czwartek, 28 czerwca 2012

Gdynia rządzi systemem, czyli cenzura w białych rękawiczkach



Nie chciałbym, aby zrobiło się na blogu zbyt monotematycznie, ale jednak muszę powrócić na dworcowe salony. Wracam ze względu na komentarz pozostawiony pod ostatnim "dworcowym" wpisem. Również całokształt spraw układa się w jedną całość oraz - jak zwykle przede wszystkim - znalazły się pasujące do tematu zdjęcia.



Na swoje nieszczęście (czy też szczęście, bo jest okazja do wpisu) pozostawiłem komentarz pod artykułem "Dworzec w Gdyni dopiero co po remoncie, a pasażerowie już narzekają" z linkiem prowadzącym do wpisu z moimi uwagami dot. gdyńskiego dworca. Zadziałał impuls, bo generalnie skupiam się na swoim blogowym podwórku, no ale poszło w świat... Dzień później, mój tajemniczy współpracownik poinformował mnie, że... komentarze pod artykułem zniknęły(?). Nie będę wchodził tu w szczegóły, ale jest to - często zresztą stosowany - przykład jak to "Gazeta.pl" manipuluje dostępem do wypowiedzi, co żywcem pasuje mi do napisu na przebudowywanym Teatrze Muzycznym: "Gdynia rządzi systemem". Gdyni nie wolno krytykować - tak zdaje się uważają czynniki decyzyjne na regionalnym odłamie portalu "Gazeta.pl". Nieprzychylne komentarze (nie oceniam ich merytorycznej wartości) po aktualizacji artykułu po kilku godzinach od ukazania się jego zostały zgrabnie zamiecione pod dywan i tylko przypadkowy wędrowiec mógł się na nie natknąć. Niby one istnieją, ale jakby ich nie było. Załatwione w białych rękawiczkach. Dano jednak ludowi możliwość poprawy i przemyślenia swoich wypowiedzi, ale już na innych zasadach. Lud jednak okazał się nieugięty w krytyce i... dziś znowu można oglądać komentarze z pierwszego wysypu. A jaka jest różnica, dla której warto tak kombinować? Z tego co się orientuję, to jedne komentarze są archiwizowane na forum, a drugie nie i po pewnym czasie znikają. No ale obaliliśmy komunę z jej wszechwładną cenzurą, a teraz mamy wolność. Wolno nam na przykład nie komentować. Dla zainteresowanych: obydwie wersje artykułu - pierwsza i druga.

Nasuwa się być może niektórym pytanie: to po co nadal zaglądam na ten "wybiórczy" portal? Hmmm. Bo na innych jest podobnie i mimo wszystko jeszcze jakoś to wszystko jest tam poukładane w sensowne bloki, z których plotki (jeszcze?) znajdują się w dolnych częściach strony. Durne, podchwytliwe tytuły też wszędzie występują, a bezmyślne czytanie wiadomości zawsze człowieka kosztuje zabrnięciem w ślepą uliczkę, niezależnie od odwiedzanego portalu.


Na koniec artykułu padają słowa, przy których ja padam na pysk i pękam ze śmiechu: "Skargami żywo interesują się urzędnicy z Ministerstwa Transportu i Gospodarki Morskiej, nadzorujący na co dzień funkcjonowanie polskich kolei"... Ostatnio oglądałem film Krzysztofa Kieślowskiego "Krótki dzień pracy" z 1981 roku. Jest tam taka scena, gdy sekretarz KW PZPR, chcąc załagodzić bojowe nastroje tłumu robotników zebranych pod budynkiem znienawidzonej władzy mówi do zgromadzonych przez megafon: "Obywatele! Władze starannie rozpatrują wasz protest!"... Dla pewności, każdego dnia sprawdzam dokładnie, który to rok dziś mamy...




Poprzednie zdjęcia z remontowanego Teatru Muzycznego świeżutkie, ale zachowało się u mnie jedno zdjęcie z początku 2008 roku, zanim rozpoczęto przebudowę teatru. W sumie to trochę nie wiadomo co autor miał na myśli (kostkę brukową?), ale archiwalnym zdjęciom wiele się wybacza.



Na koniec wracam do komentarza, który  pozostawił Gal Anonim, twierdzący, że te badziewiaste kosze na śmieci na gdyńskim dworcu (a w zasadzie podpórki na worki plastikowe) są takimi ze względów bezpieczeństwa. Już wcześniej odpowiedziałem, że takie wytłumaczenie mnie nie przekonuje, ale poczekałem na możliwość odpowiedzi zdjęciem, które prezentuję obok. Lotnisko w Rębiechowie i jego kosze na śmieci (takie same znajdują się na ogólnodostępnej sali). No chyba każdy ma świadomość, że co jak co, ale to lotniska są na celowniku służb troszczących się o wymogi bezpieczeństwa. I co, można? Estetycznie. W Gdyni to krzyzysowo-oszczędnościowy badziew i tyle. I nie trzeba tu mydlić ludziom oczu wydumanymi wymogami.

