piątek, 18 maja 2012

Lenin wiecznie żywy, czyli słowo ciałem się stało



Nie minął miesiąc od opublikowania wpisu "I tak wszystko na złom", gdzie przy okazji publikacji powyższego (już historycznego) zdjęcia, padły słowa: " dlaczego słyszę szyderczy śmiech historii, gdy czytam o chęci przywrócenia imienia Lenina nad stoczniową bramą w Gdańsku?". No i okazuje się, że właśnie słowo ciałem się stało - stocznia (a raczej stoczniowa brama) jest znowu im. Lenina, na którą, w chwilę po zamontowania zdążyły posypać się jaja.

Zdjęcie z sierpniowych strajków (stocznia gdańska jeszcze pełnoprawnie im. Lenina), rozprowadzane pocztą pantoflową, więc autor jest mi nieznany.
Prawdę mówiąc nie mam wyrobionego zdania na temat tego swoistego powrotu do przeszłości. Oczywiście wszystko zależy od intencji, jakim ma to wszystko służyć. Na ile to swoiste "ku pamięci" ma sens? Czy jest w ogóle potrzebne? Może wystarczyłyby zdjęcia historyczne, których jest przecież w różnych archiwach bez liku?

Ja rozumiem rozgoryczenie stoczniowców i postronnych ludzi, którzy pomstują na ten pomysł: nie po to była ta cała walka, aby Lenin był wiecznie żywy, ale z drugiej strony... Przywrócono dawnego patrona, ale czemu? Bramie, czy zakładowi, którego de facto w postaci pierwotnej już nie ma? I tu mi się nasunęła taka refleksja. Mam kilku znajomych, którzy wyjeżdżają regularnie do pracy do stoczni brytyjskich i norweskich. Również kilka razy leciałem samolotem w tamtych kierunkach i zawsze - podkreślam: zawsze - 90 procent pasażerów stanowili nasi fachowcy, w wieku ok. 40-50 lat, przemieszczający się "za chlebem". Przez niektórych zwani nieudacznikami. Dla mnie bardziej nieudacznikami są ci, którzy doprowadzili do tego stanu, że nasza siła robocza, zamiast powiększać nasz produkt krajowy, to napycha kieszenie obcym stoczniom (i liniom lotniczym - też obcym). Bardziej mnie interesuje fakt, dlaczego gdzie indziej się opłaca przemysł stoczniowy, a u nas jakoś się nie da? A to, czy Lenin będzie wiecznie żywy, czy też obrzucony jajami, jest dla mnie sprawą drugorzędną. To są "igrzyska", a "chleb"... często chleba ludzie są zmuszeni szukać poza granicami kraju. I to jest bardziej smutne, niż symboliczne powroty.


I jeszcze tak a propos symboli.
Kiedyś napisałem: "Wzg. św. Maksymiliana - dawniej Wzgórze Nowotki. Komu to przeszkadzało?". To było tak pół żartem, pół serio, bo to tak łatwiej człowiekowi wymówić "komunistyczną" nazwę. Ale...

Chyba w najbardziej zatwardziałych kręgach betonu partyjnego nie przewidziano takiego scenariusza.

Miesiąc temu wpadł mi w ręce egzemplarz bezpłatnej gazety "Gazeta Pomorza Kurier". No i w niej zaciekawił mnie tytuł: "Bolszewicy w Bolszewie mają się dobrze" z podtytułem: "Kontrowersyjni patroni ulic nikomu tu nie przeszkadzają". Oprócz rysu historycznego wspominanych postaci, w artykule podawane są przyczyny, dla których patroni ulic, których próżno szukać w innych miastach, w podwejherowskim Bolszewie trwają nadal na posterunkach. Powód przyziemny. Niepotrzebne komplikowanie sobie życia przy dodatkowych kosztach (zmiana dowodów osobistych i innych dokumentów). Podczas ostatnich wyborów samorządowych nawet sondowano wśród mieszkańców Bolszewa kwestię zmiany nazw ulic (z poczucia winy?), ale mieszkańcy "traktowali je na ogół obojętnie, nie przywiązując wagi do ich ideologicznego znaczenia".



Bolszewo to tak jak Berlin. Tam też znajduje się ulica Marchlewskiego (sprawdzałem). A ulicę Nowotki spotkamy jeszcze - wg. artykułu - w Trzebiatowie i Debrznie w woj. zachodniopomorskim, Glinojecku, Sulejówku i Ostrołęce w woj. mazowieckim, Ksawerowie w łódzkim oraz w Świętochłowicach i Będzinie w woj. śląskim.
Żeby było jeszcze bardziej ciekawie, to w Bolszewie, pomiędzy ul. Nowotki i Buczka znajduje się... ulica kardynała S. Wyszyńskiego! Cóż, tak jak już wielokrotnie wspominałem: "daleko od szosy" czas biegnie zupełnie innym torem.


2 komentarze:

  1. Byłam kilka dni temu pod stocznią - chcialam zrobić zdjęcie właśnie z Leninem. Nie doszłam zbyt blisko, gdyż okazało się. ze Wajda kręci tam właśnie sceny do swojego nowego filmu. To, co dla mnie było największym chichotem historii - to głosy z tłumu z rozrzewnieniem wspominające Gierka...

    http://mojemiastogdansk.blox.pl/2012/05/Na-planie-nowego-filmu-Andrzeja-Wajdy.html

    OdpowiedzUsuń
  2. Historia co i rusz kpi sobie z nas. Przykładów można znaleźć wiele wokół nas. Może kiedyś przyjdzie pora na zebranie tych chichotów...

    OdpowiedzUsuń