poniedziałek, 30 kwietnia 2012

Majówka z gwiazdą na plaży



Coraz mniej już takich "gwiazd" na naszych ulicach. Nawet już tych nie komunistycznych (komunistyczna wersja na teledysku).


Odpoczniemy od ciężkich tematów. Przyszedł maj, słońce coraz mocniej przygrzewa... Nie ma siedzenia przed komputerami. Wynocha za miasto!
W takich okolicznościach przyrody to nawet w zamierzchłych czasach świat jawił się pełen optymizmu. Nic to, te chwilowe przejściowe, brak kiełbasy, nadmiar octu... Przypadkiem zerknąłem na stareńki teledysk Skaldów (1969), który udowadnia, że najwięcej witaminy mają polskie dziewczyny (niezależnie, w jakiej epoce przyszło im i nam żyć).


sobota, 28 kwietnia 2012

Za komuny było lepiej



Tytuł wpisu z typu takich, które na większość ludzi działają jak płachta na byka. I tak właśnie ma być. Przynajmniej na początek. Nic tak ludzi w Polsce nie poróżnia, jak tamte czasy (no może teraz wygrywa w cuglach "katastrofa smoleńska?), więc może nie wnerwiać ludności? Jenak ze względu na działalność blogową, interesuje mnie każde zdanie wypowiedziane w temacie słusznie minionej epoki, szczególnie padające z ust tych, którzy wypłynęli na szersze wody. Dlatego też załączę kilka zdań z wywiadu z Arturem Andrusem, który ukazał się w jednym z kwietniowych wydań "Dużego Formatu". Twórczość kabaretowa Andrusa nie specjalnie przypada mi do gustu, ale po prostu lubię czytać wywiady.

Tam też pada pytanie: "Pan jest z tego (pokolenia - uzupełnienie moje), które liznęło komuny". Artur Andrus odpowiada: "- Padła, jak wchodziłem w dorosłe życie. W 1989 roku kończyłem 18 lat. Wkurza mnie, jak ktoś mówi, że za komuny było lepiej, bo nie było. Chociaż wiem, łatwo mi się to mówi z pozycji osoby, która ma pracę, mieszkanie i nie obawia się, że jutro zostanie bez środków do życia. Być może niektórzy mają prawo tęsknić za komuną, bo wtedy nie bali się, że nie będą mieli za co kupić jedzenia. Tyle że musieli stanąć w nocy w kolejce, żeby dostać kilogram kiełbasy. I nie zawsze dostali.
Właściwie dopiero jak dorosłem, zdałem sobie sprawę, że to był system, który zmarnował życie moim rodzicom. Ciężko pracowali, żeby wykształcić, nakarmić i ubrać mnie i brata, zapewnić nam przyszłość. I nagle po kilkudziesięciu latach okazało się, że sami mają z tego bardzo mało, emerytury po 1000 złotych i recepty na leki za kilkaset. A ja chciałbym, by po latach pracy doszli do takiego momentu, w którym mogą sobie np. odwiedzić miejsca, jakie zawsze chcieli zobaczyć. Niestety, taką szansę im zabrano, a nie wszyscy byli tego pozbawieni w tamtym systemie. Paru sekretarzy partii nie najgorzej sobie żyło w czasie sprawowania władzy, później też. O to mam największy żal do komuny. O rodziców. O siebie niespecjalnie, bo mnie tamten system krzywdy nie zrobił, skończył się w szczęśliwym dla mnie momencie".


