środa, 20 czerwca 2012

Dworzec w ogóle i w szczególe



Remont peronów odsłonił "zabytkowe" resztki poręczy
Nadejszła w końcu wiekopomna chwila, w której i mnie było dane osobiście zapoznać się z odnowionym gdyńskim dworcem. W ostatnią niedzielę znalazłem się w tłumie osób nie zainteresowanych podróżami koleją. Stanowili oni tego dnia większość ludzi błądzących po dworcowych salonach. Niestety, największy salon, jak i część innych zakątków dworca, zaraz po uroczystym otwarciu została zamknięta. Tak to się dzieje, gdy obiekty są otwierane ku czci jakiegoś święta (obojętnie czy jest to z okazji 22 lipca, czy też Euro 2012 - mechanizm pozostaje ten sam). Cóż, czas był przywyknąć... Podczas inspekcji dworca usłyszałem za plecami czyjeś słowa: "nie widzę żadnej rewelacji". Ale tu przecież nie chodziło o "rewelację", spektakularny sukces - tak myślę - ale wykonanie porządnego remontu, który zawsze ma na celu stworzenie nowej jakości w istniejących ramach. W ogólnym zarysie to się udało, oczywiście gdy zapomnimy o stanie reszty dworca, czyli dojść do peronów i dworcu podmiejskim, gdzie powinno się zawiesić tabliczki: "welcome to the real world". Język napisów wybrałem nieprzypadkowo, bo wracam do zapisków znad pisuarów, czyli o umocnieniu się naszej waluty w zaciszu dworcowego WC. Widocznie nie tylko mi coś śmierdziało w tendencyjnym zapisie cennika. Przypomnę: najbardziej była wyeksponowana cena 1 euro, a w innym miejscu istniała znacznie mniejsza informacja "dla swoich". Dzisiaj obydwa cenniki znajdują się obok siebie i największą informacją jest ta obwieszczająca, że potrzeba zaledwie 2,50 pln za skorzystanie z dworcowej toalety. Drobiazg, ale jak znaczący. Znaczący o uczciwych zamiarach wobec ludzi w potrzebie.

Nad gdyńskim dworcem słońce nigdy nie zachodzi


Diabeł tkwi w szczegółach
Bo oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, które potrafią zepsuć obraz całości. Gdybym nie miał się czego przyczepić, to skrytykowałbym wygląd zegara i nazwy stacji na głównym budynku, które są mało wyraziste. Po prostu jakieś takie mdłe to wyszło. Ale nie muszę się czepiać, bo kto tam w dzisiejszych czasach sprawdza czas patrząc na dworcowy zegar? Podwójne szklane drzwi oddzielające hol główny od przejść na perony to nie jest najszczęśliwsze rozwiązanie, ale też nie ma co narzekać, bo myślę, że długo one w tym miejscu nie wytrzymają (nie są one tak solidną konstrukcja, jak stare drewniane drzwi wejściowe). Nie będę się czepiał też koszy na śmieci, które trudno nazwać koszami. Może teraz taka moda, aby unaocznić nam, jak wygląda to, czego się pozbywamy? Mam nadzieję, że to - kryzysowe? - rozwiązanie jest tylko tymczasowe. No ale kostka, którą wyłożono praktycznie całe otoczenie dworca to jakieś jedno wielkie nieporozumienie! Chodzenie po tej nierównej powierzchni, pełnej ostrych krawędzi, nie należy do przyjemności. Zmarnowano wiele godzin pracy, jakie trzeba było poświęcić na położenie tej kostki, a raczej kosteczki, która nie tylko przeszkadza podczas targania walizki na kółka i w chodzeniu paniom w szpilkach, ale poruszając się też w zwykłym obuwiu trzeba uważać na każdy krok.


Jednej rzeczy tylko mi żal sprzed remontu. Terkotu przekręcających się blaszek informujących o przyjazdach i odjazdach pociągów...  Technicznie może już to nie przystawało do ery elektronicznych wyświetlaczy, ale lubiłem czasami zawiesić oko na tym ruchomym elemencie dworca...


Tu znaleźć można filmy o innych wyremontowanych dworcach, nie tylko w miejscowościach ściśle związanych z Euro 2012.







2 komentarze:

  1. te kosze, a w zasadzie stojaki na worki, to nic innego jak wymóg bezpieczeństwa, w takim koszu nikt nie zostawi niczego niebezpiecznego

    OdpowiedzUsuń
  2. Najzwyczajniej w świecie nie przekonuje mnie taki argument, ale konkretnie odpowiem odpowiednim wpisem.

    OdpowiedzUsuń