środa, 27 czerwca 2012

Gdy opadnie kurtyna




Gdy opadnie kurtyna, to zazwyczaj wychodzą na jaw sprawy i sprawki, które były wcześniej skrzętnie ukrywane, a bez znajomości których trudno objąć całość sprawy. Wydaje mi się, że w przypadku naszego piłkarskiego święta też tak jest. W poniedziałek mieliśmy w TVP ekskluzywny wywiad z trenerem naszej reprezentacji. (qurczę, to jedno z najbardziej debilnych określeń, które przypałętało się do nas wraz z obaleniem komuny - czym się różni zwykły wywiad, od tego ekskluzywnego do dziś nie wiem).  Po tym wywiadzie wydaje się, że wszyscy są zawiedzeni brakiem przeprosin. No sorry. Skoro kibice zgodnie stwierdzili, że "nic się nie stało", to w czym problem? Przeprasza się wtedy, gdy coś się stało, a Franciszek Smuda stwierdził, że jego podopieczni "wypruli z siebie wszystko" i "motywacja była ogromna", więc przyznaję mu rację, że nie ma za co przepraszać. No chyba że...


A może trener nie widział wszystkiego? Może nie wiedział, że naszym zuchom przeszkadzała w koncentracji - a tym samym: wypruciu z siebie wszystkiego - świadomość, że ich małżonkom kładzie się kłody pod nogi i z trudem mogą one zasiąść na trybunach (kłody pod nogi miał kłaść prezes PZPN Grzegorz Lato, któremu trudno było rozstać się z biletami (może po prostu je kolekcjonuje?). A pretensje Jakuba Błaszczykowskiego odnoście nieustalonych premii doskonale rozumiem. Każdy chce wiedzieć, za ile pracuje. Czasy "czy się stoi, czy się leży..." już dawno się skończyły, a na boisku nie ma mowy o leżeniu i nabiegać się trochę trzeba, więc trudno tak "wypruć z siebie wszystko" przy braku motywacji. Ja to rozumiem: też nie mógłbym się skupić na grze i dawać z siebie wszystkiego mając świadomość, że moja rodzina ogląda mnie tylko na szklanym ekranie... Bo przecież "pieniądze nie są dla nas najważniejsze".



A tak na poważnie... Cóż, nie jestem zagorzałym kibicem i nie stawiam na ostrzu noża sprawy wyjścia z grupy, jako narodowego być albo nie być. Mamy drużynę na miarę naszych możliwości i tyle. Szkoda tylko, że przy okazji Euro 2012 orły górskiego tak w locie pikują, zamieniając się w kraczące wrony, ale jednak nie potrafiące wylądować z klasą jak "ta" Wrona. Jeden "orzeł" uczepił się stołka, panując niepodzielnie niczym faraon, mając za nic dobre obyczaje, drugiemu marzy się Polska wyłącznie dla Polaków, zaprzestając kibicowania takiej pomieszanej drużynie... Ja rozumiem: na starość człowiek dziwaczeje, ale dlaczego w tym moim ukochanym kraju tacy dziwacy są na szczytach władzy???



Czasy chodzenia boso, ale w ostrogach to już zamierzchła przeszłość. To może piosenka lekka, łatwa i przyjemna od bosego Jerrego. Szybko zlecą te dwie minutki w rytmie pa-pa-pa-pa i na-na-na-na.





poniedziałek, 25 czerwca 2012

Mój polski brutal






Niedawno zakupiona książka Filipa Springera "Źle urodzone. Reportaże o architekturze PRL", a konkretnie rozdział o nieistniejącym już katowickim dworcu, jako przykładzie brutalizmu w architekturze, pchnęła mnie do dzisiejszych przetworzeń jednego z portowych magazynów przy ul. Polskiej na "brutala". Oczywiście jest on w mocno zmienionej - odrealnionej - odsłonie, aby był w zgodzie z definicją brutalizmu: nurt architektury późnego modernizmu, eksponujący surowe materiały i przestrzeń budynku.