No oczywiście, nie nie można powiedzieć, że "za komuny było lepiej", bo nie było. Ale nie wkurza mnie, jak pana Andrusa, jak ktoś tak mówi, bo rozumiem, że nie ma tego dokładnie na myśli. To takie uproszczenie. Odreagowanie. W większości przypadków zamaskowanie, rozczarowania tym co im przyniosła przyszłość. Apetyty były wielkie, ale wielu musi obejść się smakiem. Smakiem... smakiem... czego? Kiedyś było jasno napisane: "wyrób czekoladopodobny" i "opakowanie zastępcze". Jasno i na temat. Dziś to właściwie nie wiemy, co tak naprawdę jemy, o czym przekonujemy się przy okazji kolejnych afer z żywnością w rolach głównych i przeprowadzanych kontrolach Sanepidu. No ale teraz jest fajnie, chociaż ładnie wszystko opakowane, a wtedy mało kogo interesuje, co tak faktycznie jest w środku (jemy oczami), choć czasami może się okazać, że ta wystana w kolejce kiełbasa była lepsza, niż ta, po którą można sięgnąć dziś bez problemu w każdym sklepie. Chodzi jedynie cały czas o to, "aby te plusy nie przesłoniły wam minusów". Rozumiem jednocześnie, że punkt widzenia zależy od punktu siedzenia i gadanie, że teraz każdy ma szansę na wybicie się, bo za komuny tylko sekretarzom partii dobrze się żyło, to nic innego, jak zawoalowane: biednyś boś głupi, głupiś boś biedny. Ale poprawność polityczna zabrania tak jasno to sprecyzować. Dzisiaj też są "sekretarze", którym dobrze się powodzi. A czy przyszli emeryci, ci machający dziś przykładową łopatą, też będą mogli "odwiedzić miejsca, jakie zawsze chcieli zobaczyć"? Oby tak było, chociaż prognozy są marne...


Każdy widzi to, co chce. Jeden będzie widział w - ostatnio wyczajonej - niebieskiej nysce wyłącznie "milicyjną sukę", a drugi, zobaczy po prostu kawałek naszej historii motoryzacji (jaka ona była, taka była, ale wymazać się jej nie da), nie upolityczniając koloru niebieskiego.


I jeszcze na koniec coś w temacie: kiedyś było lepiej (a w ogóle, co to znaczy: lepiej?), trochę nawiązując do niedawnych dywagacji o wyższości papieru i atramentu nad zapisem cyfrowym. Nie wiem czy dobrze rozumuję: "photo developed in 1990 from film exposed in the 1800's", oznaczać ma, że zdjęcie naświetlono dawno dawno temu, a dopiero w 1990 roku je wywołano? Tak to rozumiem. Być może zamroziło się i dlatego miało się tak dobrze przez wiele lat? Pochodzi bowiem z jednej z wypraw do Arktyki norweskiego statku Fram. Dyskietka, czy też płyta, dałaby radę?


piątek, 27 kwietnia 2012

Na zgliszczach wsi



Ul. Starowiejska, róg Władysława IV - widok aktualny.

Dziś prosty test porównawczy. To znaczy: początkowo wydawał mi się on prosty...

To samo miejsce - choć widziane trochę z innej perspektywy - w roku 1931 (tu widok na główny budynek z innej perspektywy). Zdj. z archiwum NAC.

Odnalezienie dość charakterystycznej kamienicy, pośród wielu na ul. Starowiejskiej, nie nastręczało mi zbyt wielu trudności (zaledwie trochę ruchu dla stawów). Ale ten niepozorny, chylący się ku upadkowi, element pierwotnej zabudowy miasta z marzeń wprawił mnie w zakłopotanie (i dalej wprawia). Z opisu zdjęcia wynika, że powinien być to: "budynek starej szkoły". No ale w zasobach NAC jest jeszcze to zdjęcie, również opisane: "widok zewnętrzny dawnej szkoły gdyńskiej". Jakoś obydwa wizerunki dawnej szkoły gdyńskiej nie do końca mi pasują. Oczywiście zdjęcia mogą pochodzić z różnych okresów, ale "ta biała" szkoła stoi tak bardziej ukosem do układu ulic, niż chata z powyższego zdjęcia. Może to być również złudzenie, powodowane użytym sprzętem do zdjęcia , miejscem, z którego zostały one zrobione... Faktem jest, że nie znalazłem bliższych informacji, oprócz takich, że ta pierwsza - jeszcze wiejska - szkoła znajdowała się przy ul. Starowiejskiej.


