czwartek, 31 maja 2012

Jak osiągnąć sukces w kryzysie, czyli 300% normy




Pozazdrościłem naszemu premierowi podniebnej podróży i też zapragnąłem sprawdzić jak też mają się przygotowania do Euro 2012, i korzystając z dobrodziejstw demokracji wsiadłem do samolotu byle jakiego, ściskając w ręku paszport bordowy, patrzyłem, jak wszystko zostaje w dole. Na stadion zerknąłem tylko wirtualnie, czyli na makietę (przyszły punkt informacyjny?) znajdującą się na gdańskim lotnisku. Nic tu po mnie - pomyślałem, więc wydałem dyspozycję pilotowi: - Janie. Lecimy!



Jeszcze z góry pomachałem na pożegnanie synowi naszego premiera, który tu ponoć znalazł zatrudnienie. Wydaje mi się, że właśnie odprowadzał swego ojca do stojącego przed nowym terminalem samolotu linii OLT Express - wszak to tani premier miał być, więc oczywiste jest, że teraz pełnymi garściami korzysta z biletów po promocyjnej cenie.
Szkoda jednak, że kasy starczyło na wybudowanie wersji wiosenno-letniej lotniska (z krótkimi rękawkami). Za to w środku, w porównaniu do poprzedniego terminala, różnica, że tak powiem: niebo a ziemia.

 - Janie... Lecimy nad Gdynię - wydałem dyspozycję. Chcę zobaczyć jak wyglądają tam drogi do Euro-py.
 Miejsca: do odgadnięcia. Zadanie dosyć łatwe.














No cóż, nie są to drogi tak strategiczne, jak najsłynniejszy teraz odcinek A2 w budowie, więc... zajrzyjmy właśnie - choć zaledwie wirtualnie - na to teraźniejsze oczko w głowie: mediów, tych u steru władzy i drogowców. No i własnym oczom i uszom nie wierzę... Kilka dni przed (zapewne niezapowiedzianą, wszak to już nie PRL) gospodarską wizytą premiera, a raczej lotem, nad priorytetową budową IIIRP... no cuda, cuda ogłaszają (w tym art.).
"- Pracuję 20 lat w tej branży i muszę przyznać, że takiego tempa, w jakim tu się pracuje od dwóch miesięcy, jeszcze nie widziałem. W miesiąc zrobiono tyle, ile wcześniej wykonywano w rok - mówi pan Stanisław z budowy odcinka C. Setki samochodów ciężarowych non stop wjeżdżają i wyjeżdżają z tego terenu. Wszędzie widać biegających robotników, koparki i maszyny do układania asfaltu. [...] - Nikt nie jest w stanie w stu procentach zagwarantować, że pojedziemy tą trasą na początku czerwca, ale harujemy od rana do nocy, żeby zdążyć. Jeśli pogoda nam dopisze, zdążymy".
No i tu, żeby nie było niedomówień, że słowa padły w 2012 roku, powinni pracownicy dodawać: tak nam dopomóż Bóg, bo pamiętających czasy minione (tu po raz kolejny mam wątpliwość, czy one minęły) mógłby zmylić język propagandy znany od dawien dawna co do właściwej daty relacji.
Ja słyszałem o jakiś premiach za budowę autostrady. Hmmm. Skoro "w miesiąc zrobiono, ile wcześniej przez rok", to oznacza, że wcześniej się opierdalano??? Więc za co te premie? No a z tymi " biegającymi robotnikami" toś chłopie przesadził - tutaj zwracam się do autora artykułu. Trochę za bardzo chciałeś się wykazać. Pewnie młodyś, bo inaczej znałbyś dowcip o tym, jak reporter pyta robotnika na budowie: -A co wy tak tu biegacie z pustą taczką? -Panie, zapieprz taki, że nawet czasu nie mam załadować! No ale pod koniec artykułu już jest po staremu, czyli normalnie, czyli jak za PRL-u. Po przecięciu wstęgi będzie podobnie, jak po otwarciu gdyńskiej estakady, gdy dwa dni po, zakazano wjazdu na nią ciężarówkom: "Po turnieju piłkarskim autostrada zostanie ponownie zamknięta i będzie wykańczana".

To było przed lotem premiera, który zapewne z pokładu śmigłowca pogroził robotnikom paluszkiem, dając tym samym do zrozumienia, że muszą jeszcze szybciej biegać. Za to dzisiaj, dosłownie godzinę temu w radiowej "Trójce"... No i znowu musiałem się uszczypnąć, czy nie przemieściłem się w czasie. Red. Radomir Czarnecki głosem zaangażowanego w sprawę aktywisty ZSMP relacjonuje: "Praca trwa nieprzerwanie. Ogromna maszyna specjalnie sprowadzona z Niemiec układa asfalt [...] Tempo może nie jest imponujące, ale maszyna systematycznie przemieszcza się w kierunku Warszawy, pozostawia za sobą ciepły asfalt. Robotnicy przygotowujący teren przed maszyną uwijają się jak w ukropie".  Pomimo, że redaktor przytomnie uzmysławia budowniczym, że do rozgrywek pozostał zaledwie tydzień, w odpowiedzi słyszy jedynie słuszną odpowiedź: -Zdążymy - zapewnia robotnik. "Ale o tym czy zdążą, wydaje się, że zadecydują już nie dni ale godziny przed rozpoczęciem Euro" - wyrokuje redaktor (tu możesz kliknąć na ikonkę z głośnikiem, aby odsłuchać oryginału). No pięknie, pięknie...Duch PRL-u, jak ten Lenin, wiecznie żywy.

P.S. Propaganda dni naszych ogłasza otwieranie autostrad, ale oczywiście otrzymamy wyrób autostradopodobny, bo tak przecież trzeba nazwać drogę (a raczej jej połowę), po której można będzie poruszać się maksymalnie 70 km/godz. Cóż, był czas przywyknąć, a tradycje krajowe trzeba szanować. Od podrobionej czekolady się zaczęło...

środa, 30 maja 2012

Ostał się ino... słup


-Nie mówi się 'ino'.
- Ino jak?
- Ino 'tylko'... tylko 'tylko'!
(z filmu "Daleko od szosy")

Te zdjęcia miały się w ogóle nie ukazać, bo w sumie niczego porządnego - oprócz wielkiego kawałka nieba - nie widać, ale po przyjrzeniu się ostatnio temu miejscu, pomyślałem, że czemu nie? Taki mały smaczek się zachował na oksywskim skrzyżowaniu ul. Płk. Dąbka i ul. Adm. Dickmana. Chodzi mi konkretnie o te rzędy masywnych słupów - pozostałość po trakcji trolejbusowej. Dodam jeszcze, że w miejscu, gdzie znajduje się autobus, była mijanka dla trolejbusów (druga była na wysokości stacji PKP Gdynia Port Oksywie), bo na reszcie pętli wokół Oksywia istniała tylko jedna linia trakcyjna. W pamięci mam obrazek: kierowcy trolejbusów oczekujących na pojazd jadący z przeciwka, wpatrujących się w zawieszone nad nimi druty, czy już się bujają, co oznaczało, że już za chwilę, już za momencik... Te same obserwacje czynili pasażerowie w oczekiwaniu na często spóźniający się środek transportu.


