niedziela, 30 grudnia 2012

Co do sentymentów...



Nadole, wiosna 2012. Współczesna - odwrotna - wersja słów: tu było ściernisko, będzie San Francisco


Końcówka roku to zwykle czas podsumowań i przemyśleń nad tym co w ostatnim roku się zdarzyło. Bronię się przed tym rękami i nogami, choć i mi udziela się taki stan ducha. Przeglądając ostatnie wpisy i komentarze, mój wzrok zatrzymał się nad jednym ze zdań, które wielokrotnie się tu pojawiaoł podczas tych pięciu lat spoglądania wstecz: "szkoda, że to rozbierają...". No niby szkoda, ale z drugiej strony, dlaczego mamy tkwić w marazmie? Oczywiście i mnie nachodzą myśli, jak w przypadku prezentowanych dziś zdjęć z Nadola, czy do takiego rozpieprzenia "naszego" majątku musiało dojść? Dla naszego zdrowia psychicznego najlepiej pomyśleć: skoro doszło, to pewnie musiało. I iść dalej do przodu. Tak na marginesie: słyszę taki oto chichot historii - ludzie PRL-u zawsze przedstawiani byli jako nie dbający "o naszą" własność, bo to "nasze" było zarazem niczyje, więc nie warte uwagi. Teraz często słychać głosy sprzeciwu przed burzeniem tego "naszego" wokoło. Gdyby dla przykładu taki hotelowiec w Nadolu wybudował sobie jakiś kapitalista i po latach tak ot sobie zburzył, to wszystko byłoby ok. - nawet wielu ucieszyłoby się, że takiemu noga w biznesie się powinęła - ale jak to "nasze" się burzy, to już szkoda. Taka dziwna ludzka natura.


 
3lata temu - w styczniu 2010 (zdj. pow.) - hotelowiec już był w stanie agonalnym. Więcej zdjęć i informacji już tu było, tu zdjęcia z rozbiórki, więc nie ma co ich powtarzać i tkwić dalej w sentymentach. Czas idzie naprzód. Zazwyczaj dopiero po dłuższym czasie zrozumiemy, które decyzje były dobre a które chybione.

I tu już skręcam w stronę dołączonego utworu, wczoraj dopiero usłyszanego po raz pierwszy, ale płyta ma się ukazać dopiero w marcu, więc zamieszczam go abyście nie myśleli, że już tylko całkiem wstecz spoglądam, ale też patrzę do przodu. Utwór raczej z tych lekkich łatwych i przyjemnych. Teledysk mi pasował do wpisu, bo wydaje mi się, że jest on o tym, że nieraz zbyt późno dochodzimy do wniosku, że coś spieprzyliśmy w swoim życiu. 
I takich sytuacji nie życzę nikomu w nadchodzącym Nowym Roku!!! Pozdrowienia.


sobota, 22 grudnia 2012

Już po wszystkim?






Już po końcu świata? Już po igrzyskach? Blog się zabunkrował, ale to nie jego koniec, choć potrzebowałem odrobiny odosobnienia, aby przemyśleć co dalej z blogiem. Przełom lat jest dobrym pretekstem po temu. Nie chce mi się w kółko tłumaczyć - gdy tylko ukaże się kolejny materiał o PRL-u - że nie chodziliśmy w onucach, nie myliśmy się szarym mydłem i  nie jedliśmy tylko musztardy, zapijając to octem. Szkoda czasu. Rozsądnie myślący ludzie wiedzą, że było... w pewnym sensie normalnie. Nie ma co kruszyć kopii o to. Tylko szkoda, że tych rozsądnych, po stronie podaży - czyli media wszelakie - nie brakuje baranów próbujących wciskać ciemnotę (niestety skutecznie), a strona popytu łyka to wszystko jak karpie wodę (sorry prawdziwe karpie - wiem, że to obecnie wasze ostatnie łyki tlenu, ale lajf is brutal). W czasach dyktatu klikalności jest to nieuniknione i... obawiam się, że tak już pozostanie.

Wkrótce blog - jako całość - skończy 5 lat, więc zebrało się trochę materiału, dzięki któremu można zobaczyć zmiany wokół nas zachodzące. Zmiany niewielkie, ale z takich małych kroczków właśnie się to składa. Myślimy, że wokół nas cały czas jest tak samo, ale zmiany zachodzą. Mam zamiar w najbliższym czasie pospacerować się fotograficznie w tym klimacie, wykorzystując te kilka lat blogowania i fotografowania (starszy rozdział uważam za zamknięty).


Wytrwałym czytelnikom życzę pogodnych Świąt Bożego Narodzenia i pomyślności w nadchodzącym Nowym Roku.

czwartek, 6 grudnia 2012

Nocne migawki



 

Lubię tę porę roku, gdy nie trzeba zarywać nocy, aby zrobić zdjęcia w ciemnościach. No i nie jest jednocześnie zbyt zimno. Dziś z nieistniejącego cyklu: tak wygląda moje miasto nocą - moje "pierwsze razy" ze Świętojańskiej. U góry: pierwszy raz natknąłem się na świecący neon "apteka", żal było nie uwiecznić tego. Apteka znajduje się trochę dalej, ale niedaleko pada mydło od dbania o zdrowie.
U dołu: pierwszy raz zrobiłem zdjęcie w lusterku wstecznym stojąc w poprzek ulicy  ;-)
Przy okazji - wg. mnie - pierwsza nagroda w kategorii - najbardziej badziewiasta witryna na Świętojańskiej.








