piątek, 31 sierpnia 2012

Jedynie słuszne podręczniki



Podręczniki się zmieniają. Sowy niezmiennie symbolem mądrości pozostają.

Jak co roku - można by rzec: tradycyjnie - przed zbliżającym się początkiem roku szkolnego czytamy utyskiwania ile to trzeba wysupłać na wyprawkę szkolną, a zwłaszcza na podręczniki. Przykładowy opis dzisiejszej sytuacji znalazłem na jednej ze stron Polskiego Radia wraz ze spojrzeniem wstecz (podkreślenia moje): "Niestety nie zawsze można wykorzystać książki po starszym rodzeństwie, ponieważ prawie co roku zmieniają się wymagania programowe". 
- Co się może zmienić w Średniowieczu czy Romantyzmie? Ja o niczym takim nie słyszałem. Zmieniają obrazki, miejsce ćwiczeń, numerację stron. Tak przygotowują nowe książki. Tracą na tym praktycznie wszyscy oprócz wydawców - powiedział Arek Pilarski zajmujący się sprzedażą starych i nowych podręczników. Ale zmiany książek to nie tylko pomysł wydawnictw, lecz także konsekwencja kolejnych reform Ministerstwa Edukacji Narodowej oraz zmian programowych.
Co istotne, wraz z wprowadzeniem nowych podręczników wydawnictwa wprowadzają także nowe ceny."

Ciśnie się na usta pytanie, czy czasami za PRL przygotowanie dziecka do szkoły nie było również znacznym obciążeniem dla domowego budżetu? Pewnie było, ale było jedno "ale", które sprawiało, że obciążenie to można było wydatnie zmniejszyć. I nie myślę tu o rynku podręczników używanych, bo on istniał kiedyś, jak i zapewne istnieje teraz. Po prostu, gdy ja kończyłem klasę moje podręczniki wędrowały do kartonu i... czekały sobie trzy lata aż mój brat odpowiednio podrósł. Bo przez te trzy lata nadal 2+2 równało się 4, język polski też się w sposób znaczący nie zmienił, tak jak i podstawy fizyki, chemii i biologii. Historia - pomimo, że miejscami przekłamana - też z biegiem dni i lat się nie zmieniała...
A jeśli stan techniczny książek pozwalał, to komuś z rodziny i po raz trzeci książki mogły dalej służyć.

I komu to przeszkadzało?
Czy demokracja wyklucza z urzędu jedynie słuszne rozwiązania i musimy być skazani na nadmiar szczęścia za który przychodzi nam teraz słono płacić?

czwartek, 30 sierpnia 2012

Taksówka nr 1313




Wczoraj natknąłem się na tytuł: "Taksówką jak ze "Zmienników" do ślubu". Jest w nim opisana historia pomysłu odtworzenia znanej z serialu "Zmiennicy" taksówki o numerze bocznym 1313 przez Szymona Rakowskiego z Poznania. W artykule czytamy: „Zmiennicy” w reżyserii Stanisława Barei to jeden z najpopularniejszych polskich seriali lat 80. Opowiada perypetie młodej dziewczyny, która przebrana za mężczyznę podejmuje pracę w Warszawskim Przedsiębiorstwie Taksówkowym. Role zmienników, kierowców żółtej taksówki o numerze bocznym 1313, zagrali Ewa Błaszczyk i Mieczysław Hryniewicz.

Jak wyjaśnił twórca pojazdu, odtworzenie legendarnej taksówki WPT 1313 była realizacją jego dziecięcych marzeń. – Na tym serialu się wychowałem. Pomysł odtworzenia taksówki w mojej głowie zakiełkował, gdy kiedyś spotkałem w teatrze pana Hryniewicza. Gdy już zacząłem zarabiać, zacząłem po kolei składać taki samochód– powiedział Rakowski.

Samochód, który zamienił w taksówkę Rakowski kupił przed czterema laty. Biało-rdzawe auto rocznik 1984 przeszło generalny remont, wszystkie detale zostały dokładnie odtworzone na wzór serialowego fiata 125p rocznik 1979-1980".


