piątek, 27 lipca 2012

Schab wyduś jak cytrynkę...



Końcówka marca tego roku (tuż przed otwarciem nowego terminalu). Miała być świetlana przyszłość OLT...

W ostatnim komentarzu podpuścił mnie jeden z czytelników, że ja tu sobie urlopuję a tu świat się wali, więc taki "brejking njus". Tak jak napisałem w ostatnim komentarzu, prawdziwe wakacje już tuż tuż, ale błądzę po sieci, patrzę sobie na ten mój kochany kraj, robię notatki, szkicuję niespiesznie wpisy... Wracając do wywołanej do tablicy plajty OLT Express. Nie mogę do końca powiedzieć: "ja wiedziałem, że tak będzie", jak to wielu się teraz mądrzy. Wiedziałem jednak, że długo na takich promocjach pociągnąć nie można i wcześniej, czy później niskie ceny się skończą, ale samej plajty się nie spodziewałem. Chociaż od początku miałem wątpliwości, co do wiarygodności właściciela/li linii (kto właściwie nim jest?), pisząc dwa miesiące temu: "[...] kandydat na "szarego" kierowcę zawodowego - w tym i taksówkarz, i kierowca autobusu - musi wykazać się niekaralności sądową (m.in. przeciwko mieniu), to już założyciel linii lotniczej OLT Ekspress (też podobnie jak przedsiębiorstwo taksówkowe i autobusowe, przewożące ludzi), może działać pomimo prawomocnego wyroku założyciela za przywłaszczenie mienia". To nie wina "przedsiębiorców", że tak można w Polsce działać... Myślę, że jeszcze jakieś sprawy i sprawki wyjdą na jaw. Przy okazji.

Hmmm... Nigdzie nie zauważyłem słowa o pracownikach. Np. ilu z nich straci pracę? Eeee tam. To tylko trybiki w wielkiej maszynie.

Tyle właściwie w temacie. Co do naszego podróżowania w rytmie cen jeszcze coś sklecę, bo nie zgadzam się - życie inaczej pokazuje - ze słowami z tego artykułu (pisanego zaledwie dzień temu): "Pewne jest, że OLT skutecznie rozbudził apetyt Polaków na tanie podróżowanie samolotem po kraju i tego głodu nie będzie teraz łatwo zaspokoić". Ludność łatwo się przesiada na inne środki komunikacji, gdy cena jest konkurencyjna (nawet na tak znienawidzone pociągi PKP).

Każdy chce wydusić z życia dla siebie jak najwięcej - "łap szczęście za ogon i duś jak cytrynkę" - coś było takiego (piosenka? wpis do pamiętnika?). Więc skoro już się blogowo obudziłem, to puszczę wpis już praktycznie ukończony w temacie "wyciskania cytryny". Ale teraz już naprawdę nastąpi cisza w eterze. Chociażby nie wiem co. Bo za rogiem czeka mnie chwila życia "bez wrogów, rachunków, telefonów"...



Tu - przy "szóstce" w Wejherowie - kiedyś znajdowała się mieszalnia pasz, czy też jakieś kurniki... Tego już nie ma (chyba).


Nie chcem ale muszem coś dodać o żywności, tak pod rozwagę prześmiewcom wyrobów czekoladopodobnych. Bo jak co roku, powraca jak bumerang temat takich pamiątek po PRL (tu przykład z "Trójmiasto.pl"). Zauważyć jednak można, że z biegiem dni i lat prześmiewcom zaczyna brakować amunicji, zmieniając ton właśnie z prześmiewczego na bardziej nostalgiczny. W sumie to nie powinno dziwić, bo w czasach wyrobów mięsopodobnych chociażby, to zaczynałoby przypominać strzelanie ślepakami. Również i komentujący zmieniają ton, rozumiejąc, że ten dzisiejszy kolorowy świat jest często większą podróbą, niż szarość dni minionych (oryginalna). Pierwszy z brzegu przykład spod artykułu: "Prawda, ale wiadomo było, że jest to podróba. Teraz podrabiają za wielkie pieniądze i udają, że jest to oryginał" (pisownię trochę poprawiłem, bo szlag mnie trafia, jak widzę, w jakim stylu pisze się na forach). Dziś dojrzewamy do tego, że prawda jest lepsza niż najlepsze kłamstwo.