wtorek, 4 grudnia 2012

Dworzec wypełnia się zapachem kawy




Miesiąc temu przeczytałem o zapowiedziach nowej formuły kawiarń, a raczej nowej nazwy lokali: Costa by Cofeeheaven. Oczywiście to tylko kawa, ale niech im będzie, że nazwa coś tam zmienia... Ja tylko niniejszym zaznaczam zmianę - wypełnienie licznych pustych przestrzeni na dworcu głównym PKP. Już cały tydzień działa kawiarnia, która zajęła pomieszczenia dawnej przechowalni bagażu.



niedziela, 2 grudnia 2012

Syzyfowe prace w Kolibkach



Historia pewnie większości znana, ale ostatnio odświeżona przez Polskie Radio sprowokowała mnie do odwiedzenia okolic dawnego przejścia granicznego pomiędzy Polską a Wolnym Miastem Gdańsk w Kolibkach. Zasłynęło to przejście graniczne jako jedna z najsłynniejszych ustawek fotograficznych. Jak czytamy w artykule (proponuję odsłuchać też audycji radiowej): W niemieckich gazetach zdjęcie opisywano jako przedstawiające moment wkroczenia wojsk hitlerowskich do Polski w dniu 1 września 1939 roku. Miało ono symbolizować gładkie i bezproblemowe zwycięstwo żołnierzy Wehrmachtu nad oddziałami strzegącymi granic. W rzeczywistości fotografia była popisem nazistowskiej propagandy, która zaaranżowała całą sytuację. Sesja przeprowadzona przez gdańskiego fotografa, Hansa Sonnke została zainscenizowana na przejściu granicznym między Polską a Wolnym Miastem Gdańskiem w Kolibkach, a nie na granicy polsko-niemieckiej. Dalsze badania ustaliły, że zdjęcie zostało wykonane w dniu 14 września roku 1939, zaś sam szlaban był już wcześniej złamany. Jak się dowiadujemy z audycji: nie pierwszy i nie ostatni był to taki przypadek w historii świata pisanej fotografiami.


 O historycznym kawałku betonu, znajdującym się już w granicach adm. Sopotu już tu wspominałem. Tym razem chciałem odszukać w miejscu fotograficznej ustawki kolejny historyczny kawałek betonu - kanał rewizyjny na polskim posterunku granicznym. Przypomniało mi się, że czytałem o samowolnej inicjatywie ludzi związanych z Pomorskim Forum Eksploracyjnym oczyszczenia tego kanału. Odnalazłem odpowiedni wątek na forum. To już... cztery lata minęły od chwili, gdy ludzie wzięli na ramię "broń" w postaci łopat, mioteł i worków na śmieci. Zdarzyło się to dokładnie 20.09.2008 o godz. 16.40. Efekt tamtej pracy można obejrzeć tu (gdzieś w połowie strony). Niestety, życie nie znosi próżni i tę "próżnię" pomału ktoś znowu wypełnia "treścią". Swoją drogą, to jestem pełen podziwu do tamtej inicjatywy i jednocześnie... "podziwiam" kolejnych zasypywaczy. Miejsce raczej niedostępne do podjechania samochodem i zrzucenia ładunku a ilość i wymiary śmieci raczej nie wskazują na przyniesienie ich w reklamówce(?). No ale ja to jestem amator w takich śmieciowych sprawach.


sobota, 1 grudnia 2012

Idziemy dalej i... spłukujemy łazienki



Wiosna 2012


Dzisiejszy wieczór

Po krytycznych publikacjach w prasie, włodarze miasta wzięli się i sprężyli i orłowskie łazienki rozwalili. Zapowiedzi o ich wyburzeniu sięgają jesieni 2010 roku (czyżby znowu zadziałało magiczne słowo, tłumaczące brak funduszy na cokolwiek: kryzys?). Łazienki zostały oddane do użytku w czerwcu 1937 roku i zastąpiły wcześniejsze - drewniane. Dziś, obiekt jest już tylko cieniem dawnych lat świetności, gdy można było skorzystać ze 100 kabin z bieżącą wodą i 4 kabin z wannami do kąpieli w podgrzewanej wodzie morskiej. Jeszcze do lat 70. ubiegłego stulecia pomieszczenia służyły jako przebieralnie i pomieszczenia dla ratowników. Później rozpoczął się czas powolnej destrukcji, który na krótko przerwał flirt ze Sceną Letnią Teatru Miejskiego im. Gombrowicza (w tym miejscu w latach 1996-2009)

Zdj. Muzeum Miasta Gdynia. Łazienki - lata 30.



Aby nie pozostawiać na blogu samych ruin, to dwa widoczki w oprawie muzycznej (do wyboru).






Gdzie Raki zimują? Podejście trzecie.







 Gdzie Raki zimują? No chociażby przy basenie żeglarskim. Właśnie tam ostatnio uwieczniłem taki jeden zabytkowy egzemplarz wózka akumulatorowego. O dziwo (dlaczego mnie to dziwi, sam nie wiem?) firma z Suchedniowa istnieje nadal, choć widoczny egzemplarz bez wątpienia zasługuje na miano jeżdżącego muzeum. No ale w tym miejscu praca trwa niespiesznie i nie wymaga ona najnowocześniejszego sprzętu. To nie rozładunek tirów na czas. Tu liczy się spokój i precyzja wykonania zadania...


Komentarz Gregv5 (musiałem go przenieść, bo wpis naprawiałem): Dźwig który służy do opuszczania i wyciągania z wody jachtów, a stoi vis a vis Jacht Klubu "Gryf" w Gdyni też pochodzi jeszcze z czasów komuny. Tzn. mam nadzieję, że nadal stoi, bo ostatnio nie bywam w tym miejscu



poniedziałek, 26 listopada 2012

Najważniejsze to dobry bajer



Nie ma to jak dobry bajer. Prawda uniwersalna, nie tylko na okazję poderwania dziewczyny. Sprawdza się przy każdej okazji: Od naleśnika, do... no, na przykład mieszkania.


