiek na świecie". Oj, mogło mogło... (chociażby taka Korea Północna). A mechanizm wzdychania za epoką słusznie minioną jest prosty, choć poniższy przykład nie z naszego kraju pochodzi i być może dlatego bardziej wyrazisty.

Oglądałem pewien reportaż o terenach na których znajdowały się rosyjskie gułagi (dawno to było, więc nie pamiętam tytułu). Z tego filmu utkwiła mi scenka, gdy staruszek, siedząc samotnie w domu zapala lampę naftową i z wyraźną nostalgią połączoną z żalem w głosie mówi: "Za Stalina było lepiej. W każdym domu była elektryczność". No i weźcie spróbujcie temu człowiekowi wytłumaczyć, że właśnie teraz ma lepiej! Powodzenia... Główny nurt historii przeniósł się na inne tereny, zostawiając staruszka samemu sobie. A on oczekuje od życia tak niewiele - elektryczności w domu. I Stalin mu to dawał, a obecna władza dała mu - iluzoryczną dość - wolność wyboru, ale z lampą naftową w ręku.



piątek, 7 września 2012

Na zakończenie, czyli co by było gdyby...


Spokojnie, jeszcze na blogową emeryturę nie wybieram. Na prawdziwą zresztą też (a rządzący czuwają, żeby nie nastąpiło to zbyt szybko). I pewnie mają rację, bo na emeryturze człowiek dziadzieje. Nie wie co ze sobą zrobić... Ale do rzeczy. Dziś definitywne zakończenie pewnego rozdziału blogomanii. Dwa "starocie" i już nie ma nic. Nigdy, newer, żame, nikagda, nunka... niech wam się nie marzą tutaj zdjęcia starsze niż kilka lat, czyli współczesne. Było - minęło. I se ne wrati. A mogło być tego znacznie więcej, ale płacz nad rozlanym mlekiem będzie na końcu.


Powyżej widok z 1978 roku w kierunku ul. Dickmana, który zapewne wprawi w zadowolenie zwolenników słów że PRL był szary. Trudno przy takim widoku się jakoś wybronić. Ja i tak pozostanę przy swoim: szarość jest w nas. Właściwie to niewiele na zdjęciu konkretnego widać, ale takie były początki mojego samokształcenia. To może dodam z pamięci, że tam gdzie stoi autobus, w parterowym baraku była społemowska wytwórnia majonezu. Tak przynajmniej było napisane na tablicy informacyjnej. Nie wiedzieć czemu, jakoś ten fakt wrył mi się w pamięć



Tu z kolei widok na Grabówek zrobiony z ostatniego zakrętu "serpentyn" ul. Puckiej. Lata 80. Praktycznie wszystkie łyse przestrzenie w tle zdjęcia zostały zabudowane. Zdjęcie porównawcze cały czas czeka na zrobienie, ale jakoś leniwy się zrobiłem. Nie można się teraz nigdzie tam zatrzymać. Wszystko pogrodzili drogowcy dla naszego bezpieczeństwa.


A teraz wracam do wspomnień motoryzacyjno-fotograficznych, ale chciałbym się niejako przed samym sobą usprawiedliwić ze skromności materiałów archiwalnych. Tajemnicą pozostanie więc gdybanie: co by było gdyby... Wydaje mi się, że brzemiennym w skutkach był jeden tydzień z życia na kierowniczym stanowisku, kiedy to postanowiłem zabierać w trasy aparat fotograficzny. Pomyślałem, że zawsze może trafić się ciekawego do uwiecznienia. Jednak w ferworze walki okazji było niewiele (czytaj: czasu wolnego), tak że w pewnym momencie zapomniałem o aparacie leżącym za siedzeniem pasażera.
Pamiętam to, jakby wydarzyło się wczoraj...
  Dzień 1. Wyjeżdżam po załadunku z zakładów SHL w Kielcach (m.in. coś tam produkowali do ciężarówek star). Na bramie dość szczegółowa kontrola kabiny przez straż przemysłową. No i afera! Wjechałem z aparatem fotograficznym na teren zakładu podległego pod wojsko. Wyjaśnienia, że nie jestem wysłannikiem CIA, zajęły mi chyba z dobrą godzinę. Do uwolnienia mnie od zarzutów kluczową była odpowiedź na pytanie: kiedy dowiedziałem się, że będę tu coś ładował. - Kilka godzin temu. - odpowiedziałem zgodnie z prawdą. Po pogrożeniu paluszkiem puszczono mnie wolno.
  Dzień 2. Przyjeżdżam na załadunek w szczecińskich zakładach produkujących kable "Załom". Pomny niedawnych doświadczeń, widząc tablice ostrzegawcze jasno wskazujące, że to też jeden z terenów specjalnej troski, zgłaszam na bramie, że mam aparat i zostawiam go w depozycie. Załadunek zabrał trochę czasu, bo wyjeżdżałem już ciemną nocą, jako jeden z ostatnich. Zgłaszam się po odbiór niebezpiecznego narzędzia... a tu aparatu nie ma!!! Blady strach padł na mnie, bo na moje nieszczęście zawieruszyło mi się gdzieś pokwitowanie depozytu (a nie było to już wtedy byle co, zwykła Smiena, tylko Praktica PLC3). Po intensywnych poszukiwaniach we wszystkich możliwych szafach i szufladach wreszcie znalazła się zguba...
Te dwa zdarzenia skutecznie wyleczyły mnie z pomysłu brania ze sobą w drogę tak cennej dla mnie wtedy rzeczy. I tym samym, pewnie jakieś szanse na większe archiwa zostały pogrzebane na zawsze.