Według założeń, ten autobus miał wyjść ostro (przesuwałem aparat za jadącym autobusem), przy rozmazanym tle. Teoria nie spotkała się w jednym punkcie z praktyką, której w 1978 roku było mi brak, a i Smiena też nie najlepiej nadawała się do takich eksperymentów.


Okazuje się, że nieoczekiwanie jeden ze słupów stoi nadal. Nie mam pojęcia dlaczego? W sumie żadnej strategicznej roli on tu nie pełni. Cóż, życie pełne jest niespodzianek...


Niestety, już ostało się mi ino komentowanie współczesnych zmian. Starzy bywalcy, być może po części już przestali nimi być, straciwszy nadzieję na nieskończoną ilość zdjęć rodem z niedalekiej naszej przeszłości. Pod tym względem blog musi znaleźć sobie nowe kierunki spoglądania wstecz. Przy okazji współczesnych zdjęć z Gdyni i okolic, oraz pojawiających się każdego dnia nowych wydarzeń, będę starał się - tak dla równowagi - "aby te plusy nie przesłoniły wam minusów". I nigdy tak do końca nie będzie wiadomo, czy jakieś aktualne zdarzenie będzie pretekstem do zaprezentowania zdjęcia, czy też odwrotnie. Czasem - uparcie - będę żerował na PRL-u, twierdząc, że tak naprawdę nie zmienia się wokół nas nic. I nie chodzi mi o to, że na porównawczych zdjęciach dom jest ładniejszy a na chodniku pojawiła się kostka brukowa...
Nie zmienia się nic, bo gdy "szara" kobieta z ciążącym nad nią wyrokiem zachodzi w ciążę, sąd stwierdza: to ucieczka przed karą i domaga się jej natychmiastowego zamknięcia, ale już "nie szaremu" panu Stokłosie wystarcza... zwykła sraczka, aby przez 14 lat wodzić za nos wymiar sprawiedliwości; bo gdy kandydat na "szarego" kierowcę zawodowego - w tym i taksówkarz, i kierowca autobusu - musi wykazać się niekaralności sądową (m.in. przeciwko mieniu), to już założyciel linii lotniczej OLT Ekspress (też podobnie jak przedsiębiorstwo taksówkowe i autobusowe, przewożące ludzi), może działać pomimo prawomocnego wyroku założyciela za przywłaszczenie mienia. Szkoda. Wielka szkoda, że nic się nie zmienia...


piątek, 25 maja 2012

Wszyscy będziemy więźniami sumienia?



ul. Starowiejska
Więźniowie sumienia, absurdy - domena PRL-u?  Często za czasów minionych nie można było kupić towaru, który śmiał się do nas ze sklepowej wystawy, bo był opatrzony napisem "towaru z wystawy nie sprzedajemy". A teraz można kupić wszystko, co znajduje się na sklepowej półce? Na razie tak, choć pojawił się niebezpieczny wyjątek. Plaga odmów sprzedaży środków antykoncepcyjnych nabiera na sile, więc pomimo tego, że produkt (legalny) znajduje się w aptece, to dostaniemy... figę z makiem. Wszystko przez to, że część aptekarzy nie ma sumienia, aby przeszkadzać narodowi w prokreacji, tłumacząc to słowami: "powołaniem aptekarza jest współudział w ochronie życia i zdrowia oraz zapobieganie chorobom" oraz tym, "że farmaceuta musi posiadać wolność postępowania zgodnie ze swoim sumieniem". Ja rozumiem, że nasze społeczeństwo się starzeje, więc wszystkie chwyty dozwolone w celu zwiększenia płodności, ale nie tędy droga do celu...

No dobra, ale może nie zatrzymujmy się w pół kroku i dajmy przedstawicielom innych profesji możliwość "współdziałania w ochronie życia i zdrowia, oraz zapobiegania chorobom", aby i oni nie stali się za chwilę więźniami sumienia. Może nie wszyscy i wszystko na raz, drobnymi kroczkami dochodźmy do nowej "normalności". Niech kierowca autobusu miejskiego, który nie ma sumienia patrzeć jak społeczeństwo tyje, ma prawo odmówić przejazdu pasażerowi na odległość mniejszą niż dwa przystanki - przespaceruje się trochę człowiek, to mu wyjdzie na zdrowie. Z tych samych pobudek, sprzedawca w sklepie - po wizualnej ocenie tuszy klienta - miałby prawo odmówić zakupu dwulitrowej coca-coli, czipsów itp; w mięsnym... wszystkiego, proponując nam przejście na wegetarianizm; w obuwniczym - butów na wysokim obcasie (też ponoć niezdrowy). Kioskarz miałby prawo odmówić porannej sprzedaży papierosów człowiekowi, który nie wykazałby się zdolnością wykonania kilku okrążeń kiosku, bez widocznej zadyszki (panie Bareja - wracaj!!!). W ogóle nie wspominam o nieodpowiedniej prasie, muzyce, filmie - ja nie mam sumienia panu sprzedawać takiego chłamu, kup pan coś o kulturze wyższej i okraś to muzyką poważną.

A wracając do samego zagadnienia przekazywania genów. W tekstylnym moglibyśmy spotkać się z odmową zbyt ciasnych majtek mężczyznom (chodzi o pogarszającą się z powodu tej ciasnoty jakość plemników). Niech - wzorem kryzysu lat 80. - energetycy mają prawo do czasowego odcinania dostaw prądu, aby społeczeństwo - z nudów - mogło się rozmnażać. Niech... niech... Niech szlag trafi taką wolną niewolę!





czwartek, 24 maja 2012

Adijo pomidory, adijo... tani cukrze



Tak stojąc nie tak dawno temu przed załączonym plakatem, przypomniała mi się jedna sprawa sprzed roku, przy której słyszałem chichot historii. Sprawa dotyczy cen. Ceny się zmieniają, często po prostu działa niewidzialna ręka rynku. Są też towary "strategiczne", w przypadku których już ta ręka nie działa. Taki dajmy na to cukier, o który wręcz biliśmy się nieco ponad rok temu, windując tym samym jego ceny do ponad 5 złotych za kilogram (pamiętamy to w ogóle?). W marcu zeszłego roku zapisałem sobie pewną wypowiedź ministra rolnictwa Marka Sawickiego, który prognozował - wróżąc oczywiście z fusów - cenę cukru w tym sezonie na 2 złote za kilogram. Zapisałem sobie to specjalnie w kajeciku (i odnalazłem w sieci), wiedząc, że jest to tylko takie pierdu pierdu trzy po trzy. Kto będzie pamiętał po roku słowa ministra i kto mu wypomni, że ściemniał? Użył co prawda magicznego słowa "może", co daje mu ogromne pole do manewru, ale... Podczas gdy każdy przeciętnie inteligentny człowiek wie, że gdy ceny poszybują w górę, to nijak później nie chcą się zniżyć do poprzedniego poziomu, to taki wykształcony minister o tym nie wie?

Ostatnio zrobiłem rekonesans cenowy, tego, zdawać by się mogło, strategicznego towaru. Przedział cen wahał się od 3.70 do 4.06 złociszy za kilogramową paczkę słodkich kryształków. No jest to jednak "trochę" więcej, jak dwa złote. Co ciekawe i jednocześnie komiczne, najwyższą ceną była "oferta specjalną"(!) TESCO. Nie wiem jednak, o jakiej zawartości cukru w cukrze był ten tam sprzedawany, więc może i ta najwyższa cena była uzasadniona?