Rok 1963. Dziennik Bałtycki z dn. 12.01.63 informuje (i krytykuje): Przy Skwerze Kościuszki na rogu ul. Świętojańskiej rośnie duży dom dla Nauczycielskiej Spółdzielni Mieszkaniowej. Dom wznoszony jest metodą uprzemysłowioną wielkopłytową (w konstrukcji nie ma cegły). Będzie to tak zwany galeriowiec, to znaczy do poszczególnych mieszkań wejścia prowadzić będą z biegnących na zewnątrz galerii. Nie jest to naszym zdaniem pomysł zbyt fortunny, gdyż tego typu galerie raczej pozbawiają mieszkańców prywatnego odosobnienia. Ale cóż - podobno nie to ładne, co się komu podoba.**
 
Słówko wyjaśnienia co do lokalizacji wspomnianego budynku. Wersja dla starszych: ten w którym kiedyś mieściła się "Moda Polska"; wersja dla młodszych: ten naprzeciwko budowanego "Infokoksu" (nazwa moja, zastrzeżona).

Ileż to naśmiewają się dzisiejsze pokolenia z wielkopłytowego budownictwa, prawda? Że ciasne, że niefunkcjonalne, że kołchozy... itp., itd. Ale dzisiaj czytam, że wracamy do korzeni, czyli komuno wróć! No nie, to już nie jest to samo, co za komuny. To już nie są jakieś tam klitki - dzisiejszy świat oferuje nam..."mikroapartamenty" - jak czytam (i przy okazji turlam się ze śmiechu): nowy standard i nowe słowo. Rzeczywiście, kapitalizm jest w wymyślaniu eufemizmów niedościgniony. Czapki z głów. Podobno "z określeniem mieszkanie kompaktowe, oznaczającym np. dwa pokoje na 30 m.kw., zdążyliśmy się już oswoić". To oczywiste, w oparach wolności wszystko łatwiej przełknąć. W roku 1963 "galerie raczej pozbawiały mieszkańców prywatnego odosobnienia", ale za to dzisiaj można posiadać swoje własne miejsce odosobnienia (i wcale nie musi ono oznaczać więziennej celi). Można zaczynać już od 11 m.kw. Idzie ku lepszemu - najlepsze do dobry bajer: "najważniejsza jest idea projektu, która przewiduje wybudowanie w ramach jednej inwestycji możliwie dużej liczby maksymalnie skompresowanych lokali przy zachowaniu ich wysokiego standardu, co dotyczy również części wspólnych". Ale nie ma róży bez kolców, bo pojęcie "mikro" nie odnosi się do ceny metra kwadratowego. To po co więc kompresować? To tak jak z kostką masła - zmniejsza się ją, aby nie wydawała się za droga. I aby móc przeczytać, po powalającej z nóg cenie jednostkowej (jak apartament, to nie ma zmiłuj): "za to całkowita cena najtańszych mieszkań nie przekracza 100 tys. złotych. Prawda? Już nie wydaje się to tak drogo. Najważniejsze to dobry bajer, a człowiek wszystko łyknie. I pozostaje mi tylko na koniec przytoczyć słowa z gazety sprzed już blisko pół wieku: Ale cóż - podobno nie to ładne, co się komu podoba.

Galerii ci u nas dostatek, apartamentów też, naleśników - również...
Tylko jakoś neonów mało, więc...








**"Gdynia w gazetach przez 75 lat" - Małgorzata Sokołowska

sobota, 24 listopada 2012

Dzień bez zakupów





Robiliście dziś zakupy? Noooo nie widzę zbyt wielu łapek w górze.
W tej podziemnej galerii handlowej przy SKM Wzgórze na pewno nie zrobimy już zakupów. To przeszłość - zdjęcie z grudnia 2009. W sąsiednim tunelu funkcjonowała kiedyś chyba najdłuższa księgarnia w Gdyni. Zajmowała całą długość tunelu. Ale to było wieki temu... to znaczy chyba z kilka wiosen.


To może jeszcze piosenka o sprzedawaniu

The Cult - She Sells Sanctuary

 

czwartek, 22 listopada 2012

Na przyszłość, czyli koniec z anonimowością



Zdawałem sobie sprawę, że taki moment musi kiedyś nadejść. Wcześniej czy później. Niestety zaczęły się pojawiać niby komentarze, co to nic wspólnego z nimi nie mają, a w rzeczywistości są reklamami. Nie mam czasu zajmować się tylko śledzeniem, czy coś nieodpowiedniego się pokazało i zajmować się kasowaniem tego. Dlatego koniec z anonimowymi komentarzami... Lajf is brutal.
Dziś tylko kilka zdjęć, które dopiero po latach nabiorą wartości (jak zawsze, trza kliknąć, aby zobaczyć wszystko trochę większe).


To zrobiłem, bo być może kiedyś będzie tu wjazd do supermarketu na terenie dawnego TOS-u.


Początkowo trochę żałowałem, że nie zrobiłem tego odcinka ul. Chwarznieńskiej przed wycinką drzew, ale później pomyślałem, że może to i dobrze, bo widać, jak pokręcona jest w tej chwili droga. Z zarysu wycinki widać, że przy okazji poszerzenia będzie też prostowanie jej przebiegu.

Ma też powstać tunel dla zwierząt. Na razie: "tunel" pod wiaduktem na Wielkopolskiej.