P.S. Absurdy PRL-u zaraz ktoś dorzuci. Możliwe, ale dziś też nie ma wolnej amerykanki. Spróbujcie sobie pochodzić po jakimś zakładzie pstrykając na prawo i lewo zdjęcia. Na pewno nikt wami się nie zainteresuje...

środa, 5 września 2012

Skocz mamie po piwo




Gdyby nie pewna audycja radiowa to pewnie tego zdjęcia by nie było... Po takim tytule można by pomyśleć, że przyszło mi żyć w patologicznej rodzinie, gdzie jednym z moich zadań było cykliczne ugaszanie pragnienia rodziców. A ja w gruncie rzeczy działałem na takiej samej zasadzie jak ten samochód: jako pogotowie kosmetyczne. Może wpisu by też nie było, ale pewnego dnia usłyszałem w radio bardzo zdziwionego redaktora, gdy dowiedział się od zaproszonego do audycji gościa, że w czasach słusznie minionych kobiety używały piwa do układania włosów (chyba do układania, albo tak w ogóle). No to pomyślałem, że trzeba młodzież uświadomić, że piwo nie jedno ma zastosowanie - wzmacnia włosy (no i zdjęcie a propos się trafiło). Ale chwilę po audycji mnie zdziwko hapło - zadzwoniła jedna słuchaczka, komunikując, że... ona nadal używa piwa do układania włosów. Życie jest pełne niespodzianek...

- Pogotowie kosmetyczne? Układam włosy, proszę przywieźć sześciopak.

niedziela, 2 września 2012

Słówko na niedzielę (tak po znajomości)





Ostatnio wielką karierę w naszym kraju robi słowo 'nepotyzm', czyli: faworyzowanie członków rodziny przy obsadzaniu stanowisk. Wszystko przy okazji afery z ukrytą kamerą w roli głównej (której to już z kolei?), tym razem z PSL jako głównym winowajcą. Temat trochę się odstał, ale... Początkowo to sypały się gromy i pierony na głowy naszych wybrańców narodu, ale po chwili szoku nastąpiło otrzeźwienie i... zaczęto odwracać kota ogonem. Pojawił się taki trynd, udowadniający i jednocześnie przekonujący szarą masę, że "najgorszy nepotyzm wcale nie jest w rządzie". Pod takim to tytułem ukazały się przemyślenia Jacka Żakowskiego na stronach "Gazety" (nie ma linku, bo art. objęty jest odpłatnością, więc po co zawracać sobie głowę "ekskluzywnym tekstem" nie mojego idola). W widocznej dla ogółu pozostałym skrawku czytamy: "[...] w odróżnieniu od karalnych zachowań korupcyjnych (jak łapówki) nepotyzm jest raczej problemem społecznym i kulturowym niż prawnym czy formalnym. I nie jest on najbardziej dolegliwy w instytucjach czy firmach rządowych". Dalej - na ile pamiętam - było o nas, czyli szarej masie, która gromi tych ze świecznika będąc samą uwikłaną w sieć połączeń "po znajomości" po same uszy. Było też o tym, że to tylko u nas..., że spadek po PRL... i takie tam (w artykule lub w komentarzach).

Hmmmm. No dobra, faktem jest, że zdarzyło mi się dostać ze dwa razy pracę po znajomości. Kogoś też wkręciłem, ale jest takie małe 'ale'... Litościwie na chwilę zapomnę, że wybrańcy narodu powinni świecić przykładem, być wzorem cnót wszelakich i nie przystoi im tłumaczyć się powszechnością zjawiska. A co do tego 'ale', to różnica jest taka, że w moim przypadku nikt nie tworzył dla mnie specjalnego stanowiska pracy, jak to się czasem dzieje w przypadku ludzi "z górnej półki". Mimo rekomendacji musiałem swoje odczekać, aż miejsce się zwolni. No i byłem odpowiednim człowiekiem na odpowiednim stanowisku. Nikt przy zdrowych zmysłach nie rekomendowałby piekarza na stanowisko tokarza, bo rekomendujący, przy najbliższej okazji byłby zrugany przez pracodawcę: kogoś mi tu podesłał?!? Tam na górze jest już inaczej, bo jak tu opieprzyć posła który wiele może (nam zaszkodzić), gdyby okazało się, że wcisnął nam do firmy nieudacznika, który na niczym się nie zna, oprócz tego, że zna kogo trzeba... Takie są podstawowe różnice, które sprawiają, że postępowanie szarej masy jest mimo wszystko bardziej uczciwe i mniej dolegliwe.


A co z tym, że "to tylko u nas"? Zachód już dawno poradził sobie z problemem kolesiostwa itp. plagami ludzkiej natury. Po prostu... wymyślił kolejną uczoną nazwę: "networking". Jak to brzmi! To już nie jest takie tam prostackie "po znajomości". To prawdziwie biznesowa sieć kontaktów, służąca m.in. "rekomendowaniu swoich usług" (nie po znajomości zapewne) a kontakty "opierają się na wzajemnym zaufaniu i poparciu" (źr. Wikipedia).

I co ja na to? Ja to wszystko zakrywam grubym naleśnikiem (z ul. Zygmuntowskiej) z dodatkiem opium...