A gdzież tu miejsce na chichot historii? Gdyby za czasów PRL-u ludziom zaserwowano takie podwyżki cen... Pozostaje mi tylko powtórzyć, już raz napisane słowa: "Kiedyś naśmiewano się ze mnie (i to na moim własnym blogu! podłość ludzka nie zna granic!), za moje niepoprawne wypowiedzi, że tak naprawdę nie zmienia się nic. To niech mi ktoś teraz łaskawie wytłumaczy, czym różni się centralnie sterowana gospodarka socjalistyczna od centralnie sterowanych limitów produkcji - chociażby cukru, i jak to się ma do słynnej niewidzialnej ręki rynku? Ta niewidzialna ręka to po prostu utajone podwyżki, a nie oficjalne komunikaty z ekranu telewizora, które drażniły społeczeństwo. To już lepsza była "Niewidzialna ręka" z "Teleranka", bo z jej tajnych działań ludzie byli zawsze zadowoleni. O przepraszam. Coś się jednak zmieniło. Miejsce skąd następuje centralne sterowanie. Teraz wiatr wieje od zachodu. Kiedyś, przy takiej skali podwyżek na sklepowych półkach to skrzykiwali się ludziska i z kamieniami w rękach wychodzili na ulicę aby zamanifestować swoją "miłość" do władz. Gdzie tu się jednak teraz skrzykiwać, "kolebki" w demontażu... No, ale teraz za to mamy wolność. Wolność wyboru. Wolno nam wybrać na przykład kraj zamieszkania, jak się coś nie podoba. Ale czy o to chodziło? Czy w tym całym przewrocie historycznym chodziło nam o to, żeby teraz targać cukier z Niemiec?! Wszystko to popieprzone. Ja już za tym nie nadążam".

No właśnie, z kim tu walczyć, gdy wróg niewidzialny?
Wszystko takie rozmyte i wokół tylko ciche układy...

The Waterboys - Silent Fellowship


P.S. - 23.06.2012
Fragment tego art. w interesującym mnie fragmencie dot. "niewidzialnej ręki rynku": Cukier nie będzie tanieć. "Mimo że mamy w kraju dużo cukru, jego cena nie spada. Sylwia Kalska z Krajowej Spółki Cukrowej - największego producenta i sprzedawcy w Polsce - tłumaczy, że wielkość produkcji nie ma bezpośredniego związku z ceną, którą klient płaci za cukier leżący na półce w sklepie. Ceny cukru w UE są wypadkową kilku czynników: kwot produkcyjnych przyznawanych przez Brukselę (ustalonych w UE poniżej wysokości popytu wewnętrznego), kwot dostępowych dla preferencyjnego importu cukru spoza UE (bezcłowego lub z obniżonym cłem w ramach umów międzynarodowych) również regulowanych przez UE, cen światowych cukru (plus koszty cła, rafinacji, logistyki i pakowania)".

A ja słyszałem z ust znawców tematu, że w kapitalizmie wszystko miała regulować "niewidzialna ręka rynku", według której to zasady: dużo cukru na rynku = niska cena. No ale jak to może działać, gdy ktoś widzialny w Brukseli przyznaje kwoty produkcyjne i ustala ceny???

środa, 23 maja 2012

Kręcąc się wokół Facebooka



Już dawno temu, na starej odsłonie bloga, przyznałem, że raczej jestem na bocznym torze wydarzeń, wyznając: "Coraz częściej różnego rodzaju media obwieszczają, że: "kto nie będzie na Facebooku, będzie wykluczony z życia społecznego". Ups! Tym razem nie poddam się. Będę walczył do upadłego o swoją niezależność. No chyba, że... Bo co będzie począć, gdy pracodawcy będą zakładać swoje konta na tej "książce" i będą niechybnie sprawdzać, czy każdy pracownik kliknął na ikonkę "to lubię!"? Półtora roku minęło i dalej nie uświadczycie mnie na tym najbardziej popularnym serwisie społecznościowym świata.

Nie oznacza to oczywiście, że nie wiem, co się wokół mnie dzieje, więc i debiut giełdowy tego największego albumu rodzinnego został przeze mnie zauważony. Dwie sprawy mnie sprowokowały, do napisania kilku słów a propos i zamieszczenia kilku zdjęć (zdjęcie z gdyńskiego klubu, nieopodal Dalmoru jakoś naturalnie mi się kojarzy z Facebookiem).


Generalnie twórcom tego portalu i obecnego bogactwa nie zazdroszczę, co najwyżej mogę mieć pretensje do stwórcy, że poskąpił mi zdolności. Chociażby napisania takiego "kodu źródłowego w 2 tygodnie", co jak mi się wydaje, jest zdolnością niezbędną do zaistnienia w świecie wirtualnym. Jednocześnie śmieszy mnie takie mydlenie oczu kolejną karierą za kilka dolarów. Opowiadanie o kolejnym przykładzie kariery "od pucybuta do milionera". Co prawda Mark Zuckerberg założył stronę za jedyne 35 dolarów, ale bez wpompowania w przedsięwzięcie 500 tys. zielonych przez Petera Thiela, koleje losu tego portalu mogłyby potoczyć się zupełnie inaczej niż dziś to wygląda. Ta historia przypomniała mi jeden fragment audycji, w której "Pepek z gumy - nieślubny syn wodza Azteków", opowiadał właśnie historię, jak to bezdomny stał się milionerem. Przytoczę ją z pamięci. Pewnego razu Iksiński znalazł na ulicy surowego ziemniaka, ale go nie zjadł! Upiekł i sprzedał. Za te pieniądze kupił już dwa ziemniaki, których również nie zjadł. Upiekł je i za zarobione pieniądze kupił cztery ziemniaki. No a po dwóch tygodniach... dostał spadek i tak się stał milionerem. W przypadku Facebooka opowieść nie jest tak prosta (założyciel(e) musieli wykazać się pewnymi zdolnościami), ale bez "spadku" w postaci setek tysięcy zielonych... A gdy człowiek czyta pół-prawdy, to tylko wpada w depresje, że nie zauważył znowu życiowej szansy na dołączenie do tych z wypchanym portfelem, bo przecież te kilka dolarów, nawet w dziurawej kieszeni by się znalazło... Ale że cały pic jest w tej reszcie, tego już człowiekowi nie chcą media uzmysłowić. Łaj?

Zainteresowała mnie też - a może nawet przeraziła - liczba dodawanych każdego dnia do serwisu zdjęć. Dziennie 300 mln!!! I tak zastanowiło mnie, czy jest jeszcze jakiś fragment naszego globu, którego wizerunku nie można znaleźć w sieci? No ale może jednak w tym zalewie zdjęć, być może głównie w stylu: ja przed mostkiem, ja za mostkiem, ja na mostku... uda się człowiekowi zrobić coś, czego próżno szukać w internecie? Bo to tak fajnie mieć coś niepowtarzalnego. Może chociaż jakaś poręcz...

