piątek, 27 lipca 2012

Schab wyduś jak cytrynkę...



Końcówka marca tego roku (tuż przed otwarciem nowego terminalu). Miała być świetlana przyszłość OLT...

W ostatnim komentarzu podpuścił mnie jeden z czytelników, że ja tu sobie urlopuję a tu świat się wali, więc taki "brejking njus". Tak jak napisałem w ostatnim komentarzu, prawdziwe wakacje już tuż tuż, ale błądzę po sieci, patrzę sobie na ten mój kochany kraj, robię notatki, szkicuję niespiesznie wpisy... Wracając do wywołanej do tablicy plajty OLT Express. Nie mogę do końca powiedzieć: "ja wiedziałem, że tak będzie", jak to wielu się teraz mądrzy. Wiedziałem jednak, że długo na takich promocjach pociągnąć nie można i wcześniej, czy później niskie ceny się skończą, ale samej plajty się nie spodziewałem. Chociaż od początku miałem wątpliwości, co do wiarygodności właściciela/li linii (kto właściwie nim jest?), pisząc dwa miesiące temu: "[...] kandydat na "szarego" kierowcę zawodowego - w tym i taksówkarz, i kierowca autobusu - musi wykazać się niekaralności sądową (m.in. przeciwko mieniu), to już założyciel linii lotniczej OLT Ekspress (też podobnie jak przedsiębiorstwo taksówkowe i autobusowe, przewożące ludzi), może działać pomimo prawomocnego wyroku założyciela za przywłaszczenie mienia". To nie wina "przedsiębiorców", że tak można w Polsce działać... Myślę, że jeszcze jakieś sprawy i sprawki wyjdą na jaw. Przy okazji.

Hmmm... Nigdzie nie zauważyłem słowa o pracownikach. Np. ilu z nich straci pracę? Eeee tam. To tylko trybiki w wielkiej maszynie.

Tyle właściwie w temacie. Co do naszego podróżowania w rytmie cen jeszcze coś sklecę, bo nie zgadzam się - życie inaczej pokazuje - ze słowami z tego artykułu (pisanego zaledwie dzień temu): "Pewne jest, że OLT skutecznie rozbudził apetyt Polaków na tanie podróżowanie samolotem po kraju i tego głodu nie będzie teraz łatwo zaspokoić". Ludność łatwo się przesiada na inne środki komunikacji, gdy cena jest konkurencyjna (nawet na tak znienawidzone pociągi PKP).

Każdy chce wydusić z życia dla siebie jak najwięcej - "łap szczęście za ogon i duś jak cytrynkę" - coś było takiego (piosenka? wpis do pamiętnika?). Więc skoro już się blogowo obudziłem, to puszczę wpis już praktycznie ukończony w temacie "wyciskania cytryny". Ale teraz już naprawdę nastąpi cisza w eterze. Chociażby nie wiem co. Bo za rogiem czeka mnie chwila życia "bez wrogów, rachunków, telefonów"...



Tu - przy "szóstce" w Wejherowie - kiedyś znajdowała się mieszalnia pasz, czy też jakieś kurniki... Tego już nie ma (chyba).


Nie chcem ale muszem coś dodać o żywności, tak pod rozwagę prześmiewcom wyrobów czekoladopodobnych. Bo jak co roku, powraca jak bumerang temat takich pamiątek po PRL (tu przykład z "Trójmiasto.pl"). Zauważyć jednak można, że z biegiem dni i lat prześmiewcom zaczyna brakować amunicji, zmieniając ton właśnie z prześmiewczego na bardziej nostalgiczny. W sumie to nie powinno dziwić, bo w czasach wyrobów mięsopodobnych chociażby, to zaczynałoby przypominać strzelanie ślepakami. Również i komentujący zmieniają ton, rozumiejąc, że ten dzisiejszy kolorowy świat jest często większą podróbą, niż szarość dni minionych (oryginalna). Pierwszy z brzegu przykład spod artykułu: "Prawda, ale wiadomo było, że jest to podróba. Teraz podrabiają za wielkie pieniądze i udają, że jest to oryginał" (pisownię trochę poprawiłem, bo szlag mnie trafia, jak widzę, w jakim stylu pisze się na forach). Dziś dojrzewamy do tego, że prawda jest lepsza niż najlepsze kłamstwo.

