czwartek, 3 maja 2012

Handel w niedziele i święta



Styczeń 2008

Tak patrząc na ruch w interesie, czyli zmianach szyldów nad dawnym kinem Warszawa, przyszła mi taka myśl do głowy, że zakaz handlu w dni wolne od pracy powinien być obowiązującym po wsze czasy, bo... ale o tym po obejrzeniu zdjęć.

Grudzień 2010

Kwiecień 2012


Większość ludzi jest zadowolona z tego, że o każdej porze dnia, w każdym dniu tygodnia może zrobić zakupy (gorzej z tymi, którzy muszą w tych sklepach pracować). Ale tak zacząłem myśleć, o niedawno przytoczonych słowach z wywiadu z Andrzejem Andrusem, dotyczących czasów minionych i przytoczonym tam przykładzie stania jego rodziców po nocach po kilogram kiełbasy, którą w dodatku nie zawsze dostali. Pomijam fakt, że po takim jednym zdaniu jawi się czytającemu te słowa, Polska żywcem przypominająca opisy życia w Korei Północnej. Zadać można sobie pytanie: nie dostali kiełbasy i co? Głodowali? A może żywili się wtedy korzonkami? Oczywiście że nie, coś tam wymyślili i zjedli danie zastępcze. I w tym temacie pełna zgoda, że takie czasy przymusowej kreatywności mamy za sobą. Pamiętam jak dziś, gdy moja matka siedziała przed telewizorem, pilnie spisując do zeszytu (kiedyś chyba w każdym domu istniał specjalny zeszyt z przepisami kulinarnymi), podawany przez szklany ekran przepis na coś słodkiego. Wszystko szło dobrze, do momentu, gdy okazało się, że trzeba dodać orzechów laskowych... W tym momencie pieprznęła ona owym zeszytem w kąt mieszkania (może dlatego tak mi wryło się to w pamięć?) wręcz krzycząc: i skąd ja niby wezmę teraz orzechy laskowe!!! No i co było dalej? Upiekła coś innego, co nie wymagało takich ekstrawagancji, jak rzeczone orzechy. Nie głodowaliśmy, choć nie zawsze jedliśmy to, na co mieliśmy ochotę.

A co to wszystko ma niby wspólnego z handlem w dni wolne? Tak pomyślałem, że w PRL-u każdy musiał wykazać się kreatywnością i zapobiegliwością aby przetrwać. Również w kuchni. Ale gdy mimo to, czegoś nie przewidział i zabrakło człowiekowi jakiegoś newralgicznego składnika potrawy, to co? Poddał się? Nie! Poszedł do... sąsiada (to taki ktoś, kto mieszka blisko nas), aby pożyczyć dla przykładu szczypty soli. Jeżeli miał pecha i trafił na mało rozgarnięte dziecko sąsiada - jest taki przykład na film z dawnych lat - w odpowiedzi mógł usłyszeć: my nie mamy żadnej szczypty, ale zazwyczaj się udawało uzupełnić braki.

No a teraz raczej ludzie nie chodzą "po sąsiadach" w poszukiwaniu uzupełnienia braków w swojej kuchni. Taki jakby obciach, w czasach, gdy wszystko na wyciągnięcie ręki. No i tym sposobem stosunki międzysąsiedzkie się rozluźniają. Przez dobrobyt i... handel w niedziele i święta. Dlatego też powinien on być w te dni zakazany, bo wyraźnie osłabia więzy międzyludzkie (zupełnie tak samo jak schody ruchome i windy - ale o tym przy okazji).

I tym sposobem coraz mniej zrozumiałe mogą być słowa piosenki Alibabek, które podawały przykłady sąsiedzkiej pomocy: "...pożyczy ci zapałki, pół masła, kilo soli [...] a zimą ci pomoże przy węglu i przy koksie...".
 
 

2 komentarze:

  1. Też nie głodowałam, bo inicjatywa i kreatywność rodziny nie miała chyba granic. Trochę mnie dziwią wypowiedzi na temat głodowania w PRL-owskich czasach. Ale może to jest trendy.:))

    OdpowiedzUsuń
  2. Trendy jest mydlenie oczu społeczeństwu, a okres miniony jest świetną zasłoną dymną. Niestety.

    OdpowiedzUsuń