Zdj.Monika Goldszmidt
 W poniedziałek zerkam na wiadomość, o tym, jak to właściciele sklepu "W zgodzie z naturą" przy ulicy Morskiej 112a (blisko skrzyżowania z ul. Kalksztajnów) wybudowali dwa lata temu podjazd i poręcze, które teraz, podczas przebudowy tego rejonu drogowcy po prostu zlikwidowali. Właściciele sklepu, są takim obrotem sprawy zaskoczeni i jednocześnie rozczarowani brakiem odzewu urzędników na ich zapytania, co dalej będzie z tym fantem. Teraz prawdopodobnie sprawa znajdzie finał w sądzie, bo na linii urząd - obywatel porozumienia brak. Sprawa może nie byłaby warta mojego zainteresowania, ale...

Traf chciał, że z nudów zrobiłem w październiku zeszłego roku zdjęcie tego miejsca, stojąc w korku. Tak od niechcenia. Przez szybę samochodu. Może więc mam coś uwiecznione, czego próżno szukać w tych milionach zdjęć z Facebooka? Komu by się chciało robić zdjęcie takiego niepozornego fragmentu miasta? A może jednak znowu jestem naiwny? Swoją drogą, to muszę uważać, jakie zdjęcia robię. Zrobiłem "pancerny" kiosk na Chylońskiej - znikł, nyskę chciałem kilka dni później zrobić jeszcze raz - znikła (to akurat rzecz ruchoma, więc może się tak zdarzyć), teraz poręcz... Dobrze, że sobie zdjęć nie robię, bo też niechybnie bym znikł.



Podobno to ludzie mają władzę. Tak pojedynczo, to ciężko walczyć z biurokracją, ale jak się ludzie skrzykną na takim Facebooku (w obronie poręczy chociażby) to już łatwiej...

Patti Smith - People Have The Power

poniedziałek, 21 maja 2012

Nasz pociąg do...



Ul. Świętojańska. Czerwiec 2009. Miłe początki. Dzisiaj żaden z trzech punktów Captain Olsen nie istnieje.


Aktualnie miejsce ryb zajął makaron. Dla odmiany, w menu znajduje się np. makaron z tuńczykiem, jakby komuś pozostał pociąg... do ryb.


No właśnie - pociąg. O mało co, przemknęłaby mi niezauważenie - jak ten superszybki Shinkansen - gospodarska wizyta naszego premiera, ale zajęty byłem malowaniem ścian gniazdka rodzinnego "farbą, która pachnie". W sumie to do podróży Tuska podchodzę obojętnie, albo inaczej - czy ona by się odbyła, czy też nie, ściany musiałyby być pomalowane (utrapienie z tymi kobietami, ciągle trzeba im mieszkanie odświeżać. A gdzie czas na blogowanie?). Tak patrzę na skróty podróży... Pal sześć lot helikopterem nad autostradą, chociaż od tego nie przybyło jej ani milimetra. W sumie to też lubię sobie popatrzeć na nasz kraj z lotu ptaka. Zawsze to niecodzienna perspektywa, ale...

Czy organizatorzy i uczestnicy takiego "rajdu" muszą traktować mnie, jak człowieka ograniczonego umysłowo? Czy ci "na górze" muszą zachowywać się zupełnie tak samo, jak producent farby, która podobno miała pachnieć, a mnie po drugim malowaniu już głowa bolała od tego smrodu (widocznie wszyscy - oprócz producenta - wiedzą, że farba po prostu śmierdzi a nie pachnie)? Czy ja jestem debilem, który uwierzy, że premier, któremu każdego dnia nadworny kierowca limuzyny - kłaniając się w pas - otwiera drzwi, aby przypadkiem premier nie nadwyrężył sobie nadgarstka, musi teraz sam sobie kupować bilet kolejowy, tym samym chcąc udowodnić, że ręka go nie boli i jest jednym z nas?!?!? Swoją drogą, to niezła musiała zrobić się kolejka przy kasowym okienku, bo rozumiem, że cała świta (z "borowikami" i fotoreporterami włącznie) też karnie stanęła w ogonku i wysupłała trochę grosza na bilet. No bez jaj! Może sama podróż gospodarza, który nadzoruje swoje podwórko to niegłupi pomysł, ale to siermiężne wykonanie... Takie chwyty propagandowe, wypisz wymaluj rodem z PRL-u, jak z tym kupowaniem biletu, to już przerabialiśmy i się nie sprawdziły, więc po co powtarzać w kółko te same błędy? Każde tego typu starannie wyreżyserowane zachowanie jest sztuczne jak ta palma na środku skrzyżowania w Warszawie (jeśli jeszcze tam stoi), lub rolnik wystrojony w ślubny garnitur, podczas przerzucania gnoju za stodołą (bo telewizja przyjechała). A co sztuczne, to wiadomo: śmieszne i przede wszystkim niewiarygodne. I to zawsze będzie tak wyglądało, niezależnie, czy będzie podróżował Tusk, Kaczyński, Obama czy też Putin.
Hmmm. Czepiam się szczegółów? Tak. Wiadomo przecież nie od dziś, że diabeł tkwi w szczegółach. I tak samo, jak wynaleziona przez moje dziewczyny mała rysa na suficie, popsuła cały efekt moich malarskich zapędów, tak i głupie propagandowe szczegóły postawiły pod znakiem zapytania wiarygodność rządowej eskapady.
W sumie to żadna nowość, że rządzący tracą kontakt z rzeczywistością. Mam w pamięci wypowiedź w radiowej 'Trójce" jednego ze słuchaczy, dzwoniącego z Polski B, C, czy też D, przy okazji planów komputeryzacji wiejskich szkół: "O czym my mówimy? O jakiej komputeryzacji? Niech ci z rządu zejdą na ziemię, przyjdą rano na nasz przystanek PKS i niech zobaczą w jak rozwalonych butach dzieciaki jadą do szkoły". Cóż... Ani z pokładu helikoptera, ani z nowiutkiego przedziału pociągu (nawet drugiej klasy), szczegółów zwykłego życia nie zobaczymy, a jak już było powiedziane: diabeł tkwi w szczegółach.


sobota, 19 maja 2012

Jeloł kiper



Czy ten rolnik jest "jeloł kiperem", czy też jednak - zważywszy na ostoję zieleni pośród kwitnącego teraz rzepaku - zasługuje na miano "grin kipera"?

Wczoraj w radio usłyszałem wypowiedź pewnej pani... Niestety, radio to takie medium, że trudno cofnąć wypowiedź i przypomnieć sobie kto co dokładnie mówił, zwłaszcza, gdy słucha się jednym uchem i słuchana audycja jest tylko tłem do innych zajęć. Trudno jest mi więc określić, kim dokładnie była owa pani, ale miała coś wspólnego z przygotowaniami murawy naszych stadionów na Euro 2012. Nie układała osobiście tej trawy zapewne, bo: "jest kilku grin kiperów, którzy dbają o trawę".

No ja nie jestem jakimś fanatykiem, który pomstuje na każde wprowadzenie obcojęzycznych słów do naszej polszczyzny, ale bez przesady panie i panowie, którzy puszczacie w eter takie kwiatki. Choć dziś trudno wyobrazić sobie nasz język bez "weekendu" chociażby, to niektóre wtrącenia słowne, jak to dziś przytoczone, brzmią dla mnie po prostu śmiesznie.


No i na tym miał się wpis zakończyć, ale pech chciał, że natknąłem się na wiadomość: "Polskie linie ale bez polskiego personelu. Problem?". No nie mogłem przejść obok tego obojętnie, skoro już jesteśmy zdjęciowo w przestworzach i było słów kilka o języku polskim... A i zdjęcie a propos też w zasobach sobie leżało.