Tu ma powstać kładka dla pieszych... więc może kiedyś to będzie ciekawe zdjęcie(?).



Stacje Neste też niby ktoś miał wykupić, to zrobiłem zdjęcie.


Teraz trzeba tylko cierpliwie czekać, aż zdjęcia te nabiorą mocy.


Budgie - Time To Remember




niedziela, 18 listopada 2012

Kamień milowy




Nie mam zamiaru powtarzać wpisu o widocznym na zdjęciu kamieniu milowym z ulicy Chylońskiej, bo krótka wzmianka była już o nim. Zdjęcie przypisuję miedzy innymi do segregatora z napisem "ad acta" ze względu na zmiany w tle - ulicę poszerzono o jeden pas. Tylko, że tak nieszczęśliwie... Ale po kolei.

Kamień milowy. Jak informuje ciocia Wiki: w przenośni pojęcie kamień milowy używane jest do oznaczenia wydarzeń szczególnie ważnych w historii jakiejś społeczności. W rozwoju cywilizacji na przykład kamieniami milowymi było niewątpliwie m.in. wynalezienie łuku, koła, prochu albo papieru [...].

No właśnie, wynalezienie koła było jednym z takich kamieni milowych, które to koło zaczęło się toczyć coraz szybciej po bezdrożach, więc powstała potrzeba ułatwienia toczenia się temu kołu. Na którymś z etapów historii dróg zaczęto wykładać je kostką brukową (kiedyś zwaną: kocimi łbami), aby współcześnie zastąpić kostkę czymś bardziej płaskim, czyli układa się teraz podkład pod koła z asfaltu lub - rzadziej, bo drożej - z betonu. Jednak Gdynia postanowiła pójść pod prąd historii (zapewne też wrócić do korzeni) i wyłożyła kostką brukową remontowany odcinek ul. Chylońskiej przy skrzyżowaniu z Północną. Jak postanowiono, tak zrobiono. W maju. Teraz, czyli w listopadzie, tu czytam, że ją się zrywa. Takim oto sposobem historia zatoczyła koło. A kamień milowy przy Chylońskiej stoi i się śmieje...

Kamienie milowe historii - jak też historia w ogóle - powinny nas czegoś uczyć, rozwijać naszą cywilizację, a tu masz ci los, gdyńscy włodarze nie potrafią z tych zdobyczy brać pełnymi garściami. Zawzięli się i zrób im coś:
W związku z przebiegiem w tym miejscu magistrali wodociągowej i brakiem możliwości przełożenia jej w chodnik, zastosowano kostkę, pod którą są płyty - wyjaśnia wiceprezydent Gdyni Marek Stępa
I w związku z tą skomplikowaną sytuacją:
Nawierzchnia na pewno nie zostanie zmieniona.

Prości ludzie jednak się dziwią jak dzieci:
Nie wierzę, iż w XXI wieku nie istnieje technologia, która pozwoliłaby połączyć dostęp do podziemnych instalacji z elementarnym komfortem jazdy.

Krótka historia przebudowy skrzyżowania pokazuje, że nie ma rzeczy niemożliwych, a napewno to się tylko umiera. Jak to się nie da? Jak się da, to się zrobi...

A swoją drogą, to może zbyt krytycznym okiem patrzę na tę sytuację? Może położenie kostki brukowej miało swój głęboki sens, którego my, maluczcy, nie byliśmy w stanie dostrzec? Może to był kamień milowy w walce z korkami, które od lat trapią to miejsce?

Gdy ja piewszy raz wpadłem na tę kostkę... omijałem potem to skrzyżowanie szerokim łukiem, wybierając inne trasy przejazdu. Nigdy do końca człowiek nie wie, co w tych urzędniczych główkach się skrywa.


sobota, 17 listopada 2012

Żywy trup nr 11



Świętojańska wśród najdroższych ulic polskich miast. Nie wiadomo, czy to powód do dumy, czy też fakt niewiele wnoszący do naszego codziennego życia? Nie będę nad tym rozmyślał. Znalazłem sobie inny punkt zaczepienia do rozmyślań przy okazji tego rankingu. Przy okazji kilka fotek a propos.



Świętojańska wymiera, to pogląd dość powszechny, ale z jakiego powodu i czy pogląd ten jest trafny? No właśnie? Według mnie - i nie tylko - główna gdyńska ulica umiera. Ja obstawiałem nadmierną ekspansję banków, ale może to ze starości? Do starości jeszcze mi daleko, ale biorąc pod uwagę średnią długość życia to zdecydowanie mam już z górki (fakt: lepiej mi się idzie z górki, niż pod nią wchodzi). Trochę do myślenia dał mi wywiad z Wojciechem Szczurkiem sprzed ponad dwóch lat.

Na pytanie: Co by Pan powiedział Czytelnikom, którzy uważają, że na Świętojańskiej jest znacznie gorzej niż kiedyś, że ta ulica umiera?

Prezydent Gdyni odpowiada:
- Takie narzekanie to na pewno nie jest powszechny pogląd i moim zdaniem absolutnie bezpodstawny. Ja mam 46 lat i wspominam z sentymentem to, co działo się przed 30 laty - w czasach przecież znacznie mniej kolorowych, skromniejszych. Powtórzę to, co na początku powiedziałem: tacy już jesteśmy, że z rozrzewnieniem i przez różowe okulary spoglądamy wstecz. Na Świętojańską też.