W podkolorowanym artykule - lubimy przecież takie - mamy przegląd wyrobów  ZPC Bałtyk (ja tu wspominałem o walce o przetrwanie marki): "Kto miał szczęście, mógł smakować tłustej słodyczy ekskluzywnej "Finezji" czy obfitości ponadnormatywnej "Amatorskiej", będącej ozdobą bali seniora. Przodownicy pracy i "ludzie dobrej roboty" dostawali w zakładowej paczce świetnie zbalansowaną i miło przyswajalną "Ratuszową", latem przemianowywaną na "Wczasową".
Oprócz tych szlachetnych produkcji, ZPC Bałtyk potrafił wypuścić prawdziwe koszmarki. Wśród nich takie potworki jak wyroby czekoladopodobne, czekoladę z płatkami kukurydzianymi albo orzechową, ze skorupkami tych ostatnich. Degustacja już dwóch np. "Mel", wyrobu czekoladopodobnego z masy tłustej, była dla wątroby niesamowicie ciężkim testem."

Tu gdzie zapałki, był sobie "schab"
Tyle historii najnowszej (tu produkty z przeszłości "Bałtyku"). Miałem okazję ostatnio przekonać się naocznie, jak teraz wygląda to "świetne zbalansowanie" i jakie mamy "testy dla wątroby". Czasami wcielam się w rolę słomianego wdowca, któremu nie bardzo pali się do zajęć kuchennych. Skutkiem czego, często coś tam człowiek sobie zamrozi na "czarną godzinę", bo to planowanie zakupów nie takie proste jest, jak się z pozoru wydaje. No ale do rzeczy. Zmuszony byłem zamrozić sobie kawałek "schabu w przyprawach". Nazwa firmy Prime Food sugerować ma, że obcujemy z wyrobami pierwszorzędnej jakości (słowo "prime" tak się tłumaczy przecież). No niech tak będzie - jakie czasy, taka pierwszorzędność. Odmrażam sobie ci ja schowany "na potem" kawałek, a po otwarciu opakowania trochę mi ten "food" obcieka wodą. No to tak mimowolnie ścisnąłem to cudo, a ono zaczyna zachowywać się jak... gąbka dobrze nasiąknięta wodą! Zaciekawiony niespodziewanym zachowaniem mięsa zwiększyłem nacisk... Bardziej... Jeszcze bardziej... Ile z tego "prajm fuda" zostało samej treści można się przekonać, spoglądając na zdjęcie (można kliknąć też). Gdybym miał zdolności pana Pudzianowskiego, pewnie jeszcze mniej by się ostało z początkowych wymiarów.

Producent lojalnie uprzedza, że schabu w schabie jest 66% - reszta to woda, cała paleta E-upiększaczy i kilku innych dodatków, mających zamienić szare na złote, ale co innego przeczytać ulotkę (fakt: ja ulotek zazwyczaj nie czytam), a co innego zobaczyć na własne oczy, jak gotówka przecieka nam między palcami. Na mój chłopski rozum to zamrożona woda, po odmrożeniu nie chciała się już trzymać "podłoża" i dlatego przypadkowy eksperyment mógł się udać. Nie, nie zjadłem już tego. Jakoś straciłem apetyt. W tamtej chwili chętnie bym przegryzł tę gorycz wyrobem czekoladopodobnym (nie ważne ile byłoby tam cukru w cukrze - tu przypominamy sobie jak to było z tym cukrem)...

Diabli wiedzą, jakie mamienie klienta jest lepsze. Czy MOMienie, czy też mydlenie oczu dodatkiem wody? Chociaż MOM to jest jednak taki proekologiczny. Wszak nie chcemy, aby cokolwiek z żywności się zmarnowało, prawda?