W podkolorowanym artykule - lubimy przecież takie - mamy przegląd wyrobów  ZPC Bałtyk (ja tu wspominałem o walce o przetrwanie marki): "Kto miał szczęście, mógł smakować tłustej słodyczy ekskluzywnej "Finezji" czy obfitości ponadnormatywnej "Amatorskiej", będącej ozdobą bali seniora. Przodownicy pracy i "ludzie dobrej roboty" dostawali w zakładowej paczce świetnie zbalansowaną i miło przyswajalną "Ratuszową", latem przemianowywaną na "Wczasową".
Oprócz tych szlachetnych produkcji, ZPC Bałtyk potrafił wypuścić prawdziwe koszmarki. Wśród nich takie potworki jak wyroby czekoladopodobne, czekoladę z płatkami kukurydzianymi albo orzechową, ze skorupkami tych ostatnich. Degustacja już dwóch np. "Mel", wyrobu czekoladopodobnego z masy tłustej, była dla wątroby niesamowicie ciężkim testem."

Tu gdzie zapałki, był sobie "schab"
Tyle historii najnowszej (tu produkty z przeszłości "Bałtyku"). Miałem okazję ostatnio przekonać się naocznie, jak teraz wygląda to "świetne zbalansowanie" i jakie mamy "testy dla wątroby". Czasami wcielam się w rolę słomianego wdowca, któremu nie bardzo pali się do zajęć kuchennych. Skutkiem czego, często coś tam człowiek sobie zamrozi na "czarną godzinę", bo to planowanie zakupów nie takie proste jest, jak się z pozoru wydaje. No ale do rzeczy. Zmuszony byłem zamrozić sobie kawałek "schabu w przyprawach". Nazwa firmy Prime Food sugerować ma, że obcujemy z wyrobami pierwszorzędnej jakości (słowo "prime" tak się tłumaczy przecież). No niech tak będzie - jakie czasy, taka pierwszorzędność. Odmrażam sobie ci ja schowany "na potem" kawałek, a po otwarciu opakowania trochę mi ten "food" obcieka wodą. No to tak mimowolnie ścisnąłem to cudo, a ono zaczyna zachowywać się jak... gąbka dobrze nasiąknięta wodą! Zaciekawiony niespodziewanym zachowaniem mięsa zwiększyłem nacisk... Bardziej... Jeszcze bardziej... Ile z tego "prajm fuda" zostało samej treści można się przekonać, spoglądając na zdjęcie (można kliknąć też). Gdybym miał zdolności pana Pudzianowskiego, pewnie jeszcze mniej by się ostało z początkowych wymiarów.

Producent lojalnie uprzedza, że schabu w schabie jest 66% - reszta to woda, cała paleta E-upiększaczy i kilku innych dodatków, mających zamienić szare na złote, ale co innego przeczytać ulotkę (fakt: ja ulotek zazwyczaj nie czytam), a co innego zobaczyć na własne oczy, jak gotówka przecieka nam między palcami. Na mój chłopski rozum to zamrożona woda, po odmrożeniu nie chciała się już trzymać "podłoża" i dlatego przypadkowy eksperyment mógł się udać. Nie, nie zjadłem już tego. Jakoś straciłem apetyt. W tamtej chwili chętnie bym przegryzł tę gorycz wyrobem czekoladopodobnym (nie ważne ile byłoby tam cukru w cukrze - tu przypominamy sobie jak to było z tym cukrem)...