Innymi słowy: starzeję się i zaczynam patrzeć na Świętojańską "przez różowe okulary". Hmmm.. okularów co prawda już używam, ale chyba nie takich co potrzeba, bo okazuje się, że w parze z różowym kolorem dochodzą złudzenia optyczne:
- Na Świętojańskiej wciąż jest bardzo duży ruch. Inna rzecz, że kiedyś było tu wąsko, teraz jest znacznie szerzej. Więc też tłok na ulicy mniejszy - tak to swoim gospodarskim okiem widzi Wojciech Szczurek. Aha, to i tak PRL oszukiwał! Robił sztuczny tłok za pomocą wąskich chodników. Ale mnie oszukali!



Jej elitarność nieco przyblakła...

No a co w sprawie wszędobylskich banków miał do powiedzenia prezydent w lutym 2010?   

- Obecność banków przy głównej ulicy to zjawisko typowe dziś dla miast, nie tylko w Polsce. To zarazem pozytywny sygnał - widać, że są tu pieniądze i dla banków "interes do zrobienia", z drugiej zaś strony - ja też wolałbym, żeby zamiast kolejnych banków pojawiały się przy Świętojańskiej restauracje, kawiarenki, bistra.
 
Rok później ten "pozytywny sygnał" i "typowe zjawisko dla miast" zaczęły najwyraźniej przeszkadzać.
W marcu 2011 przeczytać można było: Banki są niemile widziane, ponieważ ulica jest martwa. Władze Gdyni postanowiły interweniować. Nie chcą ekspansji placówek finansowych w sercu miasta. Koniec z lokalizowaniem następnych banków i instytucji pośrednictwa kredytowego przy ul. Świętojańskiej. Władze Gdyni zdecydowały się zabezpieczyć najbardziej reprezentacyjną ulicę w mieście przed ekspansją takich placówek.

No to jak to ze mną w końcu jest panie prezydencie? Mam te omamy wzrokowe, czy też nie, czy też znowu szerokość chodników się zmieniła? W ciągu zaledwie jednego roku taka radykalna zmiana stanowiska? Ech, za władzą to człowiek nie nadąży... A ja już miałem propozycję, aby w budowanym Infokoksie wydzielić punkt informacyjny odnośnie banków na Świętojańskiej - porównania kredytów, oprocentowania lokat itp. Ludność miałaby cały przegląd oferty w jednym miejscu i nie szwędałaby się po już i tak zatłoczonej ulicy. Ale może to zły pomysł, bo lepiej niech ludzie się kręcą po ulicach. Tak dla zdrowotności. Przejdzie się jeden z drugim tam i z powrotem, to od razu lepiej się poczuje.


Patrząc miejscami powyżej linii sklepów, to można odnieść nieodparte wrażenie, że Świętojańska powinna zajmować raczej... 111 pozycję.


Banki jednak nie dają za wygraną i znajdują sobie nowe lokalizacje. Coś się otwierało - na bank coś "bankowego" - naprzeciwko hali targowej przy ul. Wójta Radtkego, w lokalu, w którym dawniej królowały leniwe, pierogi, naleśniki, kakao i zupy mleczne...


czwartek, 15 listopada 2012

Gdyński Dreamliner, czyli pomarzyć...



Kliknij, aby zobaczyć cokolwiek

Jest okazja. Dziś w Polsce dzień spełnionych marzeń. Sen o potędze. To my, pierwsi w Europie, możemy sobie pomarzyć w obłokach! Dreamliner jest już nasz... Nie będzie tu jednak o gdyńskim lotnisku (o dawnym - w Rumi - tu było), ale jak najbardziej o marzeniach, które czasami się spełniają, a czasami... Długo nosiłem się z zamiarem założenia memu miastu "teczki" w dziale s-f, czyli science fiction. Ktoś sobie coś zamarzy i już kreśli śmiałe plany. A że czasami guzik z nich wychodzi, to należałoby je choć tu zachować dla potomnych. Niech widzą, jaką ich przodkowie mieli fantazję. Biorąc pod uwagę tylko ostatnie lata, to należałoby wspomnieć plany przekształcenia ul. Świętojańskiej w deptak, pamiętam też jakiś wielki łuk triumfalny na Molu Południowym... Tylko tyle mi przychodzi do głowy na szybko, ale jestem pewien, że po wnikliwych poszukiwaniach trochę by się tego zebrało. Od czegoś trzeba jednak zacząć.

Jest takie marzenie: Do Molo Południowego dobudowana zostałaby specjalna odnoga, przy której cumowałyby robiące ogromne wrażenie statki. Wrażenie jest jednak wprost proporcjonalne do kosztów

A co na to proza życia?
Ile projekt będzie kosztował? Nikt tego nawet nie chce liczyć - wstępnie między 300 a 500 mln zł. Kto wyłoży takie pieniądze? Na razie chętnych nie widać.

 - Pomysł jest świetny, ale Zarząd Portu Morskiego Gdyni nie ma środków na jego realizację - przyznaje wprost Janusz Jarosiński prezes ZMPG.


 Nie ma to jak twardo stąpać po gruncie, ale jak to robić w mieście, gdzie wkoło sporo wody?
To choć muzycznie coś realnego wrzucę. Black Sabbath z płyty Master of Reality (o rany, 1971 rok! Jak ten czas zapieprza!) utwór: też a propos wpisu - "After Forever".