Sama książka (bardzo starannie wydana) jest opowieścią "o tych budynkach, które powstały w nieodpowiednim czasie - w PRL-u, a to wielu się nie podoba. Filip Springer odwiedził te wszystkie budynki, spotkał się z ich twórcami i mieszkańcami. To opowieść o budynkach modernistycznych, jakie pojawiły się m.in. we Wrocławiu, Warszawie, Poznaniu, Szczecinie, na Śląsku i w Lublinie". Jak można przeczytać (i usłyszeć po kliknięciu na odpowiedni znaczek) na tej stronie: "W ten świat wprowadza nas - spoglądając z okładki książki - zatopione we mgle obserwatorium meteorologiczne na Śnieżce. Budynek zaprojektowany przez Witolda Lipińskiego i Waldemara Wawrzyniaka, zrealizowany w latach 1967 -1970. Lata powojenne to były ciężkie czasy, ale zdolni polscy architekci nie ustawali w próbach tworzenia czegoś naprawdę interesującego. To jest opowieść o ludziach i o ich dziejach. To nie jest kompendium wiedzy, ani próba oceny. To opowieść o tym, co wtedy i co dziś".

Wiele można znaleźć przykładów wokół nas "źle urodzonych" obiektów, których zrównania z ziemią domagają się ludzie, tylko dlatego, że przypominają im czasy słusznie minione. Oczywiście miasta muszą się rozwijać i nie mogą hamować tego tylko sentymenty, ale czasami warto byłoby spojrzeć na niektóre obiekty nie tylko przez pryzmat metryki urodzenia. Takie spojrzenie często przeszkadza nam w obiektywnej ocenie. Dobrze, że są osoby, które potrafią wznieść się ponad to dziejowe zaszufladkowanie (i w dodatku wydać książkę).








piątek, 22 czerwca 2012

Muzealne konie




Dziś jak wczoraj...


Zaledwie dwa tygodnie temu informowano o tym, że w Sopocie samochód zderzył się z furmanką. Niby nic, ale przyznam, że trochę mnie zdziwiła taka informacja. Mieć bliskie spotkanie trzeciego stopnia z furmanką w mieście to już rzadkość. Ale już obok 3miasta... 
Dzisiaj zrobione zdjęcia z żywego muzeum motoryzacji (w różnym stadium rozwoju). Zdjęcia - jak wspomniałem - z dzisiejszego wypieku. Wszystko jeździ, jakby wczoraj było dniem dzisiejszym.



Skoda - rocznik 1975


Objazdowe wesołe miasteczka to takie kapsuły czasu - przechowalnie starszych typów ciężarówek, które ciężko już spotkać na naszych drogach.

Wnętrze rocznika 1975











czwartek, 21 czerwca 2012

Początek końca




Teoretycznie będziemy mieć coraz "więcej możliwości"... Od dzisiaj mamy lato i... jak na ironię, z dnia na dzień coraz dłuższą noc. Trzeba przyznać, że natura natury jest dość przewrotna.




środa, 20 czerwca 2012

Dworzec w ogóle i w szczególe



Remont peronów odsłonił "zabytkowe" resztki poręczy
Nadejszła w końcu wiekopomna chwila, w której i mnie było dane osobiście zapoznać się z odnowionym gdyńskim dworcem. W ostatnią niedzielę znalazłem się w tłumie osób nie zainteresowanych podróżami koleją. Stanowili oni tego dnia większość ludzi błądzących po dworcowych salonach. Niestety, największy salon, jak i część innych zakątków dworca, zaraz po uroczystym otwarciu została zamknięta. Tak to się dzieje, gdy obiekty są otwierane ku czci jakiegoś święta (obojętnie czy jest to z okazji 22 lipca, czy też Euro 2012 - mechanizm pozostaje ten sam). Cóż, czas był przywyknąć... Podczas inspekcji dworca usłyszałem za plecami czyjeś słowa: "nie widzę żadnej rewelacji". Ale tu przecież nie chodziło o "rewelację", spektakularny sukces - tak myślę - ale wykonanie porządnego remontu, który zawsze ma na celu stworzenie nowej jakości w istniejących ramach. W ogólnym zarysie to się udało, oczywiście gdy zapomnimy o stanie reszty dworca, czyli dojść do peronów i dworcu podmiejskim, gdzie powinno się zawiesić tabliczki: "welcome to the real world". Język napisów wybrałem nieprzypadkowo, bo wracam do zapisków znad pisuarów, czyli o umocnieniu się naszej waluty w zaciszu dworcowego WC. Widocznie nie tylko mi coś śmierdziało w tendencyjnym zapisie cennika. Przypomnę: najbardziej była wyeksponowana cena 1 euro, a w innym miejscu istniała znacznie mniejsza informacja "dla swoich". Dzisiaj obydwa cenniki znajdują się obok siebie i największą informacją jest ta obwieszczająca, że potrzeba zaledwie 2,50 pln za skorzystanie z dworcowej toalety. Drobiazg, ale jak znaczący. Znaczący o uczciwych zamiarach wobec ludzi w potrzebie.