Przyjdzie czas, gdy spojrzymy wstecz i z łezką w oku będziemy wspominać takie tycie ceny...


Czy brak polskojęzycznej załogi na pokładzie samolotu linii lotniczych określających się jako polskie - OLT Express - jest problemem czy też nie, tego rozstrzygać mi się nie chce (tym bardziej że wcale nie wiadomo, czy one takie polskie). Faktem jednak jest, że gdyby był to narodowy przewoźnik, to polskojęzycznej obsługi bym oczekiwał. Podobnie jak wchodząc do Tesco nie jestem zmuszony porozumiewać się po angielsku, a w Biedronce po portugalsku, bo taki samolot traktuję jako ruchomy kawałek kraju rodzinnego. I w tym przypadku nie zgadzam się z opiniami, że "Polakowi nie dogodzisz" itp. Pewnych rzeczy trzeba wymagać i nie iść przez życie z podkulonym ogonem.

piątek, 18 maja 2012

Lenin wiecznie żywy, czyli słowo ciałem się stało



Nie minął miesiąc od opublikowania wpisu "I tak wszystko na złom", gdzie przy okazji publikacji powyższego (już historycznego) zdjęcia, padły słowa: " dlaczego słyszę szyderczy śmiech historii, gdy czytam o chęci przywrócenia imienia Lenina nad stoczniową bramą w Gdańsku?". No i okazuje się, że właśnie słowo ciałem się stało - stocznia (a raczej stoczniowa brama) jest znowu im. Lenina, na którą, w chwilę po zamontowania zdążyły posypać się jaja.

Zdjęcie z sierpniowych strajków (stocznia gdańska jeszcze pełnoprawnie im. Lenina), rozprowadzane pocztą pantoflową, więc autor jest mi nieznany.
Prawdę mówiąc nie mam wyrobionego zdania na temat tego swoistego powrotu do przeszłości. Oczywiście wszystko zależy od intencji, jakim ma to wszystko służyć. Na ile to swoiste "ku pamięci" ma sens? Czy jest w ogóle potrzebne? Może wystarczyłyby zdjęcia historyczne, których jest przecież w różnych archiwach bez liku?

Ja rozumiem rozgoryczenie stoczniowców i postronnych ludzi, którzy pomstują na ten pomysł: nie po to była ta cała walka, aby Lenin był wiecznie żywy, ale z drugiej strony... Przywrócono dawnego patrona, ale czemu? Bramie, czy zakładowi, którego de facto w postaci pierwotnej już nie ma? I tu mi się nasunęła taka refleksja. Mam kilku znajomych, którzy wyjeżdżają regularnie do pracy do stoczni brytyjskich i norweskich. Również kilka razy leciałem samolotem w tamtych kierunkach i zawsze - podkreślam: zawsze - 90 procent pasażerów stanowili nasi fachowcy, w wieku ok. 40-50 lat, przemieszczający się "za chlebem". Przez niektórych zwani nieudacznikami. Dla mnie bardziej nieudacznikami są ci, którzy doprowadzili do tego stanu, że nasza siła robocza, zamiast powiększać nasz produkt krajowy, to napycha kieszenie obcym stoczniom (i liniom lotniczym - też obcym). Bardziej mnie interesuje fakt, dlaczego gdzie indziej się opłaca przemysł stoczniowy, a u nas jakoś się nie da? A to, czy Lenin będzie wiecznie żywy, czy też obrzucony jajami, jest dla mnie sprawą drugorzędną. To są "igrzyska", a "chleb"... często chleba ludzie są zmuszeni szukać poza granicami kraju. I to jest bardziej smutne, niż symboliczne powroty.


I jeszcze tak a propos symboli.
Kiedyś napisałem: "Wzg. św. Maksymiliana - dawniej Wzgórze Nowotki. Komu to przeszkadzało?". To było tak pół żartem, pół serio, bo to tak łatwiej człowiekowi wymówić "komunistyczną" nazwę. Ale...

Chyba w najbardziej zatwardziałych kręgach betonu partyjnego nie przewidziano takiego scenariusza.

Miesiąc temu wpadł mi w ręce egzemplarz bezpłatnej gazety "Gazeta Pomorza Kurier". No i w niej zaciekawił mnie tytuł: "Bolszewicy w Bolszewie mają się dobrze" z podtytułem: "Kontrowersyjni patroni ulic nikomu tu nie przeszkadzają". Oprócz rysu historycznego wspominanych postaci, w artykule podawane są przyczyny, dla których patroni ulic, których próżno szukać w innych miastach, w podwejherowskim Bolszewie trwają nadal na posterunkach. Powód przyziemny. Niepotrzebne komplikowanie sobie życia przy dodatkowych kosztach (zmiana dowodów osobistych i innych dokumentów). Podczas ostatnich wyborów samorządowych nawet sondowano wśród mieszkańców Bolszewa kwestię zmiany nazw ulic (z poczucia winy?), ale mieszkańcy "traktowali je na ogół obojętnie, nie przywiązując wagi do ich ideologicznego znaczenia".



Bolszewo to tak jak Berlin. Tam też znajduje się ulica Marchlewskiego (sprawdzałem). A ulicę Nowotki spotkamy jeszcze - wg. artykułu - w Trzebiatowie i Debrznie w woj. zachodniopomorskim, Glinojecku, Sulejówku i Ostrołęce w woj. mazowieckim, Ksawerowie w łódzkim oraz w Świętochłowicach i Będzinie w woj. śląskim.
Żeby było jeszcze bardziej ciekawie, to w Bolszewie, pomiędzy ul. Nowotki i Buczka znajduje się... ulica kardynała S. Wyszyńskiego! Cóż, tak jak już wielokrotnie wspominałem: "daleko od szosy" czas biegnie zupełnie innym torem.


niedziela, 13 maja 2012

Szkielet coraz wyraźniejszy



Kolejne spojrzenie na postępy prac przy przeróbce dawnego budynku POSTI przy ul. Polskiej, której po amatorsku się przyglądam. Tak z sentymentu do jego poprzedniego zastosowania. Myślę, że budynek już więcej swoich sekretów nie odkryje. Niewiele pozostało ze starej materii - sama konstrukcja nośna.

28 marca tego roku.

09 maja - budynku coraz mniej, został już prawie sam szkielet.





 

sobota, 12 maja 2012

Tour de kapsel




Kiedyś w maju to była taka Małyszomania na kołach.

Czy gra w kapsle była wynikiem zapatrzenia na wyczyny Szozdy, Szurkowskiego, czy też "naszego" Mytnika? Taka jest wersja oficjalna. Dla mnie pstrykanie w metalowe kapsle, przy nieodłącznych okrzykach: "ścinka!", "rowerek!", co było równoznaczne z "nie liczy się!", po prostu było jedną z najprostszych podwórkowych zabaw. Wystarczył but, który nakreślił trasę wyścigu na piasku... i już!

W moim przypadku gra w kapsle doprowadziła w pewnym momencie do konfliktu pokoleń. Zdrowo mi się oberwało za to, że wyciąłem flagi państw z atlasu świata w celu ozdobienia nimi moich zawodników. Podłość rodziców nie zna granic...