Po tygodniu od opublikowania wpisu dodaję jeszcze gdańskie marzenie, które... "nigdy się nie ziści". Tak przynajmniej informuje Trójmiasto.pl. Szkoda. Jak coś fajnego wymyślą to od razu do kosza.




wtorek, 13 listopada 2012

Marynarka Wojenna nie jedno ma imię



"Znikają trzy samoloty, czy pojawi się trawler?" - taki tytuł na Trójmiasto.pl zachęcił mnie do zamieszczenia zdjęć jeżdżącego muzeum w służbie naszej Marynarki Wojennej. Artykuł traktuje o zmianach, jakie mają zajść w Muzeum Marynarki Wojennej (na terenie wystawy pod gołym niebem). Jak czytamy w informacji:

- Cztery obiekty powędrują na pięć lat do muzeum w Dęblinie - informuje Iwona Krysiewicz z gdyńskiego muzeum. Ale od razu zastrzega: - Użyczanie sobie nawzajem eksponatów to normalna praktyka. Wypożyczane eksponaty to śmigłowiec Mi-4ME, myśliwce Mig-21 bis i Lim-6 bis oraz eksploatowany jako samolot rozpoznawczy IŁ-28R.

Mig służył na lotnisku w Babich Dołach od 1980 roku. Był to jeden z pierwszych tego typu samolotów w Gdyni. Dotarł tam prosto z fabryki i latał do momentu awarii, która w 1994 roku uziemiła maszynę. IŁ-28R stacjonował w Siemierowicach, choć w 1956 roku przez kilka miesięcy był eksploatowany w Gdyni. Również Lim-6bis związany był z lotniskiem w Siemierowicach. Śmigłowiec Mi-4ME służył w Darłowie do zwalczania okrętów podwodnych w latach 1965-1981.

Na wystawie plenerowej zostaną jeszcze trzy inne statki powietrzne. Iwona Krysiewicz obiecuje, że w miejsce wypożyczonych samolotów powinien pojawić się tr...

No i tu pojawił się właśnie problem, który podjęli komentujący. Co niby ma wspólnego trawler z obroną naszych morskich granic? Okazało się, że mowa o trałowcu, ale autorka tekstu Magdalena Iskrzycka widocznie nie należy do osób znających się na technicznej stronie życia. Ale po poprawkach, zrobionych raczej na odwal się, czytelniku, nadal trawler przeplata się z trałowcem. W tytule poprawiono, pod zdjęciem nadal trawler, dalej w tekście znowu trałowiec i pod koniec znowu: "Iwona Krysiewicz obiecuje, że w miejsce wypożyczonych samolotów powinien pojawić się trawler". Nie chodzi o złośliwość, czy też czyhanie na czyjeś potknięcie, bo jak ktoś zauważył w komentarzu: "Pani Magdalenie troszkę nie wyszło. Pani Magdaleno, proszę się nie martwić. Nie mylą się tylko Ci, którzy nic nie robią. A tekst może Pani przecież dodatkowo edytować". Jednak z edytowaniem też "troszkę nie wyszło", więc już dalej pani Magdaleny bronić nie potrafię. Dobrze że sprawa nie jest tego kalibru, jak z odrestaurowaniem 200-letniego obrazu Jezusa. Tam też "troszkę nie wyszło". No dobrze, już dość złośliwości.

Nie zdziwmy się, gdy pewnego dnia w Muzeum Marynarki Wojennej stanie eksponat, który raczej nie kojarzy się z obronnością kraju, ale jak napisałem w tytule...












niedziela, 11 listopada 2012

Siedząc na przystanku - III





Siedząc na przystanku, czekając na spóźniony autobus, przeglądając wiadomości, oko zatrzymało mi się na tytule: "W Warszawie jest 10 razy więcej reklam niż w Paryżu". No rzeczywiście, bajzel mamy w tym temacie pierwszej kategorii. Nie tylko w Warszawie i nie tylko w porównaniu z Paryżem. Po powrocie do domu zapragnąłem przypomnieć sobie, jak wyglądał ten nasz świat słusznie miniony bez reklam. Znalazłem film z lat '70. Jak pięknie to wszystko wyglądało... Fakt, propagandą zieje tu nie do wytrzymania, więc osoby wrażliwsze, nie mogące wyzwolić się ze spoglądania na naszą przeszłość wyłącznie poprzez pryzmat słusznie minionych trzech liter, proszone są o wyłączenie dźwięku. Dla swojego dobra.



sobota, 10 listopada 2012

Przyspieszamy, czyli do diabła z ekologią




Dzisiaj wyskoczymy z ciasnych butów lokalnego patriotyzmu i popatrzymy jak się podróżuje pomiędzy Gdańskiem a Warszawą. Tym samym zaczynam spijać śmietankę z kilku lat blogowania. Coś w blogowych papierach się zbiera i można to po zaledwie kilku latach wykorzystać w myśl zasady: cokolwiek powiesz (a ja zapiszę), może być użyte przeciwko...
W marcu tego roku, przy okazji porównań oferty przewoźników na tej trasie, wspominałem o cudownym skracaniu się czasu przejazdu pomiędzy Gdańskiem i Warszawą w przypadku tego przewoźnika. Cytowałem artykuł: "Czas przejazdu - jak pociągiem - 6 godz. 10 min. (dzisiaj 5 godz. 45 min.)". Jakoś autor jednocześnie nie informuje, że czas przejazdu zmniejszył się dlatego, że skrócono trasę autobusów, które już nie przepychają się przez miasto z centrum Gdańska do Oliwy (tym samym zdjęcie powyżej należy zaliczyć do historycznych). Tak pisałem 2 lata temu. Dziś nam autostrad i dróg ekspresowych przybyło, więc nie dziwota, że Polski Bus znowu przyspieszył. Żartowałem! Co prawda przewoźnik reklamuje się: "krótszy czas przejazdu na trasie W-wa - Gdańsk - tylko 4h 55 min" (z tym czasem, to jak z cenami: 4,99), więc mamy blisko godzinę krótszy przejazd w stosunku do tego sprzed zaledwie dwóch lat?! Jakieś super rakiety zakupiła firma?