Nad gdyńskim dworcem słońce nigdy nie zachodzi


Diabeł tkwi w szczegółach
Bo oczywiście diabeł tkwi w szczegółach, które potrafią zepsuć obraz całości. Gdybym nie miał się czego przyczepić, to skrytykowałbym wygląd zegara i nazwy stacji na głównym budynku, które są mało wyraziste. Po prostu jakieś takie mdłe to wyszło. Ale nie muszę się czepiać, bo kto tam w dzisiejszych czasach sprawdza czas patrząc na dworcowy zegar? Podwójne szklane drzwi oddzielające hol główny od przejść na perony to nie jest najszczęśliwsze rozwiązanie, ale też nie ma co narzekać, bo myślę, że długo one w tym miejscu nie wytrzymają (nie są one tak solidną konstrukcja, jak stare drewniane drzwi wejściowe). Nie będę się czepiał też koszy na śmieci, które trudno nazwać koszami. Może teraz taka moda, aby unaocznić nam, jak wygląda to, czego się pozbywamy? Mam nadzieję, że to - kryzysowe? - rozwiązanie jest tylko tymczasowe. No ale kostka, którą wyłożono praktycznie całe otoczenie dworca to jakieś jedno wielkie nieporozumienie! Chodzenie po tej nierównej powierzchni, pełnej ostrych krawędzi, nie należy do przyjemności. Zmarnowano wiele godzin pracy, jakie trzeba było poświęcić na położenie tej kostki, a raczej kosteczki, która nie tylko przeszkadza podczas targania walizki na kółka i w chodzeniu paniom w szpilkach, ale poruszając się też w zwykłym obuwiu trzeba uważać na każdy krok.


Jednej rzeczy tylko mi żal sprzed remontu. Terkotu przekręcających się blaszek informujących o przyjazdach i odjazdach pociągów...  Technicznie może już to nie przystawało do ery elektronicznych wyświetlaczy, ale lubiłem czasami zawiesić oko na tym ruchomym elemencie dworca...


Tu znaleźć można filmy o innych wyremontowanych dworcach, nie tylko w miejscowościach ściśle związanych z Euro 2012.







niedziela, 17 czerwca 2012

Coś się jednak stało...



Wbrew temu, co dziś próbuje sobie wmówić wielu polskich kibiców, podśpiewując: "nic się nie stało", to trudno nie zauważyć, że jednak coś się stało. Chodzi mi jednak nie o emocje sportowe, ale o to, co powstało w naszym kraju w związku z rozgrywkami Euro 2012 (i zapomnę na chwilę, że niektóre obiekty to półprodukty czemuś-podobne, jak np. pseudo-autostrady). Trzeba sobie szczerze powiedzieć, że gdyby nie ta impreza sportowa, to wiele z tego, co będzie nam jeszcze służyć przez wiele lat, do dziś by nie powstało, lub w ogóle pozostało by jeszcze na długo tylko w planach na papierze. Dotyczy to zarówno inwestycji w skali makro jak też mikro. Dobrze, że wspominają o tym rozżaleni ponoć mieszkańcy Gniewina, skazani na "lizanie przez szybę" stacjonujących tam hiszpańskich piłkarzy (tu art.). "Mieszkańcy Gniewina, mimo że są mocno rozczarowani brakiem kontaktu z drużyną Hiszpanii, dostrzegają jednak też pozytywy płynące z ich pobytu. - Nasze miasteczko będzie teraz bardziej rozpoznawalne, turystycznie na pewno przeskoczyliśmy kilka długości - podkreśla Michał, 22-letni student Uniwersytetu Gdańskiego. - Miło było patrzeć jak to wszystko się zmieniało. A przecież korzystać będziemy z tego jeszcze bardzo długo. Hiszpanie wyjadą i o nas zapomną, my pozwijamy flagi z płotów, ale z dróg i ścieżek korzystać będziemy latami".

Z tym turystycznym skokiem o kilka długości to bym nie przesadzał i radził mieszkańcom Gniewina nie rozbudzać w sobie ponownie zbyt wielkich apetytów, które mieszkańcy mieli przecież wcześniej w przypadku przyjazdu Hiszpanów do ich miejscowości. Rozbudzone nadzieje mieszkańców były tak samo zbyt wielkie, jak naszych kibiców wobec narodowej drużyny. Widok spacerujących po Gniewinie hiszpańskich piłkarzy okazał się tak samo iluzoryczny, jak wyjście naszych piłkarzy z grupy. Ale najważniejsze dla wszystkich mieszkańców naszego kraju jest to, że "my pozwijamy flagi z płotów, ale z dróg i ścieżek korzystać będziemy latami". I tego się trzymajmy.