Zamieszczone powyżej zdjęcie zrobiła moja młodzież podręcznym aparatem, czyli komórką, już jakiś czas temu i nie jest ta młodzież pewna numeru rejestracyjnego widocznej kopii słynnej taksówki. Prawdopodobnie jest ona "nasza" (chyba lęborska), ale z dużym znakiem zapytania. Za tą wersją jednak przemawiają... kołpaki nie z epoki, bo ta poznańska: "jest tak samo oznakowana i – tak jak w serialu – pozbawiona dekli". Więc okazuje się, że po naszym kraju kursuje więcej "podwójnych trzynastek". Ciekawe ile ich jest?

Nasuwa się też może niektórym tendencyjne pytanie: czy ten ciemiężony naród, pojony samym octem i karmiony musztardą w ogóle używał taksówek? Hmmm. Podczas gdy dziś na postojach zazwyczaj taksówki oczekują na klientów, to w epoce słusznie minionej było odwrotnie. To ludzie czekali na nie. Pamiętam, że przy gdyńskim dworcu głównym PKP to - zwłaszcza po południu - niezły ogonek stał, oczekując na "swoje" cztery kółka. Braki sprzętowe były tak wielkie, że w pewnym momencie (chyba lata '80?) dopuszczono do ruchu półetatowców, którzy chcieli sobie dorobić, używając prywatne cztery kółka do przewozu osób. Widoczną różnicą w oznakowaniu takich pojazdów było '0' poprzedzające właściwy numer boczny takiej taksówki. Jak długo ten stan rzeczy trwał nie mam pojęcia. Faktem jednak pozostaje, że w owych trudnych czasach, naród znał hasła reklamowe w stylu: podarujcie sobie odrobinę luksusu, jesteście tego warci...


środa, 29 sierpnia 2012

Droga z powietrza



Nie od dziś człowiek marzy o lataniu. Bo to takie fajne jest: spojrzeć na wszystko z góry, oderwać się od spraw przyziemnych... Dzięki niedawnej walce cenowej, która skończyła się jednak zwycięstwem twardego rachunku ekonomicznego, udało mi się kupić w akceptowalnej przeze mnie cenie bilety na przelot Gdańsk - Warszawa. Było to jeszcze przed upadkiem OLT Express. Szczęśliwie, coś mnie tknęło i kupiłem bilety w LOT. Nie to, żebym zaraz był prorokiem i wszystko przewidziałem. Główną rolę odegrał termin przelotu i... jakieś poczucie większej pewności... Dziś mogę się tylko cieszyć, że początkowe przepłacenie stało się zyskiem.

"Dla każdego z nas projekt OLT Express był czymś innym, ale cel był wspólny - sprawić, aby Polacy mogli korzystać z samolotów jako przystępnego środka transportu - aby każdego z nas stać było na spełnienie "marzeń o lataniu." - czytałem, że tak żegnał się z klientami przewoźnik na Facebooku. Nie znam się oczywiście na wycenie, ile musiałby kosztować bilet, aby firma chociaż wyszła na zero, ale widać, że 99 pln to nie ten pułap. Może kilka biletów w tej cenie byłoby wabikiem, tak jak w innych liniach lotniczych "za euro", których znalezienie przypomina trafienie w ziarno ślepej kury, ale i tak reszta pasażerów musiałaby się dołożyć na szczęśliwców. Trzeba sobie jasno powiedzieć: nie stać nas jeszcze na "bujanie w obłokach" na krótkich trasach. Trzeba zejść na ziemię i przeprosić się chociażby z PKP. "Marzenia" nie mają nic do rzeczy, gdy trzeba twardo stąpać po ziemi (nawet w powietrzu).

Dlatego też i ja, po przeprowadzeniu rachunku zysków i strat, wybrałem drogę powietrzną zamiast jazdy własnym samochodem (autobus i kolej nie wchodziła w grę). Z prostego porównania zużycia paliwa na przejazd a ceny biletów wychodziło, że dla dwóch osób drożej wyjdzie samolotem. No ale są jeszcze rzeczy nieprzeliczalne w prosty sposób na pieniądze: czas, zmęczenie jazdą w 30-stopniowym upale, itp. atrakcje. Dzięki temu wyborowi przemieszczania się po naszym kraju mogłem zrobić zdjęcie porównawcze z postępów prac przy budowie Trasy Sucharskiego w Gdańsku. To nic, że kasy brakuje, coś tam się zapada... Nic się nie stało! Aby do przodu panowie!