No nie do końca. Co prawda wprowadzono piętrowe autobusy - wg. wiarygodnych świadków, nie ma już takiego luzu pomiędzy fotelami względem pierwszych autobusów - ale to nie tłumaczy "przyspieszenia". W temacie zagęszczenia foteli: czyżby trafił się zupełnie a propos plakat "trudniej znaczy lepiej"? Cudowne przyspieszenie czasu przejazdu jest spowodowane - znowu - wysadzaniem pasażerów praktycznie na rogatkach Warszawy. Ot i cały cud (przy okazji przerzucamy koszty dotarcia do centrum do portfela pasażera).

"Zaczekaj na większy wybór" - czytamy na plakacie na gdańskim dworcu autobusowym. Nie ma co już czekać. Wybór będzie się zacieśniał, aż pozostaniemy z wyborem bez wyboru. Takie są koleje konkurencji. No właśnie, a co tam na kolei, bo przyznam, że właśnie w tym środku lokomocji upatruję ostatniej ostoi - choć to na dzień dzisiejszy wydaje się w Polsce utopią - odrobiny luksusu. We wpisie sprzed dwóch lat pisałem: "Modernizacja trasy kolejowej Gdańsk - Warszawa jest przeprowadzana pod składy Pendolino z wychylnym pudłem, a zakupione zostaną takowe zastawy... bez "wahadeł". Podobno różnica w konstrukcji pociągu przełożyłaby się na 18 minut różnicy w czasie podróży z Gdańska do naszej stolicy. Pociąg wychylny miałby pokonać trasę Gdańsk Główny - Warszawa Wschodnia w 2 godziny 3 minuty. Piszę "podobno", bo forumowicz Kajetanb52 "stawia diamenty przeciw orzechom, że nawet po modernie pojazd nie zejdzie poniżej 3h. Pewnego dnia spojrzymy wstecz i "rozliczymy" tu wszystkich. I zobaczymy komu należeć się będą "diamenty" a komu "orzechy".

Czy już nadszedł czas na rozdanie nagród za trafne prognozy? Sam nie wiem. Minister transportu Sławomir Nowak zapowiedział, że za dwa lata w 2,5 godziny przemieścimy się koleją pomiędzy Gdańskiem i Warszawą, ale już kolejarze studzą te prognozy (bo coś tam coś tam) i "wolą mówić, że na przełomie 2014 i 2015 r. czas podróży do Gdańska będzie wynosił "nieco poniżej trzech godzin".



A może na otarcie łez muzyczna podróż pod parą? Do diabła z ekologią! Dajmy czadu, gdy kolei już ledwo sapie, już ledwo zipie...
Pat Metheny Group - Last Train Home





niedziela, 4 listopada 2012

Odłamki



Jesień 2011

Zdjęcia nie o tym, o czym chciałem dziś słówko dodać, ale będzie o spadających elementach tynku, więc takie zdjęcia mi się skojarzyły (może inna okazja do ich prezentacji nie nadarzyłaby się). Bo tu tynku trochę skuto, aby coś się zmieniło w gdyńskiej galerii handlowej. Zobaczymy co się z tego wykluje, w tym mało atrakcyjnym - z handlowego punktu widzenia - zakątku ul. Obrońców Wybrzeża.


Obecnie

Impulsem do wpisu była informacja o spadających odłamkach tynku pod naszą kochaną estakadą. Czytamy tam o konieczności remontu i zakazie postoju cieżarówek pod Estakadą Kwiatkowskiego w rejonie terminala kontenerowego: "...ostrzegliśmy kierowców, by tam nie parkowali. Bo gdyby elementy estakady spadły na ich samochody, mogliby domagać się odszkodowania. Nie mówiąc już o tym, że mogłoby to być niebezpieczne" - stwierdził Stefan Benkowski z gdyńskiego ZDiZ (chyba przez zasiedzenie ten człowiek tam urzęduje, bo coś mi się zdaje, że mnie egzaminował na amatorskie prawo jazdy(?), a było to już bardzo dawno temu). Swoją drogą to mamy już Amerykę: urzędnika bardziej martwi groźba odszkodowań, niż ludzkie życie.

Ale wróćmy do spojrzenia wstecz. Nie mam niestety zdjęcia - a byłoby to ciekawe ujęcie - ale mam w pamięci obrazek sprzed około 30 lat. Na wysokości bramy wjazdowej do byłej bazy PKS przy ul. Hutniczej spadły nie tam jakieś kawałki tynku, ale całe - trzy chyba - elementy łączące filary, będące podstawą jezdni. Jeśli dobrze pamiętam, to było to po dużych opadach deszczu (estakada była wtedy w budowie) i być może to przyczyniło się do tego, że te elementy się zsunęły(?). Szczęściem w nieszczęściu było to, że zdarzyło się to podczas weekendu. Dlaczego szczęśliwie? Bo w tygodniu parkowały w tym miejscu ciężarówki z obcych oddziałów PKS-u i część z kierowców spała w kabinach. Strach pomyśleć, co by było gdyby...

piątek, 2 listopada 2012

40 lat minęło



40 lat minęło jak jeden dzień...