Pozostaną nam też pięknie podświetlone mosty, takie jak te w rejonie gdańskiego węzła Kartuska (a co na to Gdynia?). Bo czymże byłaby tylko obfitość chleba bez odrobiny igrzysk...?

Proponuję spojrzeć na te zdjęcia przy kojących dźwiękach grupy UNKLE - What Are You To Me?









piątek, 15 czerwca 2012

Ostatni taki CPN



Dzisiaj bez drwin i uszczypliwości. Same zdjęcia zapomnianego zakątka Gdańska i jego obiektów. Zaczęło się od przypadkowego spojrzenia na "podpadający" obiekt na trasie dawnej kolei z Gdańska do Starej Piły. Okazało się, że to dawna stacja Kiełpinek, graniczna pomiędzy Polską a Wolnym Miastem Gdańsk (po prawej - zabytkowe toalety).

 
W tle też znajdowało się coś ciekawego. Zaginiony skład kolejowy z... drogą bez wyjścia. To baza paliwowa Lotosu w Kiełpinku.


Na chronionym - niestety - terenie stacjonuje lokomotywa manewrowa i kilka cystern, które utkwiły tu zdaje się na dobre.


Jak widać - linia swoje lata ma...

Tak jak logo CPN, które istnieje podobnie długo, jak te szyny. Jakiś czas temu opisywałem moje nadzieje na znalezienie czynnej stacji paliw z dawnym logo: "W czerwcu 2011 roku przeczytałem artykuł pod wymownym tytułem: "Nazewniczy misz masz w Orlenie. Kiedy zniknie Petrochemia?" Z lektury wynikało (dziś próżno szukać wspomnianego tytułu w sieci), że w połowie roku działało jeszcze 10 stacji pod logo CPN. No nie mogłem wytrzymać i napisałem do Biura Prasowego PKN ORLEN S.A. z zapytaniem, gdzie takowe stacje się znajdują. Może gdzieś blisko? Oczami wyobraźni już widziałem zdjęcie stacji z historycznym logo, a na niej tankujące współczesne samochody. Otrzymałem po kilku dniach odpowiedź, że są tylko dwie takie stacje. Ku mojemu zdziwieniu (i uciesze) jedna z nich miała znajdować się w Gdańsku przy ul. Oliwskiej - druga aż w Tarnobrzegu. Gdy po miesiącu od otrzymania odpowiedzi udałem się pod wskazany adres, musiałem obejść się smakiem. Być może zbyt długo zwlekałem? Nie ma zmiłuj się: stacje z powstałym w latach 60. XX w. pomarańczowo-białym logo są już historią. Do dziś jednak dla wielu z nas CPN pozostaje nadal synonimem stacji paliw".

 Tym razem - w pewnym sensie - się udało.
 

Jako bonus zagraniczny: transport paliw na syberyjskich bezdrożach. Jakość taka sobie, muzyka od czapy, ale warto zerknąć choć na początkowe kadry. Gdzie diabeł nie może to...



środa, 13 czerwca 2012

Polska Kronika Filmowa w kolorze, czyli Euro im. 22 Lipca na bis



Październik 2011. Przyszły węzeł łączący obwodnicę z Trasą Sucharskiego.

- Obywatelu pierwszy sekretarzu, melduję wykonanie zadania przed terminem. Południowa Obwodnica Gdańska gotowa do otwarcia.
- Dziękuję! W imieniu partii i licznych PGR-ów.

9. czerwca 2012 Kolorowa Kronika Filmowa informuje: "Obwodnica Południowa Gdańska otwarta dla kierowców. Drogowcy zdążyli przed Euro, bo bardzo przyspieszyli prace". Partia jednak pamięta, że: "Nie wszystko na obwodnicy jest gotowe. Nie będzie jeszcze węzła Lipce, węzeł Olszyna czeka na dokończenie trasy Sucharskiego. Ale to co najważniejsze tranzyt aut ze Wschodu na Zachód będzie w pełni możliwy". Więc po raz kolejny, dzięki pełnemu zaangażowaniu obywateli, otrzymaliśmy kolejny obiekt przed terminem, aby Polska rosła w siłę a ludziom żyło się dostatniej...