Dziś wpisując do przeglądarki hasło "gra w kapsle" można znaleźć tandetną próbę naśladownictwa gry sprzed lat. Czyż mogą się równać z niepowtarzalnymi wyrobami własnych rąk, jakieś badziewiaste (made in China?) plastikowe wyroby kapslopodobne? To nieprawdopodobne!

piątek, 11 maja 2012

Fotograf na cenzurowanym



Kto wymyślił taką durną nazwę: "farma piękności"? Bardziej kojarzy mi się to z upiększaniem zwierząt niż ludzi. Za PRL-u przyodziewali się tu ci, za którymi "panny sznurem".

Taki fotografujący amator, do jakich ja się zaliczam, to ma często przerąbane. Nie wiadomo, co można opublikować, a co nie; czy widoczny na zdjęciu człowiek jest jego tłem, czy też głównym motywem, czy wystawiony na widok publiczny numer rejestracyjny samochodu jest jednocześnie informacją tajną? Czy widoczna na powyższym zdjęciu kobieta, dzięki ogromniastym ciemnym okularom, zrobiła samoistnie sobie taki czarny pasek, zasłaniający oczy osób, które mają pozostać nierozpoznane? Wszystko jest niby jawne, ale zarazem tajne.

No właśnie: "tajne". Ta kobieta, po przejściu ulicy na drugą stronę (oj oj, w niedozwolonym miejscu), zaczęła mnie strofować. - A co pan tu robi za zdjęcia? To jest obiekt wojskowy! Nie wolno tu robić zdjęć! Po co robi te zdjęcia? - Dla KGB - odpowiedziałem, czując od początku groteskowość sytuacji. - No chyba tak - usłyszałem na odchodne. No bo niby jaką inną instytucję mogłaby zainteresować "wojskowa" farma piękności (może mieli tu receptę aby Lenin był nie tylko wiecznie żywy, ale i zarazem piękny)? Tę sytuację potraktowałem z przymrużeniem oka, ale gdy dwa lata temu strzelałem sobie fotki w jakiejś małej miejscowości w głębi Polski, podszedł do mnie pewien jegomość, zupełnie na poważnie pytając: - Pan tu sobie tak fotografuje, a o pozwolenie pan pytał? - Pozwolenie na co? Na fotografowanie miasta? Czy panu epoki się nie pomyliły? - też najzupełniej poważnie odpowiedziałem pytaniem na pytanie. Widząc chwilę wahania strony przeciwnej jeszcze dodałem: - Ja rozumiem, że wasza miejscowość nie jest znaną atrakcją turystyczną i widok kogoś fotografującego może nie jest tu codziennością, ale jak pan pojedzie gdzieś na wakacje to nie zrobi sobie zdjęcia bez pytania o pozwolenie? Po tych słowach się oddalił...


No i człowiek tak sobie strzela fotki, myśląc, że to on właśnie jest myśliwym, ale często-gęsto okazuje się, że to myśliwy, jest zwierzyną łowną - jest bacznie obserwowanym przez otoczenie.

czwartek, 10 maja 2012

Błyskawiczne kolejki



Tu "od wieków" nic się nie zmienia. Szczególnie, gdy przychodzi sezon wycieczek szkolnych. ORP Błyskawica jest ostatnio szczególnie kolejkotwórczy - kilka tygodni temu utworzyły się kolejki pod placówkami NBP, w których trzeba było zmarnować sporo czasu (jak za dawnych lat), by stać się szczęśliwym posiadaczem monety z wizerunkiem tego okrętu.


 Budynek, a raczej barak, w którym znajduje się kasa okrętu-muzeum, sam też przypomina eksponat muzealny, swym wyglądem nie pasujący już dawno do zmieniającego się otoczenia.


Uzupełnienie.
Pisząc, że "tu od wieków się nic nie zmienia", miałem oczywiście samo zjawisko wycieczek szkolnych, dla których zawsze wizyta na okręcie będzie atrakcją. I nie ważne, czy będzie tą atrakcją "Burza" czy też "Błyskawica". Zmieniło się samo otoczenie: wygląd nabrzeża, no i teren, po którym można było swobodnie się poruszać. Wszystko to widać na pocztówce sprzed lat (wysłanej w 1974).

 Okręt - Muzeum "Burza". fot. M. Raczkowski (przełom lat. 60/70).
 

środa, 9 maja 2012

Lot orła - z góry widać lepiej?



Daj orłowi grzędę, a on: wyżej siędę. Zauważ, jak mała biedronka dźwiga orła...

Dzisiejszy skwer Kościuszki - trawa tylko dla orłów (a co pod tą trawą?).

I tak przy okazji ostatniego wpisu, w którym przytoczyłem słowa prof. Witolda Kieżunia, a propos dziś zrobionych zdjęć i aby obrazek nie był zbyt sielskim, tak sobie przypomniałem pewną rozmowę z kierowcą ciężarówki, która miała miejsce w latach 90 (w tym czasie taka ciężarówka firmy TOP 1000 występowała w reklamie PZU pod hasłem: "duży może więcej"). Tych rozmów było wiele, przeważnie o niczym. Miały one zazwyczaj zadanie wypełnić czas oczekiwania w zakładach pracy lub na granicach (tych nadal dziś istniejących i tych już formalnie zniesionych). Jedną z tych rozmów, które przechowuje moja pamięć, dotyczyła tego, co się z kraju naszego swego czasu wywoziło. Mój kolega po fachu wywoził z Polski... maszyny włókiennicze z jednej z łódzkich przędzalni. Twierdził, że fabrykę kupił zagraniczny inwestor i teraz wywozi maszyny. Wszystko to było mówione w otoczce niszczenia polskiej gospodarki i temu podobnych. No, można powiedzieć: takie tam ludzkie gadanie szarej masy, która może nie wiedzieć, co właściwie wywozi i co w ekonomii piszczy.

Zwykłemu szaremu człowiekowi można nie wierzyć, więc może podeprę się słowami profesorskimi - to zawsze lepiej brzmi. Wspominany wcześniej Witold Kieżuń podaje taki przykład - jak to nazywa - neokolonializmu: "Siemens kupuje polski ZWUT, który dysponuje wówczas monopolem na telefony w Związku Radzieckim. Niemcy dają pracownikom dziewięciomiesięczną odprawę. Wszyscy są zadowoleni. Po czym burzą budynek, całą aparaturę przenoszą do Niemiec i przejmują wszystkie relacje z Rosją. Likwiduje się „Kasprzaka", produkcję układów scalonych, diod, tranzystorów, a nawet naszego wynalazku, niebieskiego lasera. Wykupuje się polskie cementownie, cukrownie, zakłady przemysłu bawełnianego, świetną wytwórnię papieru w Kwidzyniu. A my uzyskane pieniądze przejadamy".

No więc jak to było? To te wszystkie urządzenia, które podobno były przestarzałe, do wyprodukowania niczego sensownego się nie nadawały, były warte wywiezienia? To o co w tym wszystkim kaman? Coś mi ten wywóz urządzeń trąci oddziałami trofiejnymi Armii Czerwonej, które w czasie ostatniej wojny wywoziły wszystko, co się nawinęło pod ręce i co mogło być przydatne gospodarce ZSRR. W latach transformacji zmienił się tylko kierunek wywozu. O skali procederu trudno szaremu człowiekowi się wypowiadać. Tak samo zmienił się kierunek, skąd przychodzą rozkazy. Kiedyś z Moskwy, teraz z Brukseli i z bardziej daleka. A rozkaz, wiadomo, trzeba potulnie wykonać.