Diabli wiedzą, jakie mamienie klienta jest lepsze. Czy MOMienie, czy też mydlenie oczu dodatkiem wody? Chociaż MOM to jest jednak taki proekologiczny. Wszak nie chcemy, aby cokolwiek z żywności się zmarnowało, prawda?


Powróćmy do artykułu o wyrobach ZPC Bałtyk: "Powróćmy więc do czasów nam bliższych. Do czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, kiedy "Milka" i "Snickers" były rajskimi ptakami, widywanymi jedynie w "Peweksie" i "Baltonie", gdy pudełko czekoladek "Mon Cherie" załatwiało sprawę konfliktów małżeńskich równie skutecznie, co dziś auto albo wczasy w Tunezji.".

Ja tam kwestię konfliktów załatwiam kwiatami. To działa niezależnie od epoki. A z tymi wczasami to może być różnie (z autem to autora fantazja poniosła - nie zna chyba średniej krajowej wypłaty), bo taki wyjazd zamiast załagodzić konflikt, może doprowadzić do sytuacji odwrotnej, gdy zorganizowanie urlopu powierzymy biuru podróży, które właśnie w środku sezonu zakończy działalność, jak to się ostatnio dzieje.

Tak spoglądając na mój 66% schabik, pomyślałem: co jednak by nie mówić o czasach minionych, to jednak za komuny woda była znacznie tańsza... No i może poczekam sobie na marmurkową wołowinę, od tych zrelaksowanych krów pojonych winem. Jakby coś, to zawsze trochę wina - zamiast wody - uda się z mięsiwa wycisnąć. Zamiana wody w wino??? Ale to już było...


Wszystko w tych czasach stoi na głowie - krowy bardziej zrelaksowane od ludzi...



7 komentarzy:

  1. Jeśli chodzi o tematy mięsne, to ja nie mam z tym żadnego problemu. Po prostu już dawno przeszedłem na dietę wegetariańską. Ale etykiety staram się czytać uważnie, bo wiele innych produktów spożywczych ma że tak powiem dodatki które są efektem przetworu mięs, a nawet kości (żelatyna).

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja też nie mam z mięsem problemu. Po prostu spożywam wszystko, na co mam ochotę. :)
      Mam problem tylko z nieuczciwymi praktykami.

      Usuń
  2. Aj ale się porobiło w okolicach byłego domku Żeromskiego ten tego na 10lutego/Świętojańska.

    OdpowiedzUsuń
  3. Sorry, że się wtrącę. Ale domek Żeromskiego znajduje się w Gdyni-Orłowie. A w tym przy skrzyżowaniu 10 Lutego i Świętojańską mieszkał niegdyś wójt Gdyni Radtke.

    OdpowiedzUsuń
  4. Z formalnego punktu widzenia masz rację: Domek Żeromskiego znajduje się rzeczywiście w Orłowie, ale anonimowy miał zapewne w pamięci pomnik na tak zwanym skwerku Żeromskiego, na którym wyraźnie jest napisane, że w tym miejscu żył i tworzył. Wg. linkowanego poniżej art: "[...]Nad morzem spędził też kolejne lato 1921 r., ale już nie w Orłowie, a w Gdyni, w domu rybaka Augustyna Plichty na rogu dzisiejszych ulic Świętojańskiej i 10 Lutego (dom został zniszczony w czasie wojny). Tu zabrał się do pisania "Wiatru od morza".

    http://trojmiasto.gazeta.pl/trojmiasto/1,85687,5573724,Domek_Zeromskiego.html

    OdpowiedzUsuń
  5. No tak, rzeczywiście zapomniałem o tym. Pewnie chodziło o restaurację i dom Plichty, w czasach I wojny światowej był tam też lazaret.

    OdpowiedzUsuń
  6. Właśnie na serwisie trojmiasto.pl ;) wyczytałem że Linia autobusowa 888 od najbliszej środy ma zniknąć na dobre.

    OdpowiedzUsuń