Powróćmy do artykułu o wyrobach ZPC Bałtyk: "Powróćmy więc do czasów nam bliższych. Do czasów Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej, kiedy "Milka" i "Snickers" były rajskimi ptakami, widywanymi jedynie w "Peweksie" i "Baltonie", gdy pudełko czekoladek "Mon Cherie" załatwiało sprawę konfliktów małżeńskich równie skutecznie, co dziś auto albo wczasy w Tunezji.".

Ja tam kwestię konfliktów załatwiam kwiatami. To działa niezależnie od epoki. A z tymi wczasami to może być różnie (z autem to autora fantazja poniosła - nie zna chyba średniej krajowej wypłaty), bo taki wyjazd zamiast załagodzić konflikt, może doprowadzić do sytuacji odwrotnej, gdy zorganizowanie urlopu powierzymy biuru podróży, które właśnie w środku sezonu zakończy działalność, jak to się ostatnio dzieje.

Tak spoglądając na mój 66% schabik, pomyślałem: co jednak by nie mówić o czasach minionych, to jednak za komuny woda była znacznie tańsza... No i może poczekam sobie na marmurkową wołowinę, od tych zrelaksowanych krów pojonych winem. Jakby coś, to zawsze trochę wina - zamiast wody - uda się z mięsiwa wycisnąć. Zamiana wody w wino??? Ale to już było...


Wszystko w tych czasach stoi na głowie - krowy bardziej zrelaksowane od ludzi...



sobota, 7 lipca 2012

Panie premierze, jak żyć?!?




Tym wpisem rozstaję się z blogowaniem na całe wakacje. Muszę skupić się na ważniejszych dla mnie w tej chwili sprawach a myślenie o nowych wpisach temu nie sprzyja. Mam nadzieję, że co najmniej większość z Was jest w wakacyjnych nastrojach. Znacznie lepszych, niż pechowi klienci biura Sky Club, więc strata z mojej nieobecności będzie praktycznie niezauważalna.


Fiat jak za dawnych lat. Stary ale jary.
    Panie premierze, jak żyć?!? Tak pomyślałem, gdy pewnej niedzieli próbowałem znaleźć miejsce do zaparkowania "na skwerku". Udało się dopiero za drugim kółkiem. Oczywiście moje "jak żyć" nijak się ma do sytuacji, w której padły te słynne już słowa (kto nie wie o co biega, to tu film na YT). Ale jak tu nie uśmiechnąć się w duchu do samego siebie chcąc żyć z tym nadmiarem szczęścia na naszych drogach, bo przecież są sytuacje, że co za dużo to niezdrowo. Ale ja zawsze próbuję twardo stąpać po ziemi i mieć dystans do otaczającej mnie rzeczywistości (w końcu i tak do piachu i tak...).


Gasnące już "gwiazdy" naszych dróg
    Oczywiście tylko ślepiec nie zauważyłby, że jest wokół nas coraz bardziej kolorowo, łatwiej sięgnąć po towary, które kiedyś trzeba było wystać w długiej kolejce. I ja to widzę, i to mnie cieszy. Jednocześnie moje twarde stąpanie po ziemi - co może niektórym wydawać się niemożliwe - pozwala mi żyć lekko, łatwo i przyjemnie. To pozwala cieszyć się swoim miejscem w szeregu i zapobiega rozczarowaniom. Nie muszę dla przykładu robić wielkich oczu, pytając raz po raz sam siebie: jak to, to na świecie są równi i równiejsi, albo: to taki elegancki prezenter telewizyjny poza wizją klnie (a przecież miało być tak, że gość w krawacie to mniej awanturujący jest)???  Jeśli ktoś chce żyć złudzeniami, to jego sprawa. I jego późniejsze rozczarowania. A zawężając ten mój sposób patrzenia na świat do motoryzacji, to dam jeden przykład. I proszę nie doszukiwać się przejawów malkontenctwa. To tylko chęć wyrobienia sobie zdania o całości rzeczy a nie propagandowy hurrra-optymizm, który przystoi tylko politykom pretendującym do wyborów na kolejną kadencję.  