Po przejrzeniu zdjęć z ostatniego, niedzielnego maratonu zdjęciowego (albo raczej: maratoniku), te wybrane na dzisiaj złożyły się na swoistą pocztówkę dźwiękową, choć ta "40" jest dość luźno potraktowana. Produkcję "malucha" - ważny element serialu "Czterdziestolatek" - rozpoczęto w Polsce prawie 40 lat temu (w czerwcu 1973), a płyta Uriah Heep - Look At Yourself - ujrzała światło dzienne pod koniec 1971 roku, więc ciut ponad 40. Patrząc na serię luster, ukradkiem spoglądających na ul. Morską, przypomniała mi się właśnie wspomniana płyta, w której można było się przejrzeć. Jak w lustrze.



Spojrzenie na ul. Morską, czyli look at youself


wtorek, 30 października 2012

Gdyńska IKEA



Z powodu jesiennego braku weny, ciągnę dalej zaledwie migawki z miasta, które ostatnio nawinęły mi się przed obiektyw. Mignęła mi w Gdyni taka półka na flaszeczki, wypisz - wymaluj prosto z IKEA. A gdzież ta półeczka się znajduje? Odpowiedź poniżej.







niedziela, 28 października 2012

Stawka większa niż telewizja



Kilka dni temu, na kanale TVP Kultura, oglądałem reportaż z 1969 roku z dotkniętej "kataklizmem" Bydgoszczy. Sprawa była poważna, gdyż w wyniku awarii nadajnika mieszkańcy miasta we wspomnianym roku zostali pozbawieni możliwości oglądania telewizji. Reporter wypytywał spotkanych na ulicy ludzi, jak też radzą sobie oni w obliczu tak trudnej sytuacji życiowej. Jakoś tam ludzie wiązali jeden koniec z drugim końcem wolnego czasu, wynajdując sobie zajęcia zastępcze. Musieli. Aby przeżyć. Ale telewizji było żal... Szczególnie kolejnego odcinka Klossa. Dziś brak sygnału telewizyjnego można by porównać do awarii internetu, prawda? Swoją drogą, ciekawy byłby taki eksperyment - wyłączyć sieć na... już nie bądźmy sadystami, wystarczy tydzień...

Z tuby wycisnąłem dwie ostatnie minuty reportażu.



Jest okazja do przypomnienia, że i w Trójmieście kręcone były sceny z agentem J-23. Tutaj jest relacja pozytywnie zakręconych na punkcie serialu ze "stawkowego Trójmiasta". Ze swojej strony wspomnę tylko, że Gdynia zaistniała w "Stawce większej niż życie" w postaci scen kręconych na Bulwarze Nadmorskim, przy orłowskim klifie, oraz na dworcu głównym PKP. Poniżej: szybka podróż koleją z Gdyni do Istambułu (kadry z odcinka pt. "Cafe Rose").









sobota, 27 października 2012

Nadejszła zima



Spadł zdrajca nocą i cicho legł... Wystarczy tylko lekko oddalić się od miejskich bloków, aby naocznie przekonać się, że zima - na razie nieśmiało - zapukała do nas. W związku ze związkiem, kilka jeszcze jesiennych ujęć. Tak po prostu.


Przed podróżą za miasto - małe co nieco, czyli jesienny kebab





Wczorajsze widoki z pomarańczowej wieży








Jesienią i zimą nie zapominajmy o ochronie obuwia




piątek, 26 października 2012

Krasule naszych miast



Fot. ze zbiorów Wojciecha Sobolaka

Powyższy widoczek - najprawdopodobniej z roku 1950 - zastałem na ścianie budynku przy ul. Morskiej 89 (w którym w 1939 otwarto Fundusz Pracy). Zdjęcie przedstawia prawie ukończony budynek Szkoły - Pomnika Polski Ludowej, który oddano do użytku - jakże by inaczej - 22 lipca 1950. Rok po otwarciu szkoły, euforia ustąpiła zarzutom, że "szkoła jakby specjalnie została wybudowana w takim miejscu, by nikt jej nie widział...". Rzeczywiście, wtedy jakby były to peryferia, w dodatku, blisko nieciekawej zabudowy Grabówka. Dziś wkoło szkoły trudno byłoby spotkać wypasane krowy, a nowe osiedla powstają w sąsiedztwie w szybkim tempie. Cóż, minęło ponad 60 lat, a to już nie przelewki...




Jak długo będzie trzeba czekać, aby powyższe - aktualne - zdjęcie oglądać z sentymentem? Też pół wieku? Patrząc jak szybko powstają nowe osiedla przy ul. Chwarznieńskiej, to zamiana wsi w miasto w tym miejscu może potrwać znacznie krócej (stojąc w tym miejscu, za moimi plecami rozpościerają się już zgoła miejskie widoki).



Natura - i gospodarka - nie znosi próżni, więc żywe krasule, które muszą ginąć z miejskiego krajobrazu, zostały zastąpione na początku tego roku wersją metalową. Człowiek PRL-u zazwyczaj był niedouczony w zakresie ekologii i nie mógł wiedzieć, że to co dzisiaj jest mrocznym przedmiotem ekologicznego pożądania, miał na co dzień. Teraz dowiadujemy się, że:  "na pewno lepiej kupować mleko ekologiczne niż odtłuszczone UHT, które jest pozbawione wszystkich istotnych witamin". Nie wiem, czy rzeczywiście "Polacy przekonują się do idei mlekomatów dosyć powoli", ale kartka z ofertą sprzedaży na chylońskim automacie może sugerować, że ekologicznego szału nie ma(?). Szukając później materiałów związanych z mlekomatami natknąłem się na ogłoszenie o sprzedaży - jak to określono - HIT-u!!! (na dzień dzisiejszy oferta jest tu). Jak ktoś dysponuje wolną gotówką (cena netto: 35.000 pln), może stać się posiadaczem maszynki do robienia pieniędzy, czyli swojej własnej dojnej krasuli.