11. czerwca ta sama kronika informuje: "Obwodnica Południowa Gdańska to wspaniała rzecz. Wszyscy na nią czekali. Ale nie wszyscy się cieszą. Bo jadąc od strony Elbląga w kierunku Gdańska zjazd na Koszwały zamykają betonowe bariery, a od strony Gdańska do Koszwał prowadzi ślepa ulica. Mieszkańcy Koszwał, Wocław i miejscowości Bystra, odciętych od świata miejscowości (prawie 2 tysiące osób) poczuli się jak obywatele drugiej kategorii".

Towarzyszki i towarzysze! Obywatelki i obywatele skrzywdzonych miejscowości! Byście się wstydzili. To partia, wraz z całym narodem dołożyła wszelkich starań, aby oddać kolejną inwestycję przed terminem, a wy co?!? Nie wytrzymacie jednego miesiąca bez drogi? Ojczyzna ma teraz inne, ważniejsze zadania do wykonania. Igrzyska w pełni a wy tu o chlebie. W końcu Koszwały to nie Nowy Jork i zawsze po jakimś podwórku kura sobie biega. Z głodu nie zginiecie. A za dwa dni, dzięki działaniom partii otrzymacie komunikację zastępczą i po chleb sobie pojedziecie...


 Cóż, jak zwykle. W głównym punkcie - pochwały, przecinanie wstęg, błysk fleszów aparatów, światła kamer, premie za oddanie przed terminem... (nawet zrobiono filmik promocyjny z wyszukanym tytułem: "Nowa droga jak Route 66"). Łałł!!! A gdzieś tam na boku zamiata się sprawy pod dywan. Typowe: o otwarciu obwodnicy przeczytać można wszędzie, ale już o dzisiaj poruszanej sprawie, oprócz regionalnych stron internetowych, próżno szukać wzmianek na głównych portalach. Każda władza, niezależnie od systemu, lubi błyszczeć (i to bez śladu cienia), to od wieków się nie zmienia.

wtorek, 12 czerwca 2012

Złoty mocny jak nigdy



Dopiero w przyszłym tygodniu dokonam osobistej inspekcji wyremontowanego dworca, więc tymczasem znowu zdjęcie mojego wysłannika. Spojrzenie na salony, nim zapełni je restauracja inna niż wszystkie.

Mój wysłannik, będąc ciekawskim, podobnie jak ja, zauważył pewną ciekawostkę...

Jeszcze na poprzednim blogu nabijałem się (z pewną nutką żalu), jak to analitycy mają klawe życie: "W lutym 2010 wiele portali internetowych cytowało analityków z Bank of America / Merill Lynch, którzy zajęli się prognozowaniem kursu złotego wobec euro. Oto kilka najważniejszych przewidywań: "...w czerwcu złoty umocni się do poziomu 3,65 za euro, a na koniec roku euro może kosztować 3,75. Polska waluta ma rosnąć jeszcze mocniej w 2011 roku, pod koniec ma osiągnąć poziom 3zł za euro. Wg analityków banku, złoty jest najbardziej niedowartościowaną walutą rynków wschodzących, a jego godziwa wartość to 2,69 za euro". 
No i jakoś nikt nie chce zauważyć i dowartościować naszej waluty. Ja jakoś też jestem niedowartościowany, bo jak źle zanalizuję długość drogi hamowania prowadzonego przeze mnie pojazdu, to nie będę mógł się tłumaczyć panującymi zmiennymi warunkami. A analityk może. Może wszystko zganić na zmienne warunki panujące na rynkach światowych i temu podobne blablanie... Oj, czemu to się człowiek na analityka nie wyuczył? Albo chociaż na dyrektora. Kasa na konto by wpadała szerokim strumieniem, odpowiedzialność za popełnione błędy - praktycznie żadna... Żyć nie umierać."

Tak mądrzyłem się ponad rok temu i... będę musiał teraz odszczekiwać te wszystkie moje drwiny. Wystarczyło bowiem zajrzeć do dworcowej... toalety, aby przekonać się jak urosła w siłę nasza waluta. Dla tubylców, posługujących się rodzimą walutą cena skorzystania z przybytku wynosi 2,50 pln, ale dla dewizowców... całe euro! Nie wiem, czy to "tylko" efekt rozgrywek Euro 2012, czy też trwały trend? Tak czy inaczej, przewidywania analityków z Banku of America / Merill Lynch sprawdziły się. Szacun.