Dziś na miejscu starej chaty w pewnym sensie trwa pierwotny charakter zabudowy. Jest to jedno z niewielu miejsc przy ul. Starowiejskiej z tak niską zabudową.

Często w przypadku kolejnej dyskusji o ratowaniu historycznych budynków (nie tylko gdyńskich), gdzie zazwyczaj ścierają się argumenty zwolenników pozostawienia starego porządku (to jest nasze dziedzictwo) i strony przeciwnej (miasto musi się rozwijać), trudno dojść do złotego środka. Oczywiście, że miasto musi się rozwijać, czasem trzeba wyburzyć to, co przeszkadza w jego rozwoju. Z drugiej strony, trzeba rozważyć, czy warto konkretny obiekt zostawić chociażby po to, gdy już wokół nas będą same domy ze szkła i stali, żeby było na czym oko zawiesić, ale recepty na złoty środek nie posiadam.

I jeszcze jedna myśl teraz mi przyszła do głowy. Skoro miasto musi się rozwijać i zmiany w zabudowie są nieuniknione, to może warto by było, aby Urząd Miasta miał takiego nadwornego fotografa, który uwieczniałby dla przyszłych pokoleń to, co ma pójść po kilof. W końcu, jako jeden z pierwszych, miałby on dostęp do informacji, gdzie ma zajść zmiana. A może taki człowiek jest? Jeśli nie: zgłaszam się, pierwszy!!!

środa, 25 kwietnia 2012

Kiosk bez gazet



Sukcesywnie będę przenosił zdjęcia z poprzedniej odsłony spoglądania wstecz, więc od czasu do czasu stali bywalcy, będą mieli wrażenie dejavu. Kioski zacząłem kolekcjonować po informacji z listopada zeszłego roku, że mają być w Gdyni tylko modernistyczne kioski. Nie mówię, ze to źle, nawet odwrotnie, bo w końcu przydadzą się mi zdjęcia, których w niedalekiej być może przyszłości nie da się powtórzyć. Ten znajduje się (jeszcze?) przy ul. Rolniczej na Witominie. Tego typu kiosków doliczyłem się trzech podczas moich wędrówek z aparatem. Może jeszcze jeden upoluję, bo... jest brązowy.


Stoję jeszcze w rozkroku, pomiędzy Bloggerem a Bloxem. Nie dlatego, żebym jeszcze się wahał co do podjętej decyzji. Po prostu, gdzieś tam zostali staży znajomi, a i ciekaw jestem, jak rozwia się sytuacja "ruchu oburzonych" na Bloxie. I cóż? Ludzie domagający się zwykłego szacunku, który im się należy jak psu buda, najpierw zostali totalnie olani jakimś bełkotem, z którego nic nie wynikało. Jednak teraz otrzymali coś konkretniejszego. Jest jakaś nadzieja, chociaż martwi mnie stwierdzenie w stylu: "W międzyczasie wokół niektórych naszych serwisów (np. Tokfm.pl) powstały niezależne społeczności blogerów. Są potrzebne i interesujące.". A te z Bloxa to nie są potrzebne i interesujące?!? Przecież ostatnio nachalnie promowano blogi tylko z Tokfm i swoich redakcyjnych kolesi, więc rozumiem, że tamte traktowano tylko na serio? Mniejsza o to. Mam tylko nadzieję, że trochę uciszą się teraz propagatorzy tezy: nic nie płacę, więc niczego nie mogę wymagać. Współczuję ludziom z takimi poglądami. Przecież można odwrócić pytanie i zapytać: czy Agora płaci tobie za zamieszczony materiał, który... No właśnie. Po co Agora zrobiła miejsce do blogowania? No chyba nikt przy zdrowych zmysłach nie myśli, że odbyło się to z czysto altruistycznych pobudek? Tok rozumowania był taki: załóżmy platformę blogową i tym samym zdobędziemy rzeszę dziennikarzy, fotoreporterów, kronikarzy, komentatorów, którym nie będziemy musieli płacić za ich pracę. Oni będą mogli się spełnić i jeszcze będą zadowoleni, że nic ich nie kosztuje utrzymywanie własnej strony, a nam zwiększy to ruch, którym będziemy mogli się pochwalić przed reklamodawcami. Korzyść obopólna.
No ale ludzie, którzy przez cale życie idą na kolanach nie potrafią tego zrozumieć. Tak samo jak i tego, że każdy będzie nas traktował tak, jak my mu na to pozwolimy.


