sobota, 28 kwietnia 2012

Za komuny było lepiej



Tytuł wpisu z typu takich, które na większość ludzi działają jak płachta na byka. I tak właśnie ma być. Przynajmniej na początek. Nic tak ludzi w Polsce nie poróżnia, jak tamte czasy (no może teraz wygrywa w cuglach "katastrofa smoleńska?), więc może nie wnerwiać ludności? Jenak ze względu na działalność blogową, interesuje mnie każde zdanie wypowiedziane w temacie słusznie minionej epoki, szczególnie padające z ust tych, którzy wypłynęli na szersze wody. Dlatego też załączę kilka zdań z wywiadu z Arturem Andrusem, który ukazał się w jednym z kwietniowych wydań "Dużego Formatu". Twórczość kabaretowa Andrusa nie specjalnie przypada mi do gustu, ale po prostu lubię czytać wywiady.

Tam też pada pytanie: "Pan jest z tego (pokolenia - uzupełnienie moje), które liznęło komuny". Artur Andrus odpowiada: "- Padła, jak wchodziłem w dorosłe życie. W 1989 roku kończyłem 18 lat. Wkurza mnie, jak ktoś mówi, że za komuny było lepiej, bo nie było. Chociaż wiem, łatwo mi się to mówi z pozycji osoby, która ma pracę, mieszkanie i nie obawia się, że jutro zostanie bez środków do życia. Być może niektórzy mają prawo tęsknić za komuną, bo wtedy nie bali się, że nie będą mieli za co kupić jedzenia. Tyle że musieli stanąć w nocy w kolejce, żeby dostać kilogram kiełbasy. I nie zawsze dostali.
Właściwie dopiero jak dorosłem, zdałem sobie sprawę, że to był system, który zmarnował życie moim rodzicom. Ciężko pracowali, żeby wykształcić, nakarmić i ubrać mnie i brata, zapewnić nam przyszłość. I nagle po kilkudziesięciu latach okazało się, że sami mają z tego bardzo mało, emerytury po 1000 złotych i recepty na leki za kilkaset. A ja chciałbym, by po latach pracy doszli do takiego momentu, w którym mogą sobie np. odwiedzić miejsca, jakie zawsze chcieli zobaczyć. Niestety, taką szansę im zabrano, a nie wszyscy byli tego pozbawieni w tamtym systemie. Paru sekretarzy partii nie najgorzej sobie żyło w czasie sprawowania władzy, później też. O to mam największy żal do komuny. O rodziców. O siebie niespecjalnie, bo mnie tamten system krzywdy nie zrobił, skończył się w szczęśliwym dla mnie momencie".


No oczywiście, nie nie można powiedzieć, że "za komuny było lepiej", bo nie było. Ale nie wkurza mnie, jak pana Andrusa, jak ktoś tak mówi, bo rozumiem, że nie ma tego dokładnie na myśli. To takie uproszczenie. Odreagowanie. W większości przypadków zamaskowanie, rozczarowania tym co im przyniosła przyszłość. Apetyty były wielkie, ale wielu musi obejść się smakiem. Smakiem... smakiem... czego? Kiedyś było jasno napisane: "wyrób czekoladopodobny" i "opakowanie zastępcze". Jasno i na temat. Dziś to właściwie nie wiemy, co tak naprawdę jemy, o czym przekonujemy się przy okazji kolejnych afer z żywnością w rolach głównych i przeprowadzanych kontrolach Sanepidu. No ale teraz jest fajnie, chociaż ładnie wszystko opakowane, a wtedy mało kogo interesuje, co tak faktycznie jest w środku (jemy oczami), choć czasami może się okazać, że ta wystana w kolejce kiełbasa była lepsza, niż ta, po którą można sięgnąć dziś bez problemu w każdym sklepie. Chodzi jedynie cały czas o to, "aby te plusy nie przesłoniły wam minusów". Rozumiem jednocześnie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i gadanie, że teraz każdy ma szansę na wybicie się, bo za komuny tylko sekretarzom partii dobrze się żyło, to nic innego, jak zawoalowane: biednyś boś głupi, głupiś boś biedny. Ale poprawność polityczna zabrania tak jasno to sprecyzować. Dzisiaj też są "sekretarze", którym dobrze się powodzi. A czy przyszli emeryci, ci machający dziś przykładową łopatą, też będą mogli "odwiedzić miejsca, jakie zawsze chcieli zobaczyć"? Oby tak było, chociaż prognozy są marne...


Każdy widzi to, co chce. Jeden będzie widział w - ostatnio wyczajonej - niebieskiej nysce wyłącznie "milicyjną sukę", a drugi, zobaczy po prostu kawałek naszej historii motoryzacji (jaka ona była, taka była, ale wymazać się jej nie da), nie upolityczniając koloru niebieskiego.


I jeszcze na koniec coś w temacie: kiedyś było lepiej (a w ogóle, co to znaczy: lepiej?), trochę nawiązując do niedawnych dywagacji o wyższości papieru i atramentu nad zapisem cyfrowym. Nie wiem czy dobrze rozumuję: "photo developed in 1990 from film exposed in the 1800's", oznaczać ma, że zdjęcie naświetlono dawno dawno temu, a dopiero w 1990 roku je wywołano? Tak to rozumiem. Być może zamroziło się i dlatego miało się tak dobrze przez wiele lat? Pochodzi bowiem z jednej z wypraw do Arktyki norweskiego statku Fram. Dyskietka, czy też płyta, dałaby radę?


2 komentarze:

  1. "Tak to bynajmniej pojmuję"
    słowo 'bynajmniej' nie jest tożsame z 'przynajmniej' więc zdanie nie ma sensu. Pozdrawiam. Stały czytelnik

    OdpowiedzUsuń
  2. Chociaż jest znak, że ktoś to przeczytał. ;)

    OdpowiedzUsuń