    Każdy zauważy, że w stosunku do lat słusznie minionych ciasno zrobiło się na naszych drogach. To widać gołym okiem. A co widać okiem uzbrojonym w archiwalne zapiski? W czerwcu 1996 roku bił po oczach tytuł: "Przegoniliśmy Szwajcarię!". To zachwyt nad boomem samochodowym, który wyrażał się w słowach: "Najpewniej kupimy w tym roku 300 tysięcy nowych aut! Weszliśmy do pierwszej dziesiątki w Europie". Dziś, gdy poziom sprzedaży nowych samochodów jest podobny (i gdy nam już takie wyniki spowszedniały a apetyty wzrosły) można przeczytać: "Polska pokonała Białoruś w imporcie używanych samochodów" lub: "Najczęściej kupujemy auta z drugiej ręki (w 2010 r. - 92 proc.) [...] ponad połowa kupionych w 2010 r. samochodów (55 proc.) to pojazdy dziesięcioletnie i starsze".

Taki jest mój kraj. Z dala od Euro 2012...
Albo takie wakacyjne klimaty dla odmiany. Oczywiście cieszę się z tego, że coraz łatwiej jest nam podróżować po świecie, cieszy coraz gęstsza siatka połączeń lotniczych, dzięki którym zagranica przybliżyła się nam znacznie. Ale potrafię jednocześnie dostrzec, że 90% pasażerów samolotów na niektórych kierunkach to nie turyści, ale chłopy na schwał, które podróżują nie z własnej woli, powiększając PKB obcych państw zamiast naszego (choć ponoć przesyłają oni tyle kasy co pomoc unijna, więc diabli wiedzą, co lepsze?). Nie jestem też głuchy na dane, że "ponad połowy Polaków nie stać na wakacyjny wyjazd nawet raz w roku". Nie chowam głowy w piasek tylko dlatego, że mnie na taki wyjazd stać. Lubię po prostu mieć w miarę pełny przegląd sytuacji, aby nie dziwić się w przyszłości, dlaczego w moim ukochanym kraju dzieje się tak a nie inaczej i móc wszystko skwitować w prostych słowach: taki jest mój kraj. I nie dziwić się, że obok pięknie wyremontowanych dworców, można spotkać też takie, jak na załączonym obrazku.


Czas leci... a właściwie zapieprza jak gazela...
I powiedzmy sobie jedno. Umówmy się, że już prawie ćwierć wieku (jak to brzmi!) żyjemy w demokratycznym państwie, w którym to, w XXI wieku paszport w kieszeni nie jest żadną łaską. Pomniki zasłużonym w walce z dawnym porządkiem postawione, nazwy placów i ulic odpowiednio zmienione i... wystarczy straszenia: co by było gdybyśmy byli Białorusią. Machanie paszportem przed oczami osób śmiących być z czegoś obecnie niezadowolonymi to już zgrana płyta, o czym zdaje się zapominają politycy. To nie społeczeństwo tkwi w marazmie... Trzeba wyżej sobie zawiesić poprzeczkę, panowie w krawatach.

A swoją drogą, jak ta historia jest pokrętna... W czasach słusznie minionych turyści robili w ciula biura podróży, nie chcąc dobrowolnie wracać z zagranicznych wojaży. Dzisiaj, gdy mamy już touroperatorów (jak to światowo brzmi!), to turyści są robieni w ciula, bo to im robi się problemy z powrotem z zagranicy. To się porobiło...





Życzę wszystkim udanych wakacji (i szczęśliwego powrotu z nich).


Peter Gabriel - Sky Blue

piątek, 6 lipca 2012

Ten typ tak ma



W czasach słusznie minionych przy wielu naprawach najpewniej sprawdzał się "ruski klucz" (tak to nazywano), czyli młot i przecinak. Czasem "klucz" był rozszerzany o palnik acetylenowo-tlenowy, który pokonał najbardziej oporne elementy pojazdu, uczepione - przy niewielekiej pomocy rdzy - do ramy, jak rzep do psiego ogona. Gdy jednak pomimo usilnych prób napraw coś nie działało jak przewidywała instrukcja, padało sakramentalne: ten typ tak ma. Słowa te były nieodwołanym wyrokiem w sprawie, które jasno określały, że wszelkie ponowne próby naprawy będą z góry skazane na niepowodzenie.