Powyżej: stan w październiku 2011, poniżej: obecnie. Zdjęcia z różnych perspektyw, ale pomocne w orientacji mogą być białe foliowe tunele...



wtorek, 28 sierpnia 2012

Wioska Warszawa



Zawsze wydawało mi się, że to na prowincji czas biegnie wolniej. Ostatnia wizyta w naszej stolicy mocno zachwiała moimi przekonaniami. No bo proszę spojrzeć na poniższe zdjęcie. Zrobione niespełna tydzień temu, ale wprawne oko wyłowi widok ciężarówek żywcem wzięty z minionej epoki. I gdyby nie kilka szczegółów to z powodzeniem mógłbym podpisać ten obrazek datą rodem z PRL-u (no chyba że Hala Mirowska się zmieniła?). Nie wiem, czy ja mam takie przyciąganie, że jak na zawołanie pojawiły się na ulicy przede mną w nowoczesnym mieście sprzęty, które dawno powinny spocząć na złomie lub muzeum motoryzacji, czy po prostu jestem wyczulony na takie obrazki? I szczerze mówiąc: lubię czasami spojrzeć na takie żywe muzeum.




Drugi widoczek - zastany w pobliżu poprzedniej sytuacji -  też nie pasował mi do stolicy, która z reguły jest centrum wydarzeń i to właśnie tu wszystko powinno się zaczynać. Ostatnio Bank Pekao SA zmienił swoje logo i trudno dziś znaleźć "na prowincji" siedzibę banku ze starym logo. Ale w siedzibie głównej, przy ulicy Grzybowskiej, można sobie jeszcze posiedzieć przy żubrze (jak ktoś nie ma lęku wysokości). I to by było tyle w temacie warszawskiego spoglądania wstecz. Współczesnego i trochę dalszego.




niedziela, 26 sierpnia 2012

Powrót, czyli miękkie lądowanie na oponach





Miękkie lądowanie po letnim nieróbstwie. A jak tu wygodnie wylądować? Może troszkę opon sobie podłożyć? "Kwietnik z opon", "ozdoby ogrodowe z opon", "cuda z opon", "jak zrobić kwietnik ze starej opony" - tego typu wejścia dominują w statystykach bloga, który przecież o tematyce ogrodowej nie jest. Patrząc na ten nieoczekiwany obrót spraw, pomyślałem, że musi być wielu zawiedzionych, którzy na mój blog zabłądzili, zawierzając wyszukiwarce. Cóż, życie to nie bajka... Gdzieś przeczytałem "uczony wywód", że opony jako kwietniki itp. elementy upiększania ogrodów to "spuścizna PRL-u, komunistyczny wynalazek". Gdybym puścił ten powyższy obrazek podpisany: "gdzieś w Polsce", to z pewnością wszyscy by w to uwierzyli. Ale jest to obrazek, który zastałem w... Norwegii - jak to często się określa: w jednym z najbogatszych krajów świata. Jak widać na załączonym obrazku bogactwo kraju nie przeszkadza w wykorzystaniu zużytych opon do przyziemnych celów (konkretnie zdjęcie przedstawia fragment przedszkolnego podwórka).


Po raz kolejny mogłem zapytać siebie: co ty wiesz o oponach? Okazało się, że to, co wydawało mi się tegoroczną nowością, istnieje od wielu lat. Nie zmienia to jednak faktu, że w tym roku jest widoczny szał na kwietniki z opon (wcześniej tego nie widziałem). "Gdzieś na południu Polski..." już takie cuda istniały co najmniej cztery lata temu - patrz wątek. Któż kto wie, od czego się ta moda zaczęła? Może ona była zawsze? Poniższy obrazek prezentuje innego rodzaju wzornictwo oponowe. Też są to zapewne kwietniki (gdyby miały dna to mogłyby być naczyniami), choć znalazłem je porzucone na zapleczu domu daleko od Polski (przez moment poczułem się jak odkrywca starożytnych naczyń, porzuconych wiele lat temu). Widocznie samochodowa opona nadaje się do tego typu zastosowań wtórnych, niezależnie od szerokości geograficznej i panującego systemu politycznego. Dla mnie jest to oczywiste. Mam nadzieję, że choć dla kilku osób, które tu zbłądzą też stanie się jasne, że kwietniki z opon to nie "spuścizna PRL-u", tylko oczywista oczywistość.