 No, ale ja jestem już tu, więc może przy okazji zdjęcia kiosku i spraw Agory, małe spojrzenie wstecz. Na przełomie stuleci, które ze względów komercyjnych obchodziliśmy dwukrotnie (1999/2000 i 2000/01), ukazało się specjalne wydanie "Dużego Formatu", które w owych czasach było naprawdę czymś przez duże 'c', ale było ono rozprowadzane tylko w kilku dużych miastach. Ja się na to nie załapałem. Ale że w tamtym czasie przez chwilę byłem namiętnym zbieraczem egzemplarzy "Dużego Formatu" (wiele ciekawych zdjęć się tam ukazywało), to napisałem list - taki odręczny - do redakcji z prośbą o ewentualny zakup tego egzemplarza. Po kilku dniach dostałem przesyłkę. Nie musiałem nic płacić, a do tego co chciałem, dodano jeszcze  jakąś płytę i coś tam coś tam. Naprawdę byłem mile zaskoczony.

Tak obserwując dzisiejsze zmagania blogerów i porównując tamtą sytuację sprzed kilkunastu zaledwie lat, pomyślałem: dobrze już było... To se ne wrati???

niedziela, 22 kwietnia 2012

Ech, ta wasza mechanizacja, czyli na razie ciemna magia



Kiedyś wszystko było proste: bateria, żaróweczki, dwa kabelki...

Teraz jakieś RSS-y (z czym się to je?), ktoś mnie informuje, że nie może opublikować komentarza (nie wiem czemu?), dodał mi jakieś "g+" (do czego to służy?), no i gdzie się pochowały wszystkie takie dodatki jak tagi i kategorie itp. (że są takie to wiem, bo widziałem u innych). Nie da się wstawić zdjęcia w nominalnym rozmiarze (wkurza mnie taka trochę rozmazana miniatura)? Na co mi to wszystko było...

Na razie ciemna magia, ale pocieszam się tym, że jazda samochodem i pojęcie przepisów rządzących ruchem drogowym też kiedyś było dla mnie niepojętym. A najbardziej dziwiło mnie - będąc smarkaczem - jak to możliwe, że jadąc samochodem w nocy można odnaleźć te trzy pedały w podłodze i jakim cudem można trafić w odpowiedni bieg? Bo oczywistym było wtedy dla mnie, że jadąc w dzień, można sobie zerknąć i zobaczyć co nacisnąć i gdzie co przestawić.

Nie wiem, czy obędzie się bez gierkowskiego: "to co, pomożecie?"

Wieczorna aktualizacja: ze zdjęciami sobie poradziłem. RSS i 'g+' mogą poczekać. Pozostały tylko kategorie i tagi.

sobota, 21 kwietnia 2012

I tak wszystko na złom



Ponoć starych drzew się nie przesadza, ale czasami warto coś zmienić w swoim życiu. Chociażby platformę blogową, gdy stara uwiera jak w małżeństwie... stara (lodówka na przykład). Poza tym zawsze człowiek czegoś nowego się nauczy, dowie o sobie. Dla przykładu, zakładając tu konto, dowiedziałem się, że system pozwala mi wybrać inną płeć, niż dwie znane mi dotychczas. Spojrzałem na siebie: z przodu 100% mężczyzna, z tyłu: tak coś podobny człowiek do kobiety. Wybrałem więc "inność". Skoro system na to pozwala... Trzeba sobie wykroić tyle prywatności, na ile system pozwala, a poza tym, na głupie pytanie głupia odpowiedź.