Ten typ tak ma - słowa te przypomniały mi się porównując dwa zdjęcia jednego typu ciężarówki. Oba zdjęcia dzielą 34 lata, choć pojazdy są mniej więcej z tego samego okresu. Jaki jest wspólny element obu pojazdów? Wycieraczka szyby występuje tylko po stronie kierowcy... Widocznie ten typ tak miał.   ;)




środa, 4 lipca 2012

Cały świat wieśniakami stoi, czyli kwiaty wokół nas



Jako jeden z rodu wieśniaków, któremu tradycyjnie słoma z butów wystaje, lubię łyknąć sobie trochę kultury wyższej, czyli profesorskich wywodów. Takowe znalazłem w artykule (a właściwie jego fragmencie) zebrane pod chwytliwym tytułem: "Polaki to wieśniaki". No i mnie chwyciło, głównie ze względu na pojawiające się odniesienia do magicznych literek 'PRL', bo to jest to, co wieśniaki lubią najbardziej.


TV z wyrazami szacunku na Islandii, czyli globalna wioska anno domini 1981.
Człowiek z niższych sfer wiele może dowiedzieć się z takiej lektury. Nie wiedziałem na przykład, że stojące w wielu domach na telewizorach kwiatki czy porcelanowe figurki są przejawem "szczególnego szacunku dla zdobyczy cywilizacyjnych, które dla chłopów bardzo długo były poza zasięgiem". Dobrze, że zostałem wyprowadzony z błędu, bo ja myślałem, że taki telewizor po prostu aż prosił się ze względu na swoją budowę aby coś na nim postawić. No ale dzięki postępowi technicznemu mamy problem z głowy. Spróbujcie teraz wyrazić swój szacunek dla płaskiego telewizora! Nie pozostawię jednak moich czytelników na kolanach, dołujących się, że tylko "Polacy to wieśniacy". Nie musiałem długo szukać przykładu telewizora z załączonymi wyrazami szacunku poza granicami naszego kraju. Szukałem tylko na znanej mi stronie (Muzeum Fotografii Rvk), ale jestem przekonany, że równie łatwo znalazłbym przykłady z innych krajów "wieśniactwa".


Pozostańmy jeszcze w domu i w zagrodzie, bo wydaje mi się, że to właśnie za czasów III RP wracamy do swoich chłopskich korzeni. To właśnie dziś zaczęliśmy masowo grodzić osiedla, nie chcąc bratać się z bliźnimi z nie swoich sfer. Może akurat jest to wyraz szacunku do swoich korzeni? No a co z wyrazami szacunku dla opon, które dla chłopów długo były poza zasięgiem i musieli używać obręczy drewnianych? W 2009 roku na starym blogu umieściłem poniższy tekst.