I tu przy okazji małe wtrącenie historyczne. Starsi obywatele tego kraju pamiętają zapewne, jak to w czasach słusznie minionych na przykład w hotelach były inne ceny dla obywateli polskich, inne dla obywateli tak zwanych demoludów, a zupełnie inne dla kapitalistycznych przedstawicieli homo sapiens. No i słusznie: na biednych nie trafiało. I zupełnie tak jak kiedyś, tak i dziś mamy inny kurs państwowy, a inny czarnorynkowy (choć dziś należałoby użyć zwrotu: wolnorynkowy - lepiej brzmi). Tylko waluty nam się przez te lata zmieniły. Najważniejsze, że tradycja w narodzie nie ginie: podziemie gospodarcze jest na swoim miejscu, czyli w podziemiach gdyńskiego dworca. Bo to "podziemie gospodarcze" tak sobie po amatorsku tłumaczę powodem, dla którego informacje o cenach znajdują się w dwóch różnych miejscach - w innym z cenami dla miejscowych, w innym z cennikiem dla zamiejscowych (zastosowałem taki podział terytorialny, bo wszak teraz cała Europa naszym wspólnym domem). Coś mi w przypadku tych przeliczników śmierdzi, choć sama toaleta - jako zupełnie nowa - zapewne lśni czystością.

czwartek, 7 czerwca 2012

Euro im. 22 Lipca



Dziś procesje. W radio szał: "Jesteśmy europejczykami pełną gębą! Możemy jechać autostradą z Warszawy do Berlina!" (gdzież tobie, Polsko B, czy też C, do Europy?). Sklepy zamknięte, ale... gdyński dworzec PKP otwarty po remoncie! Może więc i dziś całe tłumy - zaraz po procesji właściwej - tam się udadzą? Ja nie mogłem uczestniczyć we wczorajszym oficjalnym otwarciu (ktoś musi dźwigać ten kraj z gruzów), ale wysłałem moją prawą rękę, która dobrze się sprawiła, więc dziś mała próbka kolejowego spojrzenia wstecz.

Tytuł notki, to moja drobna uszczypliwość, ale jak się skojarzenia same pchają do głowy: mamy kolejną na wpół ukończoną (w jednym rogu przemawiali oficjele, a w drugim robotnicy dalej pracowali nad ogarnięciem całości) inwestycję przed terminem ("pełna komercjalizacja dworca nastąpi w przeciągu kilku miesięcy" - słowa Adama Neumanna z PKP), to cóż począć, blog musi trzymać fason.

Zapomnijmy jednak na chwilę, że wkrótce zabytkowe wnętrza dworca zostaną sprofanowane "restauracją inną niż wszystkie" - jakie czasy, takie restauracje. Dziś podróż koleją żelazną, to nie jest rozrywka dla wybrańców, którzy mieli czas na niespieszne zjedzenie posiłku, bo i tak ze stacji do punktu docelowego podróży jechali jeszcze trzy dni wołami. Dziś: hamburger w garść i wio... konie mechaniczne! Zapomnijmy o nieszczęsnych peronowych wiatach, tak minimalistycznie potraktowanych (i o wyglądzie samego tunelu do peronów prowadzącym), no i "kryzysowych" koszach na śmieci, które koszami trudno nazwać i widać samo sedno sprawy...

Teraz już cicho-sza, radosny dzień nam nastał. Nie chcem ale muszem zgodzić się ze słowami - a raczej: myślą przewodnią - prezydenta miasta, Wojciecha Szczurka (tutaj filmik z otwarcia), że gdy już obudzimy się w świecie z samej stali i szkła, to na gdyński dworzec będą przyjeżdżać wycieczki szkolne, aby sobie obejrzeć coś innego, niż wszędzie dookoła. Spójrzmy jak zmienił się dworzec. Oczywiście na lepsze - w końcu trochę grosza na to poszło. Helooooł - to już nie wizualizacje!













Gdy szał minie, to jeszcze do tematu wrócę (mam kilka wątpliwości, ale nie dziś o tym) i sprawdzę jak w praktyce zaistnieją słowa Wojciecha Szczurka: "[...] to prawda, że dworzec nie może być już targowiskiem. Nie jest też noclegownią. Musi to być miejsce praktyczne, czyste , nowoczesne, funkcjonalne. Nie tylko dworzec, ale i jego otoczenie musi się zmieniać". O to to: czyste! Gdy po otwarciu, każdego dnia nie będą w użyciu miotły, szczotki i szmaty, to długo nie nacieszymy się nowym dworcem. Ale cieszmy się, że gdyński dworzec odżył. W końcu przecież kocham ten mój kraj...

wtorek, 5 czerwca 2012

Kocham ten mój kraj



Na nas nie ma mocnych, nie jedna zapora sobie na nas zęby połamała...

