środa, 23 maja 2012

Kręcąc się wokół Facebooka



Już dawno temu, na starej odsłonie bloga, przyznałem, że raczej jestem na bocznym torze wydarzeń, wyznając: "Coraz częściej różnego rodzaju media obwieszczają, że: "kto nie będzie na Facebooku, będzie wykluczony z życia społecznego". Ups! Tym razem nie poddam się. Będę walczył do upadłego o swoją niezależność. No chyba, że... Bo co będzie począć, gdy pracodawcy będą zakładać swoje konta na tej "książce" i będą niechybnie sprawdzać, czy każdy pracownik kliknął na ikonkę "to lubię!"? Półtora roku minęło i dalej nie uświadczycie mnie na tym najbardziej popularnym serwisie społecznościowym świata.

Nie oznacza to oczywiście, że nie wiem, co się wokół mnie dzieje, więc i debiut giełdowy tego największego albumu rodzinnego został przeze mnie zauważony. Dwie sprawy mnie sprowokowały, do napisania kilku słów a propos i zamieszczenia kilku zdjęć (zdjęcie z gdyńskiego klubu, nieopodal Dalmoru jakoś naturalnie mi się kojarzy z Facebookiem).


Generalnie twórcom tego portalu i obecnego bogactwa nie zazdroszczę, co najwyżej mogę mieć pretensje do stwórcy, że poskąpił mi zdolności. Chociażby napisania takiego "kodu źródłowego w 2 tygodnie", co jak mi się wydaje, jest zdolnością niezbędną do zaistnienia w świecie wirtualnym. Jednocześnie śmieszy mnie takie mydlenie oczu kolejną karierą za kilka dolarów. Opowiadanie o kolejnym przykładzie kariery "od pucybuta do milionera". Co prawda Mark Zuckerberg założył stronę za jedyne 35 dolarów, ale bez wpompowania w przedsięwzięcie 500 tys. zielonych przez Petera Thiela, koleje losu tego portalu mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej niż dziś to wygląda. Ta historia przypomniała mi jeden fragment audycji, w której "Pepek z gumy - nieślubny syn wodza Azteków", opowiadał właśnie historię, jak to bezdomny stał się milionerem. Przytoczę ją z pamięci. Pewnego razu Iksiński znalazł na ulicy surowego ziemniaka, ale go nie zjadł! Upiekł i sprzedał. Za te pieniądze kupił już dwa ziemniaki, których również nie zjadł. Upiekł je i za zarobione pieniądze kupił cztery ziemniaki. No a po dwóch tygodniach... dostał spadek i tak się stał milionerem. W przypadku Facebooka opowieść nie jest tak prosta (założyciel(e) musieli wykazać się pewnymi zdolnościami), ale bez "spadku" w postaci setek tysięcy zielonych... A gdy człowiek czyta pół-prawdy, to tylko wpada w depresje, że nie zauważył znowu życiowej szansy na dołączenie do tych z wypchanym portfelem, bo przecież te kilka dolarów, nawet w dziurawej kieszeni by się znalazło... Ale że cały pic jest w tej reszcie, tego już człowiekowi nie chcą media uzmysłowić. Łaj?

Zainteresowała mnie też - a może nawet przeraziła - liczba dodawanych każdego dnia do serwisu zdjęć. Dziennie 300 mln!!! I tak zastanowiło mnie, czy jest jeszcze jakiś fragment naszego globu, którego wizerunku nie można znaleźć w sieci? No ale może jednak w tym zalewie zdjęć, być może głównie w stylu: ja przed mostkiem, ja za mostkiem, ja na mostku... uda się człowiekowi zrobić coś, czego próżno szukać w internecie? Bo to tak fajnie mieć coś niepowtarzalnego. Może chociaż jakaś poręcz...

Zdj.Monika Goldszmidt
 W poniedziałek zerkam na wiadomość, o tym, jak to właściciele sklepu "W zgodzie z naturą" przy ulicy Morskiej 112a (blisko skrzyżowania z ul. Kalksztajnów) wybudowali dwa lata temu podjazd i poręcze, które teraz, podczas przebudowy tego rejonu drogowcy po prostu zlikwidowali. Właściciele sklepu, są takim obrotem sprawy zaskoczeni i jednocześnie rozczarowani brakiem odzewu urzędników na ich zapytania, co dalej będzie z tym fantem. Teraz prawdopodobnie sprawa znajdzie finał w sądzie, bo na linii urząd - obywatel porozumienia brak. Sprawa może nie byłaby warta mojego zainteresowania, ale...

Traf chciał, że z nudów zrobiłem w październiku zeszłego roku zdjęcie tego miejsca, stojąc w korku. Tak od niechcenia. Przez szybę samochodu. Może więc mam coś uwiecznione, czego próżno szukać w tych milionach zdjęć z Facebooka? Komu by się chciało robić zdjęcie takiego niepozornego fragmentu miasta? A może jednak znowu jestem naiwny? Swoją drogą, to muszę uważać, jakie zdjęcia robię. Zrobiłem "pancerny" kiosk na Chylońskiej - znikł, nyskę chciałem kilka dni później zrobić jeszcze raz - znikła (to akurat rzecz ruchoma, więc może się tak zdarzyć), teraz poręcz... Dobrze, że sobie zdjęć nie robię, bo też niechybnie bym znikł.



Podobno to ludzie mają władzę. Tak pojedynczo, to ciężko walczyć z biurokracją, ale jak się ludzie skrzykną na takim Facebooku (w obronie poręczy chociażby) to już łatwiej...

Patti Smith - People Have The Power

3 komentarze:

  1. No trochę hamsko to robili że to usuneli, poza tym ten remok ulicy miał się niedawno zakończyć a tu...końca nie widać.

    PS Na twoim poprzednim blogu parę twoich zdjęć...znikneło czy dało by się jakoś je przwrócić, bo bym chciał je przejrzeć.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przeciez ten podjazd byl taki jakis sredni, wąski i jakby to powiedziec syfiasty, a ten nowy chodnik, to z tego co widze, to uwzglednia podjazd do tego sklepu, tzn. dokladniej mowiac, chodnik jest na wysokosci wejscia i niepotrzebny jest juz zaden podjazd. Da rade wjechac wózkiem z innej - nizszej częsci chodnika. No ale jak jest okazja wyciagnac kaske to sklep bedzie sie sądzil.

      Usuń
  2. Najpierw względem P.S. - Żadnych zdjęć nie kasowałem na poprzednim blogu. Czasami pomaga odświeżenie strony, czasami brakowało mi jakiegoś zdjęcia i po tym manewrze powracały one na swoje miejsce.

    Co do "wyciągania kasy": wszystko zależy, jak się sprawę załatwia (mam na myśli urząd). Jakbyś coś zrobił za własną kasę - może i coś syfiastego - a za chwilę ktoś ci tak po prostu rozwalił, też nie przeszedłbyś obok tego spokojnie. A czy sprawa jest warta długotrwałej zapewne walki w sądach? To już nie moje zmartwienie.
    Najważniejsze dla mnie, że znalazł się pretekst do publikacji zdjęć. :)

    OdpowiedzUsuń