Hmmm. Bądź tu szary człowieku mądry, skoro i ci bardziej wykształceni błądzili jak we mgle: "– Aleksander Małachowski przyznał później – byliśmy jak barany."** Ale czy my nadal nie jesteśmy tymi baranami, pasącymi się na zielonej wyspie Europy? No i jak bardzo zielona jest ta wyspa? I czy nie mogła być bardziej zielona, gdyby nie przejadające zieleń barany naczelne i zamiecione pod ten zielony dywan przekręty i przekręciki?




**Witold Kieżuń - Polska neokolonią

niedziela, 6 maja 2012

Cały naród buduje swoją Ojczyznę



"Pomożecie?", "Pomożemy!", albo "Cały naród buduje swoją ojczyznę" - leci komuną z kilometra. Ja już na pewno nie będę pomagał, tylko wymagał. Każdy za coś bierze kasę - w kilka sekund można znaleźć w sieci temu podobne wypowiedzi. Z byle powodu.
Ja płacę podatki! Moje dzieci nie będą sprzątały szkoły! - takie głosy padały, gdy kilka tygodni temu gdzieś w Polsce chciano zaprząc do pracy uczniów zamiast sprzątaczek (w ramach oszczędności).
Ja z kolei doskonale pamiętam ze szkoły podstawowej wymóg przepracowania w roku szkolnym, 60 godzin bodajże, w ramach godzin społecznych. Zazwyczaj chodziło się do sklepów, pytając czy nie można czegoś tam zrobić. Zazwyczaj coś tam się posprzątało, na półki powykładało (to tak jak dzisiejsze bezpłatne staże), albo... na odczepnego dostało się wpis zaświadczający nieprawdę. W zależności od okoliczności. Przeważnie jednak coś tam się zrobiło społecznie dla ludowej wtedy ojczyzny.

Sianów. Tu już nie walczy się zapałkami.

No to wiemy, czego można było spodziewać się po komunie w temacie darmowej pracy. No ale jak było chwilę wcześniej? Przed wojną, gdy Polacy mogli się cieszyć wolnym krajem. Kilka tygodni temu wysłuchałem w radiowej "Trójce" rozmowy z prof. Witoldem Kieżuniem, dziś mającym 90 lat, który opowiadał o swoim życiu. Szczególnie dużo o Powstaniu Warszawskim i latach powojennych (widać teraz, że zdjęcie nie jest pozbawione sensu). Mnie jednak zainteresowała krótka wzmianka o momencie życia profesora, gdy miał 17 lat, tuż przed wybuchem wojny. Oto co powiedział: "Zdałem maturę i jadę na miesięczny kurs Junackich Hufców Pracy. To było obowiązkowe. Buduję drogę z Zakopanego do Kościeliska. Fizycznie pracuję. To była kapitalna koncepcja. To był obowiązek, po maturze trzeba było miesiąc fizycznie pracować...".

Po takich słowach, to powoływanie się "na komunę", gdy tylko coś nam obecnie nie pasuje, jest po prostu nielogiczne. W wielu przypadkach, słusznie obalony system tylko powielał istniejące wcześniej wzorce. Czy to było robione udolnie i nieudolnie, to inna sprawa. Spróbujmy za to teraz zaprząc kogokolwiek do społecznej pracy dla naszej Ojczyzny! Czyżby to już nie był nasz "ukochany kraj, umiłowany kraj"? A może po prostu: no przecież teraz płacimy podatki!

Junacy budowali drogę z Zakopanego do Kościeliska w czynie społecznym, żołnierze LWP - w dużej części zafundowali nam "gierkówkę", też na tych samych zasadach co junacy, a dziś wszyscy myśleli, że uda wybudować się autostrady za miskę ryżu, albo też wręcz za darmo? Ale to już nie te czasy. Firmy budujące nasze drogi ku Euro 2012 (bo przecież tak normalnie one nie byłyby nam potrzebne) padają jak muchy, bo jakoś w tym przypadku nikt społecznie nie chce dróg budować.

piątek, 4 maja 2012

Bajka z wybuchową blondynką



Dziś spojrzenie na dalszą historię związane z miejscem znajdującym się przy skwerze Kościuszki (z kolejnym kinem w tle). Nie chodzi mi jednak o znane większości z nas kino Goplana, które znajdowało się nie tak dawno jeszcze temu po prawej stronie od siedziby banku Millennium.
Kino Bajka - bo o nie chodzi - nie było na blogu dotychczas wspominane, ze względu na jego krótkotrwałą historię i początkowy mój brak orientacji w temacie. Z pomocą w dokładnej lokalizacji kina przyszły zasoby Narodowego Archiwum Cyfrowego.

Zdjęcie przedstawia ćwiczenia straży pożarnej z 1934 roku.
Opis zdjęcia również zawiera informacje widoczne w części handlowej budynku: "Na parterze budynku widoczne sklepy: "Drogeria-Foto magister Zygmunt Lanota", oraz reklama filmu "Wybuchowa blondynka" z udziałem Jean Harlow w kinie Bajka, przy skwerze Kościuszki".

Kino Bajka przejęło lokal po kawiarni Esplanada i rozpoczęło swoja działalność w 1931 roku. Nie zagrzało jednak kino zbyt długo tu miejsca, gdyż stan techniczny nie odpowiadał wymogom i odebrano pozwolenie na prowadzenie takiej działalności. W zasadzie tylko takie lakoniczne informacje można znaleźć o samym kinie. Cóż, krótka historia działalności, to i krótkie wzmianki. Gdyby nie ćwiczenia straży pożarnej, to i może takiego zdjęcia by nie było? A tak nawet wiemy, co było grane prawie 80 lat temu.

 No właśnie, zaciekawiło mnie, kim była owa "wybuchowa blondynka", bo samo Jean Harlow nic mi początkowo nie mówiło. Okazuje się, że to taka poprzedniczka Marilyn Monroe - jedna z wielu filmowych blond symboli seksu, które jednak - tak mi się wydaje - są "jak kwiaty cięte w maju - szalenie krótko się trzymają". Ta amerykańska "wybuchowa blondynka" - właściwe jej imię to Harlean - zmarła w 1937 roku, mając zaledwie 26 lat. W tym czasie, już czaiła się za rogiem kariera Marilyn Monroe, której też w latach późniejszych przedwcześnie się zmarło. Widocznie taki los filmowej blondynki... Ale to tak przy okazji już kolejnego spacerku po gdyńskich kinach.