Przeglądałem ostatnio zrobione zdjęcia, aby odsiać jeszcze raz ziarno od plew, czasem mam - taką głupią być może - manię powiększania zdjęć w poszukiwaniu jakiś przypadkowo zabłąkanych szczegółów, które nie były celem samym w sobie podczas robienia zdjęcia.
Podczas przeszukiwania jednego ze zdjęć przypomniał mi się jeden z artykułów: "Opona ciągnika w roli kwietnika zdobi Łódź" (link już nie działa) przed niespełna miesiącem zamieszczonym na stronach "Gazeta Wyborcza Łódź".
Kilka zdań z niego nie pozostawiają cienia wątpliwości, że jestem w posiadaniu unikatowych ujęć. "Unikatowy kwietnik z opony do ciągnika. Rarytas." - to podpis pod zdjęciem. "Kwietniki zrobione z opon to już niemal historia" - te słowa utwierdziły mnie w przekonaniu o zamieszczeniu moich "rarytasów". Nawet jeśli to tylko przypadkowo odkryte wycinki zdjęć w marnej jakości. Wszak historycznym zdjęciom wiele się wybacza. Ponadto moje fotki są tym cenniejsze, że przedstawiają prawdziwe opony od ciągnika (rolniczego) i są dobrze zadbane. Napisałem "prawdziwe", bo autor artykułu jest typowym mieszczuchem i dodatkowo dyletantem w sprawach motoryzacji pisząc o kwietniku: "Jest okrągły, ma średnicę około metra i jest starą oponą od ciągnika lub jelcza". Pisząc "ciągnik" autor miał zapewne na myśli ciągnik rolniczy, bo ciężarówka Jelcz też może być ciągnikiem, ale siodłowym. Tylna opona ciągnika rolniczego - bo te były zazwyczaj używane na kwietniki - ma jednak grubo ponad metr średnicy i bieżnik nie spotykany w pojazdach jeżdżących po asfaltowych drogach. Reasumując. Oto moje, jedynie słuszne, ciągnikowo-kwietnikowe historyczne rarytasiki. Miejsca stacjonowania opon z oczywistych względów nie zdradzę. Takie rarytasy trzeba chronić przed tabunami ciekawskich i kolekcjonerów staroci. Zginą zabytki sprzed domu i będzie na mnie.

Tyle tekst sprzed lat. Nie ważne teraz już jest jaka to była opona, bo idzie nowe... W tym sezonie zobaczyłem, że nie tak zaraz z tym odsyłaniem ogrodowych opon do lamusa. Ktoś się postarał i napocił (podczas żmudnego cięcia opon), aby tradycja w narodzie nie zginęła, choć szczerze powiedziawszy, to bardziej odpowiada mi ta historyczna wersja - opony w całości. Dzisiejsza wersja to taki badziewiasty badziew. I w tym przypadku dziejowej - oponiarskiej - rozgrywki PRL vs. III RP muszę przyznać 1:0 dla epoki słusznie minionej. Dzisiejsze produkty to zdecydowanie przerost formy nad treścią...



Hmmmm. A jakby ten pan profesor wytłumaczył często spotykane zjawisko, że pierwsze damy głów państw i wiele innych pań z pierwszych stron gazet przyozdabia swoje kapelusze kwiatami i słomą (wiele razy to widziałem na szklanym ekranie przyozdobionym kwiatkami). Nurtuje mnie pytanie, czy i w tym przypadku mają zastosowanie profesorskie słowa - ale już w czasie teraźniejszym - "ciekawe było przenoszenie ludowej estetyki do nowoczesnych przestrzeni miejskich"? Więc jak? Cały świat wieśniakami stoi???


Na zakończenie, trochę wieśniackich dźwięków



niedziela, 1 lipca 2012

Niewidzialna ręka rynku, czyli nic już nie będzie takie samo



  Trafiłem na YT na taki filmik, który zaczynał się słowami: "pamiętacie wszyscy czerwoną łapę? To o niej zapomnijcie". Jak tu zapomnieć, skoro zapamiętałem, że odpowiednie zdjęcie się kiedyś zrobiło? Było dla mnie pewne, jak dwa plus dwa to cztery, że za niedługi czas będzie to widok, który pozostanie tylko na zdjęciach i pamięci niektórych. To taka widzialna ręka rynku... No i tak stało się. Łapy dawno zniknęły z dachów naszych kiosków (zdjęcie z 2008 roku).