Kocham ten mój kraj, bo on jest jedyny w swoim rodzaju, bo on mi nie pozwoli, aby mi zabrakło tematów na wpisy. Kocham ten kraj, bo to jedyny taki kraj, który pozwala mi zostać ekspertem od budowy autostrad. Co godzinę, w każdym radiowym serwisie informacyjnym, jestem dokształcany. Już wiem (i nigdy już nie zapomnę), ile kładzie się asfaltu w każdej minucie mojego marnego życia (4-5 metrów), wiem, że najważniejsze jest położenie warstwy ścieralnej, że przed odbiorem technicznym trzeba założyć bariery i pomalować oznakowanie poziome i zainstalować pionowe. Słowem: mogę już sobie sam ułożyć kawałek ciepłego dywanika przed domem. Może wzorem ubiegłego systemu, następnym hasłem będzie: każdy Polak buduje swoją autostradę!

Kocham ten kraj, bo to jedyny taki, w którym na nowo otworzonej autostradzie będzie ograniczenie prędkości do 70 km/godz (i słusznie: im wolniej, tym bezpieczniej). To jedyny taki kraj, w którym do ruchu na nowiutkiej autostradzie dopuszczone zostaną wyłącznie samochody do 3,5 tony i autokary (i słusznie: tiry na tory!). Kocham ten kraj, w którym każdy marzy o bezproblemowej - tak teraz podkreślanej przez media - przejażdżce z Warszawy do Lizbony, a nikomu nie przeszkadza brak sprawnego tranzytu ze Świecka do Terespola (nie bądźmy małostkowi - w końcu teraz Europa całym naszym krajem). Za to kocham cię Polsko...

A skoro już jesteśmy w temacie dróg autostradopodobnych, to przypominam - już był na poprzednim blogu - widok z 1978 roku na wyrób obwodnicopodobny.



Też kocham cię Polsko za to, że tutaj mógł powstać taki utwór

niedziela, 3 czerwca 2012

Zmieniamy się na dobre



Nie istniejąca już (na szczęście) anty-reklama PZU.

Tak przy okazji zmiany wizerunku PZU, pomyślałem sobie, że dołożę jeszcze kilka zmian. Zmieniają się firmy, zmieniamy się my, nasze zachowania i zmienia się też nasz kraj. W tym ostatnim przypadku: zachowuje się tak, jak reszta globu. Kurczy się. Ten proces przypisuje się głównie rozwojowi linii lotniczych, dzięki którym, w kilka godzin możemy przemieścić się na odległości, które naszym przodkom zabierały dni, tygodnie, a i czasem miesiące. Do grona "kurczycieli" dołączyli ostatnio nasi drogowcy, dzielnie budując nasze autostrady, dzień i noc po nich biegając.

"- Nie wiedziałem, że z Gdańska można tak łatwo dojechać do Wrocławia - tak mniej więcej zaczynali rozmowę czytelnicy, którzy w piątek zadzwonili do nas z informacją, że w Gdańsku stanęły drogowskazy kierujące na autostradę... A4." - w ten sposób dowiedziałem się na stronie "Trójmiasto.pl" o postępującym procesie kurczenia się naszego globu. W tym przypadku mam jednak wrażenie, że nasi użytkownicy dróg, jak drogowcy przy pierwszych opadach śniegu, zostali zaskoczeni nową rzeczywistością. Czemu tu się dziwić? Autostrad coraz więcej, szybciej można się przemieszczać, więc nawet nie zauważymy, jak szybko dotrzemy z Gdańska do autostrady A4, znajdującej się na samym południu naszego kraju.
 Słowa Wojciech Orlińskiego z "Wyborczej" też utwierdzają mnie co do słuszności wyboru tabliczek na gdańskich drogach, jakiego dokonali drogowcy: "To, że już za parę miesięcy będziemy mieli czterysta parędziesiąt kilometrów łączących Warszawę z Lizboną, to świetny wynik". Jednak mimo wszystko trochę się zdziwiłem: świat się kurczy, ale żeby aż tak? Zaledwie 450 kilometrów z Warszawy do Lizbony!?! To rzeczywiście "świetny wynik"!



Zmienia się też nasze podejście do ochrony swoich danych i swojego majątku. Dziś trudno spotkać spis mieszkańców bloku (czy też ogrodzonego osiedla), z którego dowiedzielibyśmy się, czy pukamy (a raczej już teraz dzwonimy przez domofon) do właściwych drzwi. To zrozumiałe. Naród coraz bogatszy, więc jest czego się bać. Ja jednak zachodzę w głowę, czego aż tak boi się właściciel tego pustkowia, że chce monitorować... sam teren? Pomimo bacznej obserwacji terenu nie zauważyłem niczego, co podpadało by pod monitoring. No chyba że właściciel terenu ma układy z dzikim ptactwem, które krążąc nad działką, dyskretnie je obserwuje? I śmieszno, i straszno...