środa, 1 sierpnia 2012

Pożegnanie w duchu Żeromskiego



Który to już raz tego lata żegnam się z blogowaniem? No nie wiem, ale już tak to jest, jak człowiekiem jakaś choroba zawładnie... To znaczy, zdjęcia łatwo zrobić - tu wiele myśleć nie trzeba, ale już sklecić tekst, który miałby sens - tu obecnie mi się nic nie klei. W trosce jednak o moich "zaglądaczy": kilka dzisiejszych fotek, jako zapowiedź powakacyjnych tematów. Ale również zapis, co aktualnie w gdyńskiej  - i nie tylko - trawie piszczy.

W szczelnym ogrodzeniu, okalającym przebudowywany obecnie teren na rogu ul. Świętojańskiej i 10 Lutego, zwraca uwagę element obcy. "[...] Infobox i wieżę "połączy rodzaj parawanu, który zasłoni nieciekawe otoczenie z tyłu placu". Coś w rodzaju zasłony dymnej? To może przetrwa bar na zapleczu, bo oto z żalem w głosie zaskamlała moja młodzież: "najlepsze poimprezowe zapiekanki znikną!". Osobiście nie wiem. Nie sprawdzałem. Po imprezach (nielicznych) grzecznie wracam prosto do domu, ale wiadomo - już nie dla mnie słowa piosenki Perfectu: "młode koty lubią włóczyć się" - tak pisałem rok temu w tym wpisie. Dziś mogę pocieszyć mają młodzież: poimprezowe zapiekanki przetrwają. Tak zapewniała mnie obsługa widocznej na zdjęciu placówki zastępczej.

Ale jednak - w razie zewu natury - musimy znaleźć sobie toaletę zastępczą, będąc w tej okolicy, bo sąsiednie zdjęcie, to jedno z tych z przegródki "ad acta", czyli obiektów już nieistniejących (dziś same resztki pozostały). Nie chodzi tu jednak o jakiś sentyment do tego typu przybytków, ale zwykłą dokumentację zmian. Za naście lat, to będzie atrakcyjne zdjęcie: takie coś tu kiedyś było??? Z oczami jak pięć złotych następne pokolenia skwitują takie widoki. Pytanie tylko, czy będą wiedziały o "piątce z rybakiem"?


No dobrze, ale dlaczego w tytule tkwi Żeromski? W poprzednim wpisie, w sumie trochę przypadkowo padło kilka słów o Stefanie Żeromskim a ja nie tak zupełnie przypadkiem trafiłem na ulicę Żeromskiego. Główny punkt zaczepienia za chwilę, ale wcześniej...

Okazało się, że obecnie przy tej ulicy powstaje jakby kopia pomysłu z gdańskiej Zaspy. Wiem, że zwolennikom wojny gdyńsko-gdańskiej nie w smak takie słowa, ale trudno. To nie moje zmartwienie... Całkiem ciekawie to wygląda. Cóż, od czegoś trzeba zacząć budowanie prestiżu dzielnicy (gdzieś czytałem, o prestiżowych planach dot. tak zwanego Międzytorza). Dodatkowy smaczek: kolejny przedstawiciel wymierającego gatunku "gwiazd". Swoją drogą, to jak się człowiek tak rozgląda, to całkiem niemało się tego kręci po naszych drogach, tworząc wręcz całą galaktykę.

A zrobił ktoś sobie pamiątkowe zdjęcie tego niczym szczególnym nie wyróżniającemu się budynkowi przy ul. św. Piotra? No to już po ptokach. Dziś już jest tu kupa gruzu. To był ten główny punkt zaczepienia wypadu w te strony (zdjęcie przedstawia stan sprzed miesiąca).
Po wakacjach powrócimy też do wakacyjnego, gorącego tematu. Tak samo tendencyjnie, jak tendencyjnie wygląda to zestawienie plakatów (przypominam: stan na dziś), stojących przy ul. Janka Wiśniewskiego. No to ja już lecę... ;)


Aha. Skoro już o tendencyjnych spojrzeniach...
Prawie jak portowa. :)