  Jeden z czytelników podesłał mi zdjęcie do wykorzystania z gdyńskiego Obłuża, jako przykład "bunkra spożywczego". Chyba właśnie dzisiaj jest okazja do jego prezentacji. Jaki tam "shok", toż to efekt działania niewidzialnej ręki rynku - można by rzec. Jaka tam "niewidzialna ręka" - można by ripostować (pozostając w klimacie spożywki), gdy czyta się wiadomości o rekordowych cenach owoców a na "drugiej stronie" o przymusowym pozostawieniu odłogiem części gruntów rolniczych (oczywiście wszystko ze względów ekologicznych). Hmmm. My to już dawno wyprzedziliśmy unijne plany. Pamiętam, że kilkanaście lat temu, jadąc z Gdyni w kierunku Słupska, gdy mijało się Gościcino, po obydwu stronach drogi rozpościerały się nieskończone pola truskawkowe. Od dawna leżą te tereny odłogiem i być może czekają na odrolnienie, albo już zmieniono ich przeznaczenie, bo pomału pojawia się na tych terenach zabudowa. Może tu trzeba szukać przyczyn coraz droższych truskawek?



  Pod informacją o drogich truskawkach, którą jakiś czas temu przeczytałem, pojawiły się między innymi komentarze jakie lubię. "Megas2", któremu najwidoczniej puściły nerwy, twierdzi: "Kuźwa, w PRL-u truskawki po prostu rosły. W III RP co roku jest albo za zimno, albo za ciepło, albo za sucho, albo za mokro...". Trochę w innym tonie dopowiada "Play100cen": "W PRL-u jak się odrywało szypułkę truskawki, to odchodziła razem z tym środkiem, a teraz nie da się normalnie oderwać". Szczerze mówiąc, to nie wiem jak to jest i było z odrywaniem szypułki i który sposób jest tym "normalnym"? Faktem jest jednak, że coraz bardziej manipuluje się tym co jemy, pod płaszczykiem GMO. Uśmiałem się, gdy w radio, przy okazji dyskusji o GMO (mam nadzieję, że wszyscy wiedzą o co kaman?), pewien nasz POlityk - głosem pełnym zatroskania o losy świata - ripostował przeciwnikom zalegalizowania sztuczności: "proszę to powiedzieć głodującym Somalijczykom...". Jak jak kocham ten mój kraj. Z jego politykami. Naiwnych przecież nie sieją - sami się rodzą... No rzeczywiście, możnych tego świata najbardziej obchodzi los głodujących Somalijczyków. W trosce o nich zapewne też trzeba pomniejszyć teraz areał upraw? Koń by się uśmiał. Oczywiście taki niezmutowany, bo ten przerobiony zachowałby poprawność polityczną.




  Gdy po pierwszym otrząśnięciu się świata z kryzysowego szoku usłyszałem padające z ust sławnego naszego ekonomisty słowa, że najważniejsze jest, że kapitalizm się obronił, pomyślałem: człowieku, co ty bredzisz? Przecież jedyną ostoją kapitalizmu są zaledwie takie warzywniaki. Ostatnie placówki, którym nikt nie doda, gdy padną one z ręki tej słynnej "niewidzialnej" (oczywiście nie jest ona taką, bo jedyną taką prawdziwą była ta z "Teleranka"). Jak nie wiadomo o co chodzi, to wiadomo o co chodzi, prawda? Ta niewidzialna ręka pogroziła paluszkiem: uważajcie, bo wydajność nam z hektara wzrasta i jak nie zmniejszymy powierzchni upraw to nam ceny spadną i co najważniejsze: zyski. A przecież nie będziemy nadwyżek żywności wysyłać głodującym Somalijczykom?! Kto by zapłacił chociażby za transport? A ludziom się wytłumaczy, że tak trzeba dla ich dobra. Ziemia się zazieleni i tym samym stworzy to równowagę dla wycinanych w zastraszającym tempie tropikalnych lasów Amazonii. I wszyscy będą zdrowi i szczęśliwi...


Wiem. Wpis trochę popieprzony, bo ten świat jest dzisiaj taki - właśnie popieprzony. A i mnie coraz bardziej tęskno za zieloną trawką... Ale taką prawdziwą - bio. Bez sztucznych dodatków i z robalami. Ale to już towar na wagę złota... A tak poza tym najważniejsze było te kilka zdjęć, które wkrótce staną się zapomnianą historią (jak koszenie kosą).
 

*********************************

The Beatles - Strawberry Fields Forever