 No ale widzę, że system nie pozwala mi zamieścić zdjęcia w wybranej przeze mnie szerokości. Zobaczę jak to wyjdzie po publikacji. Wszak i tak to wszystko na złom. Ten dźwig z lewej już nie istnieje, tak jak i wiekowa latarnia w Gdańsku.

Tak jak i te nasze blogowanie? Też pójdzie "na złom"?
Zostawiłem sobie artykuł (papierowy) z kolejnego w sumie odkrycia listu z przeszłości, zostawionego (zazwyczaj w gałkach iglic na dachach) lata temu przez pracowników remontujących, w tym konkretnym przypadku krakowskie Sukiennice. No i współcześnie też chciano zostawić taką pamiątkę dla potomnych, ale... Jeden z konserwatorów zabytków mówił:
"Dziś wsadziłabym do takiej kuli nośnik elektroniczny, na którym zmieściłoby się wiele informacji o Krakowie i remoncie. Pytałam nawet o taką możliwość producentów, ale nikt nie chciał dać gwarancji, że taki nośnik przetrwa więcej niż 15 lat. Cóż, znowu zostaje nam papier czerpany i atrament".
Cholera, pomyślałem sobie, to jest aż tak źle? Co prawda chodziło o pozostawienie nośnika na wolnym powietrzu, ale "tylko 15 lat"??? W dalszej części artykułu powiało optymizmem. Ale tylko trochę, bo co prawda pewien profesor zapewniał, że "DVD i pendrive przetrwają i 100 lat" ale "pojawią się problemy z ich odczytem. Postęp cyfryzacji i miniaturyzacji jest niesamowity. Jeśli przyszli krakowianie otworzą kulę i znajdą w niej nasze narzędzia służąc do przechowywania danych, będą mieli na pamiątkę jedynie prymitywne urządzenie"
To co? Pozostaje tylko papier i atrament? No jest jakiś cień nadziei dla blogujących. Przynajmniej tak się wydaje: "Najpewniejszym nośnikiem, który gwarantuje przetrwanie danych jest internet".

Czy to może tak się na dzień dzisiejszy wydaje? No ale jak sprawić niespodziankę potomnym, remontującym w przyszłości dach? Internetu tam nie wsadzisz? Ja tak dla pewności, co cenniejsze zdjęcia (razem ze wspomnieniami) przelałem na papier.
Poniżej: jeszcze dwa zdjęcia z grudniowego spaceru z 2009 roku. Takiego refleksyjnego, bo odbył się on w rocznicę 13. grudnia. Chciałem zobaczyć, co nam zostało - materialnego - z tamtych lat.


Pewne "złomy" wbrew zapowiedziom - tak jak ten powyższy - pozostaną przy życiu (jest remontowany). Część musi oddać pola pod nowe inwestycje. To zrozumiałe, ale dlaczego słyszę szyderczy śmiech historii, gdy czytam o chęci przywrócenia imienia Lenina nad stoczniową bramą w Gdańsku.


Czyli co? Lenin wiecznie żywy? Trwalszy od internetu, papieru i atramentu???

piątek, 20 kwietnia 2012

Uda się?







Planów 6-letnich nie mogę robić - któż wie, co nas czeka za zakrętem?

Zobaczę, czy uda się okiełznać nowe miejsce? Jedno jest pewne: trochę to musi potrwać. W sumie to tylko taki próbny wpis. Wprawka zaledwie. Trochę wypadłem z rytmu, więc muszę pomyśleć, jak to sobie od nowa poukładać...


Aha. Poniżej jeszcze pierwsza odsłona spoglądania wstecz:


GDY WSTECZ SPOGLĄDAM