W zaledwie minutowym materiale nt. przedwojennych kin, przemyka też chylońskie kino Promień -  zapewne widok tuż powojenny, bo jeszcze z przekreśloną niemiecka nazwą Kielauer Lichtspiele. Zdjęcie ponownie pojawia się w materiale dotyczącym już tylko kinom: Promień i Marynarz (tak na marginesie: zbiera mi się na wymioty, gdy przy każdej okazji słyszę słowo "kultowy", odmieniane przez wszystkie przypadki - niedługo to i sznurek do snopowiązałki będzie kultowy).
Przypomnę jeszcze raz kilka słów o "kurniku", które znalazły się na poprzednim blogu. W parterowej części budynku widocznego na zdjęciu do połowy lat 90. mieściło się niewielkie kino Promień, potocznie zwane kurnikiem. Nazwa niezbyt pochlebna dla miejsca będącego korytarzem prowadzącym do krainy iluzji, bardziej kolorowego świata. Ale co tu było wcześniej? Okazuje się, że kino było tu "od zawsze". W latach 1937-1939 mieściło się tu kino Lily, a w okresie okupacji Kielauer Lichtspiele - Kielau to dawna nazwa Chyloni. W pierwszych miesiącach po zakończeniu drugiej wojny światowej, od maja do października 1945, kino nosiło nazwę Wolność. Tak na marginesie, to chyba w większości polskich miast istniały kina: Wolność, czy też Warszawa."Po zmianie nazwy na Promień funkcjonowało do połowy lat 90. XX wieku" - brzmi ostatnie zdanie ze ściągawki (publikacje Urzędu Miasta Gdyni). Zbyt mało znaczącym był to obiekt, aby dokładniej określić ten fakt, chociażby z dokładnością co do roku. Ja również nie jestem w stanie tego określić, gdyż w tych latach już dawno nie byłem klientem tego kina, wystającym kiedyś w kolejce po niewielki kawałek papieru z wypisanymi, zazwyczaj ołówkiem, cyframi przełamanymi ukośnikiem. W ten prosty sposób określało się wtedy miejsce docelowego postoju podczas seansu. Funkcjonowało też w owych czasach rozróżnienie na "miejsca pierwsze", te bliżej ekranu, wymagające od oglądającego mocnego karku, i "miejsca drugie", nie wymagające już takich ćwiczeń gimnastycznych.

Dziś znajduje się tu... bank Millennium, który widocznie lubi lokale po starych kinach.

czwartek, 3 maja 2012

Handel w niedziele i święta



Styczeń 2008

Tak patrząc na ruch w interesie, czyli zmianach szyldów nad dawnym kinem Warszawa, przyszła mi taka myśl do głowy, że zakaz handlu w dni wolne od pracy powinien być obowiązującym po wsze czasy, bo... ale o tym po obejrzeniu zdjęć.

Grudzień 2010

Kwiecień 2012


Większość ludzi jest zadowolona z tego, że o każdej porze dnia, w każdym dniu tygodnia może zrobić zakupy (gorzej z tymi, którzy muszą w tych sklepach pracować). Ale tak zacząłem myśleć, o niedawno przytoczonych słowach z wywiadu z Andrzejem Andrusem, dotyczących czasów minionych i przytoczonym tam przykładzie stania jego rodziców po nocach po kilogram kiełbasy, którą w dodatku nie zawsze dostali. Pomijam fakt, że po takim jednym zdaniu jawi się czytającemu te słowa, Polska żywcem przypominająca opisy życia w Korei Północnej. Zadać można sobie pytanie: nie dostali kiełbasy i co? Głodowali? A może żywili się wtedy korzonkami? Oczywiście że nie, coś tam wymyślili i zjedli danie zastępcze. I w tym temacie pełna zgoda, że takie czasy przymusowej kreatywności mamy za sobą. Pamiętam jak dziś, gdy moja matka siedziała przed telewizorem, pilnie spisując do zeszytu (kiedyś chyba w każdym domu istniał specjalny zeszyt z przepisami kulinarnymi), podawany przez szklany ekran przepis na coś słodkiego. Wszystko szło dobrze, do momentu, gdy okazało się, że trzeba dodać orzechów laskowych... W tym momencie pieprznęła ona owym zeszytem w kąt mieszkania (może dlatego tak mi wryło się to w pamięć?) wręcz krzycząc: i skąd ja niby wezmę teraz orzechy laskowe!!! No i co było dalej? Upiekła coś innego, co nie wymagało takich ekstrawagancji, jak rzeczone orzechy. Nie głodowaliśmy, choć nie zawsze jedliśmy to, na co mieliśmy ochotę.

A co to wszystko ma niby wspólnego z handlem w dni wolne? Tak pomyślałem, że w PRL-u każdy musiał wykazać się kreatywnością i zapobiegliwością aby przetrwać. Również w kuchni. Ale gdy mimo to, czegoś nie przewidział i zabrakło człowiekowi jakiegoś newralgicznego składnika potrawy, to co? Poddał się? Nie! Poszedł do... sąsiada (to taki ktoś, kto mieszka blisko nas), aby pożyczyć dla przykładu szczypty soli. Jeżeli miał pecha i trafił na mało rozgarnięte dziecko sąsiada - jest taki przykład na film z dawnych lat - w odpowiedzi mógł usłyszeć: my nie mamy żadnej szczypty, ale zazwyczaj się udawało uzupełnić braki.

No a teraz raczej ludzie nie chodzą "po sąsiadach" w poszukiwaniu uzupełnienia braków w swojej kuchni. Taki jakby obciach, w czasach, gdy wszystko na wyciągnięcie ręki. No i tym sposobem stosunki międzysąsiedzkie się rozluźniają. Przez dobrobyt i... handel w niedziele i święta. Dlatego też powinien on być w te dni zakazany, bo wyraźnie osłabia więzy międzyludzkie (zupełnie tak samo jak schody ruchome i windy - ale o tym przy okazji).

I tym sposobem coraz mniej zrozumiałe mogą być słowa piosenki Alibabek, które podawały przykłady sąsiedzkiej pomocy: "...pożyczy ci zapałki, pół masła, kilo soli [...] a zimą ci pomoże przy węglu i przy koksie...".
 
 

wtorek, 1 maja 2012

Niech się święci...



Niech się święci..... Yyyyyy, to znaczy, nich żyją ludzie dobrej roboty! Ci z PRL-u oczywiście, bo ta dzisiejsza młodzież, to niczego porządnie wykonać nie potrafi (wszyscy fachowcy wyjechali z kraju?). A miałem odpoczywać, a tu taka okazja do pochwalenia ludzi dobrej roboty rodem z PRL-u. Nie można z tym zwlekać, trzeba ratować honor pokoleń czasów minionych.


Właśnie miałem tylko zerknąć na nagłówki wiadomości, nie zagłębiając się w ich treść, a tu czytam njusa o rozpoczęciu sezonu wycieczkowców. Tam też od razu rzuca mi się w oczy nazwa statku, i wiadomość, że największym wycieczkowcem w tym roku, jaki ma zawinąć do Gdyni, ma być Costa Pacifica.... Zaraz, zaraz... coś mi się skojarzyło. Czy to nie płytę z nazwą tej jednostki pływającej uwieczniłem nie tak dawno temu na Molu Południowym (zainspirowany ekstrawaganckim, nazwijmy to, jej wyglądem)? Bingo!

No i co z tego, że to ładnie wygrawerowane, wypolerowane, dopieszczone, skoro roku nie wytrzymało!?!?!? Znowu ktoś coś wykonał zlecenie najtaniej jak się tylko dało? Nie widać jakoś śladów celowej dewastacji, wyraźnie jakieś siły nadprzyrodzone zadziałały od spodu... A PRL-owska robota (przaśna bo przaśna), niedługo rozpocznie czterdziestkę. A wiadomo, że życie zaczyna się po 40...

Jak to leciało? Z kogo się śmiejecie? itd...