wtorek, 12 czerwca 2012

Złoty mocny jak nigdy



Dopiero w przyszłym tygodniu dokonam osobistej inspekcji wyremontowanego dworca, więc tymczasem znowu zdjęcie mojego wysłannika. Spojrzenie na salony, nim zapełni je restauracja inna niż wszystkie.

Mój wysłannik, będąc ciekawskim, podobnie jak ja, zauważył pewną ciekawostkę...

Jeszcze na poprzednim blogu nabijałem się (z pewną nutką żalu), jak to analitycy mają klawe życie: "W lutym 2010 wiele portali internetowych cytowało analityków z Bank of America / Merill Lynch, którzy zajęli się prognozowaniem kursu złotego wobec euro. Oto kilka najważniejszych przewidywań: "...w czerwcu złoty umocni się do poziomu 3,65 za euro, a na koniec roku euro może kosztować 3,75. Polska waluta ma rosnąć jeszcze mocniej w 2011 roku, pod koniec ma osiągnąć poziom 3zł za euro. Wg analityków banku, złoty jest najbardziej niedowartościowaną walutą rynków wschodzących, a jego godziwa wartość to 2,69 za euro". 
No i jakoś nikt nie chce zauważyć i dowartościować naszej waluty. Ja jakoś też jestem niedowartościowany, bo jak źle zanalizuję długość drogi hamowania prowadzonego przeze mnie pojazdu, to nie będę mógł się tłumaczyć panującymi zmiennymi warunkami. A analityk może. Może wszystko zganić na zmienne warunki panujące na rynkach światowych i temu podobne blablanie... Oj, czemu to się człowiek na analityka nie wyuczył? Albo chociaż na dyrektora. Kasa na konto by wpadała szerokim strumieniem, odpowiedzialność za popełnione błędy - praktycznie żadna... Żyć nie umierać."

Tak mądrzyłem się ponad rok temu i... będę musiał teraz odszczekiwać te wszystkie moje drwiny. Wystarczyło bowiem zajrzeć do dworcowej... toalety, aby przekonać się jak urosła w siłę nasza waluta. Dla tubylców, posługujących się rodzimą walutą cena skorzystania z przybytku wynosi 2,50 pln, ale dla dewizowców... całe euro! Nie wiem, czy to "tylko" efekt rozgrywek Euro 2012, czy też trwały trend? Tak czy inaczej, przewidywania analityków z Banku of America / Merill Lynch sprawdziły się. Szacun.

I tu przy okazji małe wtrącenie historyczne. Starsi obywatele tego kraju pamiętają zapewne, jak to w czasach słusznie minionych na przykład w hotelach były inne ceny dla obywateli polskich, inne dla obywateli tak zwanych demoludów, a zupełnie inne dla kapitalistycznych przedstawicieli homo sapiens. No i słusznie: na biednych nie trafiało. I zupełnie tak jak kiedyś, tak i dziś mamy inny kurs państwowy, a inny czarnorynkowy (choć dziś należałoby użyć zwrotu: wolnorynkowy - lepiej brzmi). Tylko waluty nam się przez te lata zmieniły. Najważniejsze, że tradycja w narodzie nie ginie: podziemie gospodarcze jest na swoim miejscu, czyli w podziemiach gdyńskiego dworca. Bo to "podziemie gospodarcze" tak sobie po amatorsku tłumaczę powodem, dla którego informacje o cenach znajdują się w dwóch różnych miejscach - w innym z cenami dla miejscowych, w innym z cennikiem dla zamiejscowych (zastosowałem taki podział terytorialny, bo wszak teraz cała Europa naszym wspólnym domem). Coś mi w przypadku tych przeliczników śmierdzi, choć sama toaleta - jako zupełnie nowa - zapewne lśni czystością.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz